Ave Sekhmet!

Materiału z tej wycieczki sporo, więc podzielę wpis na 2 lub nawet 3 części.
W części pierwszej komentarzu będzie nie za wiele, powtórzę też kilka fotografii, z góry, które się już pojawiły, a to dla ich urody w tym przypadku – nie dla znaczenia (bo niektóre, inne, a które to Wy już chyba wiecie, poza urodą estetyczną mają też do spełnienia pełną ważną funkcję.. symboliczną.. , czy mówiąc bardziej bezpośrednio nawet: informacyjną.

Poprzez pareidolię bowiem można także informować.


A jak informować – to i się komunikować.


Zawędrowałem najpierw do góry, następnie w dół.
A prowadziły mnie Duchy, na co wskazywały ultrasynchroniczności i nie tylko.
Ale zacznijmy od początku..

Fotografie z tego wpisu można też obejrzeć w większej rozdzielczości tutaj.

Dobrze, że ten głaz nie na górze – albo nie na sercu..

Ale – a miałem iść do schroniska “Odrodzenie”
(w “Oświeceniu” już byłem i całkiem tam fajnie, powiem,
chociaż niektóre sprawy, no naprawdę..nie do uwierzenia,
a niektóre – dość smutne, ale za to ile tych radosnych!)
– rozważałem też schronisko “Samotnia” (i zejść do Karpacza).

O samotni i o odrodzeniu to ja jeszcze opowiem..

Wodospad Kamieńczyk sobie darujemy, choć zamieszczę tylko pewną buzię z koryta

Jeszcze nie wiedziałem tego dnia, że dalszy ciąg trasy został mi wymyślony zupełnie inaczej, choć mogłem to podejrzewać, gdy przesiadałem się we Wrocławiu:

Pamiętam, 17 lat temu, przykrość Ewie zrobiłem, okradli mnie w nocnym pociągu, wtedy dworzec wrocławski mnie rankiem przytłoczył. Ale skończyło się dobrze.. Czy to wszystko, co teraz nam towarzyszy się skończy dobrze? Myślę, że tak. Mam takie przeczucie. Linie czasowe są do końca otwarte, ale dużo już zrobiono, by się skończyło dobrze (a jak się skończy dobrze to się bardzo dobrze, radośnie zacznie). Ale my sami, każdy z nas, musi pracować, starać się, przyłożyć do tego, by poszło dobrze. Czekać, nic nie robić, zwalać na innych, oczekiwać zbawienia, pomocy z góry, zrobienia wszystkiego za nas – to najpewniejsza recepta aby wszystko nie poszło tak dobrze, a dla tego, kto takie rozwiązanie wybrał – poszło jak najgorzej.

Na miejsce przeznaczone (i nocleg) dotarłem już po północy.

Okazało się, że zaraz za rzeką stoją wysokie kamienice, które widziałem już wcześniej, widziałem w snach. Hmm, pewne miejsca, wydarzenia z linii czasu, którą mamy (?) podążyć śnią się nam czasem, niezbyt często, ale jednak, w takich “prekognicyjnych” bardziej niż profetycznych snach (bo co to za jasnowidzenie..). Prekognicja – poza snem – też mi się zdarzyła. I to udowodniona – dla mnie – wg krytycznych bardzo kryteriów. Może kiedyś i to opowiem.
Tych kamienic nie pokażę jednak, bo stało się rano i nie piękne kościoły w Kłodzku mnie przyciągnęły i słynna Twierdza, ale drzewo, jako pierwsze:

A przy drzewie – konar jeden.
Z czym się to mi skojarzyło? A, z kilokma rzeczami, może nawet i z pewnymi mitami. Ważniejsze często bywają pytania – nie gotowe odpowiedzi. A tam, gdzie pytać nie należy – czy nawet – nie wolno – najpewniej tylko dlatego to, że coś śmierdzi – i dlatego jest kryte.
pareidolia?
ratusz w Kłodzku

Lwy, już takie są, że za drobne niegrzeczności się nie obrażają. Za grubsze też raczej nie.
Jakie jeszcze są Lwy?
Są czułe, kochające, ale i niecierpliwe, pośpieszne, czasem coś za szybko zrobią czy nazwą i przez to, zdarza się, skrzywdzą. Zapalczywe, szybko gasną. Kreatywne, ale na krótką metę.
Muszą pracować nad swoją wolą.
Blisko im do Źródła. Chcą się zaprzyjaźnić z minerałem, ptakiem, dzrzewem. Złego – nie chcą pamiętać. Zgryźliwe – potrafią być, złośliwe – nigdy.
Nieznoszą niesprawiedliwości i kłamstwa. Gdy walczą – to raczej tylko w obronie słabszego.
Przez to, że nienawidzą przemocy (i drapieżnictwa się wyrzekły) oraz równe miejsce – jeśli nawet nie prymat – przyznają elementowi kobiecemu – popadają niekiedy w kłopoty.
Jednak nie na długo, obronią je bowiem Ptaki, a może bywa i nikiedy tak, że i same Źródło..
Jeśli to możliwe – tak wiele wymyka mi się jeszcze rozumieniu.

Lwy podróżują w Czasie.
Dusza wielowymiarowa – nazywana bywa kocią.
Jak już kiedyś pisałem – potrafią też niektóre koty skakać w tzw. bardo – co się łączy oczywiście z podróżowaniem w Czasie.
Ale idolatrii Lwy nie lubią.

Lwy uważają, że jedyny prawdziwy autorytet powinien się opierać na:

a) skali (rozpiętości) Świadomośći

b) stopniu udoskonalenia Sumienia.

I taka jest też Lwia propozycja dla Ludzi.

Ludzie dawno dawno temu, gdy Upadli, tę regułę zarzucili, przez co teraz, od dawna, jak widać, jest generalnie burdel.

Cześć druga niebawem.

Marat (Mateusz) Lewita*, Przedstawicielstwo Lwów

*trochę już było wyjaśnione,
ale wyjaśnienie się powtórzy,
żeby w głowy zapadło..

Pareidolia i perypatetyka

Zanim zaproszę Was na dłuższy spacer po Kłodzku (z nieodległej przełości, ale jak się domyślamy, czas ..bywa iluzoryczny) zapraszam na jeszcze jeden spacer. Dzisiejszy. Z aparatem w telefonie.
Perypatetyka – sprzyjała rozmyślaniom i uczonym rozmowom.
A czemu służy perypatetyka z pareidolią? Czy to taka zwyczajna pareidolia?

Co to znaczy w ogóle? (wiadomo, można użyć google..).
Być może jednak pareidolia mogła też zostać wybrana.. przez kogoś.. do określonego celu.
Ale spacerując z zadartą głową trudno jednocześnie objaśniać.
Więc więcej powiem dopiero, gdy cofniemy się do Kłodzka, a to już niebawem.

Fotografie ze spaceru można obejrzeć w większym rozmiarze (ok. 2000 px bok) – tutaj.

Ot, kilkanaście fotografii z 30 minutowego spaceru.

Piękny świat a żerowisko..

Przygotowanie fotografii do odpowiedniego zaprezentowania w Internecie zabiera sporo czasu.. Tak więc ten wpis pojawia się później niż chciałem.
Nie będzie w nim słownego komentarza, zostawię go na następny raz,
niejako 2 część i to bardzo nieodległą, bo jutro – ostatniego dnia czerwca.

Fotografie poniżej (a także niektóre ekstra) można też obejrzeć
w większym rozmiarze (ok. 2000 px dłuższy bok), tutaj.

Piękny świat, a piękne światy rzadko mają tylko jednego właściciela.

Następne interesujące fotografie

Aby dnia dziejszego za stracony nie uznać, postanowiłem pokazać jeszcze trochę interesujących fotografii z dzisiejszego spaceru.

Tutaj zmniejszone, ale można też obejrzeć w pełnej rozdzielczości –

tutaj.


Do jutra – jutro też coś pokażę

i coś napiszę.

(jak widać jutro stało się pojutrze – nic to, ważne, że praca wre! za kilka godzin wspomnienia z wyprawy do kotów i nie tylko)

M

Pierścień Marata Dakunina oraz Działo się i Będzie się dziać – Zapraszam na ciekawe FOTO!

Witam więc, jak zapowiadałem, po długiej przerwie.
Pracuję teraz nad kilkoma rzeczami, postanowiłem, że ogólne blogowanie zostanie tutaj,
a jakby ktoś chciał się rozejrzeć trochę szerzej, to tutaj jest tzw. Webring – czyli Pierścień,
który pokazuje także otoczenie.. – czyli czego można się mniej więcej spodziewać w najbliższym czasie po kimś, kto się nazwał Marat Dakunin..

Webring Marata Dakunina https://dakunin.com

Miałem w pierwszej kolejności pokazać w jakie ciekawe rejony mnie Lwy kochane zaciągnęły na przełomie Wiosny i Lata tego to znamiennego roku 2020 (w którym to trochę się działo, jak wszyscy wiemy, a dziać się będzie jeszcze więcej.. i tak już na jakiś czas zostanie..) – to pokażę jednak później, gdyż wiedziony pewnymi zbiegami okoliczności i znakami (jak zawsze to u mnie), choćby także opadłym piórkiem,

postanowiłem, że muszę dłużej popracować (popisać) nad pewnymi sprawami (także z wdzięczności, bo taki Piękny Rower od Lwów dostałem – no to jak się nie odwdzięczyć?)

No to się idę odwdzięczać, co nie znaczy wdzięczyć – wdzięczyć się nie będę, gdybym się wdzięczył to pewnie by to było tzw. popularne..
Ale, prawda się nie potrzebuje wdzięczyć.. Z drugiej strony, kto ją chce, też się sam musi postarać, coś w sobie przełamać, choćby pewne ograniczenia czy konstrukcje sprowadzone “do czegoś nie widzenia”. .

Będę ja i o tym jeszcze i pisał i mówił, może w formie.. bo ja wiem, specjalistą nie jestem, ale jakichś pogadanek – warsztatów (może wizualnych także, w internecie) – może kilka osób by to interesowało.. A co? Ano to, jak zobaczyć trochę więcej i nie tylko to, co wszyscy widzą..

Może to być w najbliższym czasie pożyteczne, oj może..

Bo, jak wszyscy wiemy, trochę się działo..
A będzie się jeszcze więcej dziać..

I nawet nie tylko na buzię, ale jakby i na mózg, tak w środku, maska jakaś może i była założona (a może i jest)? I co to oznacza?

Niektórzy coś na ten temat, w mediach, tych takich niezależnych (niby) w Internecie, mówią, ale..co się tam mówi.. wszystko wręcz..a wtedy to jakby zgoła nic – bo jak popuścić wodze fantazji za bardzo to nic Prawdy z tego się uratować nie da.

A właśnie jej nam trzeba najbardziej, Prawdy!

Prawda?

PS

Tutaj poniżej daję jeszcze link – można sobie obejrzeć bardzo ciekawe fotografie z ostatnich dni – jak myślicie, co one przedstawiają, czy coś tam się wyłania (kontrasty i opracowanie foto po to jest takie, żeby podkreślić co tam może być widoczne, ale nic nie zmienić, oczywiście) – co to może sugerować? Czy ktoś lub coś chce nam coś przekazać? Co? Kto?
I tak dalej..
Warto się nad tym zastanowić..
A i ja będę o tym pisał..

pozdrawiam i ciepło : )

Marat – Mateusz

CIEKAWE FOTOGRAFIE – format ok. 2000 px

TUTAJ WIĘKSZY FORMAT – oryginalny (może się długo ładować)

Lato

Dawno nie pisałem.

W zasadzie od zeszłego lata.. (nie licząc jednego wpisu na jesieni i jednego w zimie).

Przyczyny tego były różnorakie, między innymi taka – bardziej techniczna – że miałem przenieść niniejszego bloga (domenę bl8g.pl) w inne “wirtualne” miejsce, gdyż tutaj zostało, m.in. w marcu 2020 roku poważnie zaatakowane.
Przenosiny są jednak z różnych względów kłopotliwe, a domenę i linkowania (do starych wpisów itd.) warto zachować.., tak więc, na nowych miejsach będzie rosło (same nie urośnie, będę podlewał – nie olewał!) nowe, a tutaj będzie sobie wzrastało to, co już zakiełkowało i się nawet, słabiutkim, ale zawsze, listowiem pokryło..

A działo się dużo.

Więc ten wpis piszę tylko, by zasygnalizować, że pod tą domeną (BL8G) będzie pisanie kontynuowane i znów w miarę cykliczne (1-2 na tydzień), jak to było latem rok temu. Czy wniosek z tego taki, że jak przyjdzie jesień i zima to się znów urwie? Niekoniecznie.. Wtedy bowiem i inne poletka powinny już zacząć kiełkować i wtedy ptasia poczta będzie mogła przenosić słowa i pomysły pomiędzy zagajnikami.

A więc do roboty, bo na wiosnę

2020

Latający Kot obudził serce moje do Pracy

ul. Lewkowa jest po lewej

Marat – Mateusz

Zimowy powrót Lwa

Istnieje opowieść o trzech rodzajach godnej śmierci do wyboru:
– jedna jest jak śmierć małego dziecka, które jest wolne od namiętności i pamięci tego świata, bo jeszcze nie zdążyło go poznać;
– druga jak smierć żebraka, który nic nie posiada i niczego zatem nie będzie mu żal opuścić;
– trzecia – to śmierć Lwa, który samotnie udaje się w błyszczące śniegi by umrzeć.

***

Mamy zatem śniegi: a jak śniegi – to zimę. Choć oczywiście klimat jest taki, choćby w Polsce, że zima jest, słońca nie ma, ponuro i bieli śniegu też nie ma (który bywa lepszy niż szarówa, gdy Słońce odbija się w śnieżynkach).

Czas wrócić do regularnego pisania tutaj (podczas gdy trwa praca nad większymi całościami, które powoli będą się pojawiać na wiosnę..). Z kilku przyczyn trwała ta przerwa, ale szczerze muszę wyznać, że z ogólnego bezwładu. Skala i jakość inspiracji bezpośredniej była tak duża pod Słońcem letnich miesięcy ostatniego roku, że przejście do szarej końcówki października, listopada i dalszych zimowych miesięcy odbiło się na mnie jakby epizodem depresyjnego nawrotu, gdy każdy dzień i każda czynność stają się wyzwaniem i trzeba walczyć z życiem (oraz walczyć o siły życiowe).
Czy jedna piszę to, bo mogę uznać, że należy pracować (i przekazywać to, co się ma, to, co się ma bowiem, jeśli jest wartościowe, powinno się dzielić z Innymi – inaczej trafiamy na jakąś lewą ścieżkę..) tylko gdy bezproblemową jest inspiracja i wszystko nas motywuje?
Nie – muszę bowiem ćwiczyć (samo)dyscyplinę.
Niezależnie od tego czym się głównie zajmujemy i jak bardzo twórczy czy bazujący na okresach wzmożonego natchnienia i intuicji jest nasz proces, bardziej kreatywny niż odtwórczy (tak musi być gdy Źródło takiej wiedzy jest wyższego poziomu – jeśli to wiarygodne i dobrze życzące nam źródło, to zawsze przekazuje one minimum, bacząc by resztę zostawić dla naszego własnego wysiłku, który jest niezbędny dla naszego rozwoju; dając gotowce wyrządziłoby się człowiekowi niedźwiedzią przysługę) –
to powinno obowiązywać powiedzenie Arka (prof. Arkadiusza Jadczyka):

Praca wynikająca z inspiracji, działanie “w chwili”, spontaniczne, improwizacja – bardzo się sprawdza!
Ale rzadko!
Na co dzień sprawdza się samodyscyplina!

Także z powodu Arka postanowiłem (i tak późnawo) wznowić regularne i częste tutaj widoczne wysiłki (czyli posty, za którymi nierzadko stoi jednak solidniejszy wysiłek), gdyż dowiedziałem się, że końcem grudnia zapadł na dość poważny wirus, związany z sercem (nie słyszałem wcześniej dużo o tego rodzaju chorobach wirusowych). I choć wydaje się, że już wydobrzał, to pomyślałem sobie – a nuż przypadkiem zaglądnie tutaj, zoczy jak tutaj cienko z regularnością od środka jesieni po zimę (cały styczeń pusty!) i pomyśli coś nie najlepszego o mojej dyscyplinie, a jeśli gorzej: zmartwi się.
A pewnych ludzi nie wolno nam martwić, każdy z nas wie – jeśli pomyśli (i poczuje) chwilę – których, dla siebie z pewnych powodów ważnych..

Moje głowne Źródło – Lwy (choć 2 kategorie, jak to odbieram i widzę, są w tym zbiorze, o czym kiedyś wpomnę więcej) tak silnie związane jest z propagacją Słońca, że okresy gdzie dominują odwrotne “klimaty” mogą być dla rodzinnie powiązanych odbiorców trudne, uniemożliwiające stworzenie czegoś dobrej jakości mocą inspiracji, ale nie uniemożliwiają one codziennej samodycypliny i wykonywania tych czynności, które bazują na wysiłku, na trudzie, zmuszeniu się (choćby: archiwizacja, kwerenda, czynności bardziej techniczne, często “lwiej rodzinie” niezbyt miłe, gdyż nie przepadają lwy za powszedniością i “szarą robotą”..
Oby to co piszę towarzyszyło mi w praktyce przez najbliższe miesiące, do początków lata!
A tak w ogóle, Gurdżijew utrzymywał, że w ogóle liczy się tylko wysiłek i robota, która przychodzi z trudnością (jako m.in. świadczące, że przełamujemy to wszystko, co jako mechaniczne, zepsute lub rozstrojone składa się na psychologię przeciętnego człowieka). Ark też tak sądzi.
Ja kiedyś uważałem inaczej, z pewnych wzgledów (bo pewne realnie wartościowe osiągnięcia przychodziły mi zbyt łatwo i zamiast z tego brać większą siłę do tym bardziej koniecznej dyscypliny czyniłem sobie z tego wymówkę dla spraw i rodzaju czynności, które bynajmniej łatwo i automatycznie mi już nie przychodziły.

A w drugiej części tego “zimowego powrotu Lwa” opiszę pewną figurkę.

Oto ona:


prehistoryczna (ok. 40.000 lat temu) rzeźba z kości słoniowej, która została odkryta w Hohlenstein-Stadel 

Tutaj (klik – na wiki) możemy sobie poczytać bardziej oficjalnie (i jak teraz coraz częściej
bywa – im oficalniej – tym mniej prawdziwie ..) na temat tego znaleziska.
Tutaj znalazłem nawet klip na temat tej rzeźby:

A to już komentarz pewnej autorki (z lwiej rodziny, także), który w ostatnich dniach czytałem.
Oddaję zatem głos Murry Hope:

W opisie specjalistów (muzealnym) zwróciłam uwagę na sformułowanie podkreślające, że głowa w tym przypadku jest nieproporcjonalnie mała do wydłużonego, smukłego ciała w pionie. Jeśli ktokolwiek z moich czytelników trzyma koty, sugeruję, by przyjrzeli się kotu i zwrócili uwagę na proporcje wielkości jego głowy do całego, rozciągniętego ciała, gdy kot wesprze się (lub się go w ten sposób postawi, co nieraz ktoś robi, ..dla humoru..) na swoich tylnych nogach.
Zobaczcie także na formację i strukturę nóg, gdy kot jest w wyprostowanej pozycji i myślę, że podobnie jak ja dostrzeżecie, że figurka nie bardzo wydaje się zatem odnosić do jakiejś “kobiety – szamanki”, jak się popularnie przypuszcza, ale do całkowicie “kociej” istoty, która nauczyła się przyjmować pozycję wyprostowaną na dwóch nogach, tak jak robimy to my, ludzie.

Do zobaczenia wkrótce,

Marat Dakunin

Zło

Czas jest cykliczny, Wszechświat pulsuje (w najdłuższym z Cykli) jak serce, Natura rodzi się, obumiera (i zużywa, traci żywotność, tak, że od czasu do czasu musi nadejść święty ogień i wypalić miejsce, by mogło narodzić się nowe życie
INRI Ignis Natura Renovatur Integra ).

Okres tej jesieni można by nazwać wyjątkowo niekorzystnym i przypominającym najczarniejsze (niedawno wpadłem na Sol Niger, później wiele niż Nigredo) , gdyby jakikolwiek okres można byłoby tak nazwać. Tymczasem w takich trudniejszych czasach rodzi się zwykle najlepsza nauka, doświadczenia; jak inaczej można pokonać słabości, bez ich wpierw głębszego zakosztowania? Poznanie tego, co trzeba zmienić, poprawić – przed próbą zmiany, poprawy, wydaje się logiczne..
Trzeba to umieć zauważyć i wykorzystać.
Alchemicy mawiali – Nigredo, Otchłań, Czarne Noce Duszy, czasem czarne lata (ich powroty, ułamkowe, jako czarne miesiące, czarne pełnie, czarne noce) – to okres okrutny i powolny. Ale właśnie w nich rodzi się (wszelkie porody bywają trudne) Rozwiązanie, w nim zaczyna się praca.
Pewne znaki wskazują jednak, że być może to ostatnia taka (może będą inne, trudne – inaczej?) reminiscencja nocy (kilkuletniej) – jak burza przed tęczą, zima przed wiosną
(a jednak zima będzie (!) lepsza niż jesień!) .. jak nagłe polepszenie stanu chorego przed śmiercią.. Nie, to ostatnie nie pasuje (a może chodzi o śmierć niedoskonałej osobowości).
Jak widać, skoro nagłe polepszenie poprzedza finalne załamanie, to może nagłe pogorszenie poprzedza finalne (w sensie: trwałe w progresie, idące już stale – strzałką
w górę) powstanie.

Tekst może być chaotyczny i dziurawy, mogłem nie zauważyć, że pewne partie są oderwane lub, mimo zastrzegania zwięzłości, powtarzają się lekko. Niech już jednak taki zostanie opublikowany – bo nigdy się to nie stanie, a trzeba przełamać impas. Nie będę tu wracał, poprawiał, kasował coś czy dodawał w nieskończoność, zajmę się nowymi wpisami (tylko jeśli chodzi o ten blog, poza tym: otchłań innej pracy, nawet tylko internetowej, oraz – pisanie, nawet jeśli nie idzie – trzeba – większych całości, których nie należy pokazywać wcześniej niż ukończone).
Jednak zauważone dziś (18.12) literówki, poprawiam (i dziś też, 29. 12). Bywa – że literówka wskazuje na dodatkowe znaczenie, że nie pojawia się zupełnie przypadkowo i wyłącznie szkodzi tekstowi; tu jednak jest ich za dużo i mogą utrudniać rozumienie tekstu.

Większe partie wpisu napisałem pod koniec listopada (stukając na telefonie), ale nie opublikowałem.
Wpis na temat zasygnalizowany przez Komentatora Batona postanowiłem napisać na telefonie, a to z tego powodu, że temat skłania do wodolejstwa i powtarzania rzeczy dawno powiedzianych, co uważam za zbędne, o czym już wspomniałem. Pisanie na telefonie ma zmobilizować mnie do pewnej zwiezłości.
Świat jest przegadany i przepełniony zbędną mową, pustymi tekstami, powtarzanymi półprawdami, banałami (które, same w sobie, nie są złe, są nawet święte, ale dość pasywnie: czym bowiem jest tzw. banał czy „truizm”: jest to zwykle twierdzenie oczywiście prawdziwe, bardzo proste, i z tym właśnie problem praktyczny, bo tak proste, że zarazem tak trudne by się do niego jakoś zastosować, by je „wykonać”, że ludzie pogardliwie nazywają je banałami, zamiast odważyć się z nimi zmierzyć. Tak najkrócej często się rzecz przedstawia).
99,9% Internetu wypełnione jest bzdurami i nonsensami, na każdy temat, także na tematy najważniejsze.
Jak już jednak Komentator zaproponował tak trudne (bo tak podstawowe i tak ogólne) zagadnienie, to, żeby wpis miał jakikolwiek pożyteczny sens, musi być jakoś oryginalny. Banałów trochę zawierać musi, nie ma rady, bo muszę (chcę) pisać Prawdę, ale chciałem się też postarać, by napisać jak najwięcej rzeczy osobistych, z życia, samodzielnie przemyślanych czy przeżytych, jakoś indywidualnie sprawdzonych. Wtedy może być to pożyteczne.
No cóż, w innym komentarzu Baton nawet wspomina, że piszę tu zbyt osobiście. Pisze nawet, co bardzo ciekawe (że tak pisze i że akurat takiego sformułowania używa, i nie jest to przypadkowe), że:


“.. Wiele wpisów jest bardzo osobistych i może to wywołuje lęk przed komentarzami bo to jakby pisanie listu do jednej osoby a czyta je milony.. to w sumie dość popularna forma ale po śmierci autorów . Ja tego lęku nie mam więc jeszcze coś tu sobie popiszę za przyzwoleniem gospodarza. “

Co mogę na to powiedzieć?
Tak jest, bo ja już umarłem, 8 lat temu i mam to za sobą.
Coś jednak sprawia, że do tej pory nie bardzo mogę uczciwie powiedzieć, że narodziłem się ponownie. Choć kilka razy tak już się wydawało. A może się mylę, i ci, którzy nie przestaną mi przeszkadzać – specjalnie czynią mnie ślepym i bardziej krytycznym, bardziej auto-krytycznym? W tym złym sensie krytyczności, który nie mobilizuje, a obezwładnia.

Umrzeć nie wystarczy, trzeba się narodzić powtórnie.
(o Ponownych, Powtórnych, Drugich (itd.) Narodzinach pisałem na wcześniejszym blogu, prowadzonym w poprzednim roku).

[Kwestia linkowań: Emaila podawałem przynajmniej w kilku notkach, ale tak, że link krył się pod słowem, bez podawania treści linku (klasyczne podkreślenie czasem nie występuje), więc teraz na wszelki wypadek podam pełne adresy odniesień.
Tutaj – do wcześniejszego bloga (tag: ponowne narodziny): http://blog.cassiopaea.pl/tag/ponowne-narodziny/
A tutaj, przytoczenie całego emaila: poevision(małpa)poevision.com ]

Temat został podany mniej więcej takimi słowy: dlaczego Bóg dopuszcza by istnieli źli.

Temat nastręcza tak duże trudności w zakresie pojeciowym, językowym i logicznym (a merytorycznie aksjologicznym), że każde opracowanie poniżej kilkunastu tomów gęstym drukiem, musi być uznane za wyrywkowe i może być zaatakowane z każdej strony. Żeby poruszyć temat w jednym wpisie muszę z konieczności oprzeć się na wielkich uproszczeniach oraz ultraselektywnie przedstawić sprawę.

Temat rozszerzę (nieporadnie) do postaci językowej: dlaczego nie przeczy wyobrażeniu Źródła Całego Istnienia jako “promującemu” (celowe, wielkie uproszczenie, oczywiście) takie wartości jak “dobro”, sprawiedliwość, prawda etc. – fakt, że istnieją byty, których konsekwencje działania można określić jako “złe”.

Nie bede definiować użytych pojęć, odwołując się do wyczucia intelektualno – uczuciowego każdego człowieka.

Warto jednak zauważyć, że pojęcie dobra i pojęcia zła są od dawna uważane za mylące (nie tyle relatywne co kłopotliwe) i podejmowane były próby innych, lepiej “funkcjonujących” określeń.

Przykładowo, mówi się (np. w szkole i wiedzy, reprezentowanej przez “Kasjopeańśki Eksperyment” – Cassiopaea.Org), o istotach:

  • Służących Samemu Sobie (Service to Self), co niejako zastępuje pojęcie “powodujących zło” (negatywność, entropię, chaos, cierpienia i zabór energii innych istot)
  • Służących Innym (Service to Others), których konsekwencje “działań” nie powodują negatywnych skutków, lecz z reguły odwrotne (wzrost, uporządkowanie, kreacja, wsparcie, doładowanie energetyczne).

Polski portal Kasjopea był obfity w treści i materiały i znajduje siię tutaj: warto sprawdzić i porzerzyć te wiadomości z tego akurat źródła, do którego mam duże zaufanie, potwierdzone nie raz, na wiele sposobów (link oczywiście kryje się pod podkreśleniem, na wszelki wypadek dodaję literalnie: quantumfuture.net/pl/index.htm (otworzy się w nowej zakładce) ).

(…)

Zastanawiając się jakie wyrywkowe z konieczności przedstawienie tematu byłoby pożyteczne, doszedłem do wniosku, że studium filozoficznego podejścia do tematu jest dostępne szeroko w bibliotekach i Internecie.

Dlatego przedstawię w wielkim skrócie moje własne, prywatne podejście do tematu, w pewnej kolejności chronologicznej tj. jak temat traktowałem dawniej (będąc młodszy),
a jak później (będąc starszy, i co naturalne, bardziej doświadczony, co nie gwarantuje automatycznie oczywiście tego, że mądrzejszy).

W okresie przedszkolnym i wczesnoszkolnym (szkoła podstawowa), temat istnienia “zła”, “zło czyniących” w kontekście Boga, jego dobroci i miłości (miłosierdzia) a także sprawiedliwości (i wszechmocy, która też była przyjmowana często jako atrybut ducha doskonałego, jakim jawił się antropologizującym – mimo tego “spiritualizmu”, cały czas, teologom, Bóg) był pod wpływem (w domu liberalnego) wychowania chrześcijańskiego (standard jest wiadomy..) . Ostatniej cechy: wszechmocy Boga nie będę bronił: widać bowiem, że chyba Źródło samo zrezygnowało z absolutnej wszechmocy, wycofało się w tej prerogatywach, inaczej nie pozostawiłoby miejsca dla konsekwencji wolności istot stworzonych.
Kabalistyczna koncepcja “cimcum” – Boga wycofującego się, dającego “pole, przestrzeń” na swe Stworzenie – w pewnej mierze z tym koresponduje.

We wspomnianym wyżej okresie, kwestie te poznawałem raczej teoretycznie i biernie (także dosłownie w sensie interakcji z rówieśnikami) oraz w oparciu o pewną literaturę – byłem jeszcze zbyt młody, by wchodzić w najbardziej wymierne tutaj doświadczenia życiowe, które mogą zaowocować wnioskami a nawet nabyciem pewnej mądrości z zakresu psychologicznych relacji (i często cichej wojny, pod przybranymi maskami społecznymi; sam okazałem się sobie zadziwiająco odporny na potrzebę brylowania w tradycyjnym społecznym sensie). Dom rodzinny i opieka rodzicielska chronią ale też ograniczają doświadczenia. Sięgałem nastomiast wtedy jeszcze nie do pozycji naukowych, stricte filozoficznych czy teologicznych, lecz odnajdywałem interesujące mnie zagadniania w literaturze pięknej. Teologia i psychologia są w niej często o wiele żywsze, przystępniejsze i poparte od razu doświadczeniem bohaterów i zgrabnie ukazaną przygodą emocjonalną czy intelektualną. Były to różnego rodzaju pozycje z zakresu beletrystyki ale nie tylko; także pewne antyczne opracowania historyczne, dokumentalne, zbiory mitów, podań i tradycji, i tym podobnych. Ważną rolę odgrywały komiksy.
Mając ok. 10 lat słuchałem – czytanej w odcinkach w radiu powieści Gora Vidala “Stworzenie Świata” i bardzo mi się, zarówno styl autora jak i tematyka tam obecna, podobała. Cyrus, tytułowy perski poseł, ma okazje odwiedzać wielu “mędrców” czasów antycznych (czasy historyczne wybrane są akurat tak, że jest to okres pod tym względem najbogatszy może w historii nam lepiej znanej) i z każdym dysputować na tematy takie, jak istota stworzenia świata, ale także obowiązki moralne człowieka i temat zła, który, jeśli nie pojawia się pierwszoplanowo, jest jednak zawsze niejako genetycznie obecny we wszystkich tych podstawowych rozważaniach.
Książkę czyta się lekko i szybko i myślę, że mogę ją polecić Każdemu.
Był pewien problem z dostępnością na rynku, a swój ostatni egzemplarz podarowałem.
Widzę jednak teraz, że pojawiło się chyba jakieś nowe wydanie (byle bez cenzury),
a i starsze wydania są dostępne w cenach zachęcających czyli 10 zł i poniżej.

Co ciekawe, elementy Zoroastrianizmu zostały wykorzystane wiele lat później, jako pewna symboliczna odpowiedź dla mnie – gdy pytałem, dlaczego rozmiar wolności dla Negacji Istnienia i jej przedstawicieli jest tak koszmarnie duży (nie mogłem się z tym pogodzić). To temat na ciekawy odrębny wpis, ciekawie też ilustrowany.

okładka starszego wydania książki – G. Vidal
Tylna okladka, chyba następnego wydania, sensacyjne lekko omówienie na tyłówce 4 strony okładki akcentuje zbytnio ciekawostki sensacyjne, erotyczne czy miltarne.

Stosunkowo wcześnie, jeszcze w okresie szkolnym, temat zaczął mnie interesować wprost jako zagadnienie teodycei.

Prywatnie teodyceę nazywałem “próbami rozgrzeszania Dobrego Boga z faktu,
że istnieje Zło”.

Jako jedno z pierwszych i podstawowych wyjaśnień przyjmował, niezbyt oryginalnie, że Bóg g dał człowiekowi (i innym świadomym istotom stworzonym – czego świadomość już jest oryginalniejsza i przyszła później) wolność. Skutkiem czego korzystają oni (i one) z tej wolności także powodując zło. Najprościej ujmując.
Sama jednak tematyka wolności wikła się w różne mniej lub bardziej zauważalne problemy.

Ograniczę się tutaj do 2 dopowiedzi:

1) a propos istot świadomych – wydaje się, że o wolności , w potocznym rozumieniu, można mówić tylko w przypadku istot nie tylko świadomych ale i rozumnych (a więc nie w przypadku zwierząt, którymi kierują instynkty); w szczególności o wolności można mówić w przypadku istot trójmózgowych (terminologia wprowadzona przez G. Gurdżijewa), tj. dysponujących trzema elementami składowymi swej “istoty”:
– intelektualną (umysłową)
– uczuciową
– fizyczno-cielesną (motoryczną, instynktową) [uproszczenie wielkiego rzędu]

2) a propos samej “wolności” różnych bytów- jak się wydaje, przynajmniej w przypadku gatunku i populacji ludzkiej, wolność ta jest w dużej mierze iluzoryczna i przynależy tylko niektórym osobnikom, w realnym tego słowa znaczeniu; i tutaj zauważyć można następujący schemat, że im bardziej ktoś dopuszcza się czynów służących sobie (patrz wyżej), “złych”, tym bardziej traci wolność, popada w swego rodzaju uzależnienie. Nie powiemy tak raczej o osobnikach “przyzwyczajonych” do działania “w służbie innym” (a jednocześnie sobie, wg prawa, że “kto daje innym, daje sobie”): “uzależniony od kłamstwa” nie zgrzyta nam w uszach, jest obiegowe, powiedzenie jednak “uzależniony od prawdomówności” wydaje się niezdrowe, nawet na wyczucie językowe, prawda?
Wydaje się więc, że jeden sposób postępowania sprzyja zdobyciu realnej wolności (powiększaniu jej zakresu), a drugi nie sprzyja, wolność zabiera.
Są to oczywiście wielkie uproszczenia.

Stosunkowo wcześnie dostrzegłem także , że zło przyczynia się do dobra, w tym sensie że istnienie zła daje sposobność do czynienia dobra.

Trudno jednak powiedzieć by wszelkie “zło” można było uzasadnić albo wolnością bytów stworzonych albo potrzebą “kontrastu” dla dobra. Choćby kwestia sił wyższych sprowadzanych przez przyrodę czy też kwestia zapadalności na choroby – to proste obserwacje nie mędrca a jeszcze dziecka.

Zamiast wikłać się w szczegóły tego tematu mogę polecić pozycję książkową (z setek podobnych, ale tę “testowałem osobiście” i podejście autora zaliczyć można do bardziej rzetelnych i uczciwych, o co w tematyce dotyczącej i “Boga” i “zła”, paradoksalnie, niełatwo): John L. Mackie “Cud Teizmu. Argumenty za istnieniem Boga i przeciw istnieniu Boga.”

Pozycja dostępna dość szeroko, używane egz. w cenach ok. 5 – 15 zł.

Stosunkowo nie tak dawno zaakceptowałem fakt, że wolność nadana przez Boga (bytom świadomym, rozumnym) jest tak nieograniczona, że wcześniej wydawałoby mi się to niemożliwe/nieakceptowalne. Przykładowo: byty “służące samym sobie” (“złe”) mogą wywoływać zdarzenia, które normalnie przypisujemy siłom wyższym (siłom Natury), mogą też wpływać na występowania chorób, a także na takie fakty, jak przyjście na świat z deformacją/brakami intelektualnymi lub fizycznymi. Widzimy, jak na trudnym intelektualnie i empatycznie gruncie stawia nas wiedza, że coś takiego jest możliwe i że coś takiego się dzieje, na Ziemi, ludziom, tu i teraz oraz od dawien dawna.
Z tego, co dowiedziałem się w 2016 roku, w pewnym zakresie byty “złe” mogą też manipulować duszami innych bytów (co wydawało mi się wcześniej zbyt hardcorowe i zarezerwowane wyłącznie dla Źródła istnienia – to jest źródła danej duszy/dusz).

Pisząc “dowiedziałem się” nie mam na myśli tego, że “o czymś sobie przeczytałem”, a nawet, że coś wywnioskowałem z doświadczeń życiowych, lecz mam na myśli wiedzę, która została przekazana mi bezpośrednio (a stała się żywa w oparciu o doświadczenie różnego rodzaju) i wiedząc, że brzmi to zagadkowo i podejrzanie, zastrzegam, że wyjaśnienia już się pojawiały, choć często pomiędzy wierszami, i będą pojawiać się jeszcze, stopniowo, po trosze i w różnych aspektach, a podstawowa część wyjaśnień ujrzy światło publiczne w 2020.

Powyższe manipulacje należy w zasadzie odróżnić od sytuacji, gdy “negatywne uwarunkowania” typu chorobowego, zdarzeniowego itp. – mają miejsce w życiu (są przewidziane w doświadczeniu, na określonym etapie) danej osoby z przyczyn karmicznych. Są to wtedy konsekwencje własnych działań takiej istoty (a także działań, zaniechań lub konsensusów, ściągających pewne konsekwencje na większe grupy – także to zagadnienie jest niesłychanie kontrowersyjne i trudne do przyjęcia, jeśli nie otrzymało się na ten temat bardziej bezpośredniej wiedzy). Przykładem takich, bardziej generalnych i grupowych konsekwencji jest Upadek Człowieka (jako rodzaju, tutaj), który zdarzył się w czasach Pradawnych i do dziś powoduje – można powiedzieć – coraz gorszy stan ogólny (np wg schematu degradacji: Złoty – Srebrny – Brązowy – Żelazny wiek), upadek z którego w obecnym okresie Ludzie mają szansę się wydostać.
Będę o tym pisał oczywiście jeszcze nie raz, stopniowo coraz dokładniej.

Trudno jednoznacznie mówić o “źle”, jeśli rozumie się prawo karmy i zasadę jego działania (choć wydaje się prosta, może być jednak różnie rozumiana i często nie jest rozumiana właściwie). W tym kontekście, jeśli z prawa karmy wynika to, że spotyka nas “zło” ale wywołane działaniem innej jednostki, to można tutaj mówić, że jednostka ta, co do siebie, popada w negatywność, my sami jednak, doświadczeni takim złem, jeśli rozpoznamy, iż jest to skutek karmiczny (nawet bez świadomości czy akceptacji prawa karmy – w oparciu o intuicje i wyczucie tego, co egoistyczne z naszej strony), powinniśmy uwolnić się od “negatywnej” reakcji na to doświadczenie. W istocie otwiera się tutaj możliwość – poprzez zauważenie, że dana osoba, czyniąc nam “zło” przyczynia się jednak do naszej ewolucji (choćby wypełniając naszą karmę, czyli ją w jakimś zakresie niwelując) – do czegoś, co nazywa się “miłością naszych nieprzyjaciół”.

Jak mi osobiście się wydaje, potraktowanie takiego “wroga/nieprzyjaciela” raczej jako “nieświadomego nauczyciela”, zaakceptowanie faktu bez zatrzymywania w sobie negatywnych emocji, umiejętności “wybaczenia” (bezwarunkowo, bez żadnych starań ze strony winowajcy ani zastrzeżeń z własnej strony), przy czym: skoncentrowanie się na nauce, jaką dana sytuacja, zdarzenie itp. mogą mieć na przyszłość dla nas, jest trudnym, ale najkorzystniejszym dla nas rodzajem reakcji.
Oczywiście nie znaczy to, że należy uprawiać jakiś “masochizm” i celowo wystawiać się czy prowokować negatywne doznania. Jest tutaj niebezpieczeństwo dostrzegane tak przez psychologię jak ezoterykę, i konieczna jest rozwaga (przezorność), i umiejętność odróżnienia. W szczególności, z osobnikami takimi, “nieświadomymi nauczycielami’ należy szukać asertywnego ograniczenia lub zerwania (jeśli to możliwe) kontaktu.
NIe da się obronić twierdzenia, powtarzanego czasem w różnych religiach, że cierpienie i “doznawanie zła” jest dobre, bo nas rozwija, czyni szlachetniejszym i już – i dlatego, należy cierpieć, dobrze jest cierpieć, czy rytualizować cierpienie na różne sposoby (co przecież było tak częste w historii).
Taki stosunek do rzeczy stanowi już wynaturzenie i tego rodzaju “cierpiętnictwo” ściąga samą cierpiącą osobę w negatywność, pozbawia ją energii, zamiast wzmacniać i trudno dopatrzeć się w tym jakichkolwiek pozytywów.
I słowa te nie odnoszą się do jakichś dawniejszych religii ofiarnych, przynajmniej nie tylko – odnoszą się jak najbardziej choćby (a może przede wszystkim!) do chrześcijaństwa, które zostało od źródeł i niemal od czasu powstania – zatrute. Choćby symbolicznie.

(…)

Następna dygresja i refleksja – kwestia SZKOŁY

Dlaczego Źródło (Bóg) nie czyni istot powołanych do wolności od razu doskonałymi czy bardziej doskonałymi, tj. “wybierającymi zawsze lub przeważnie “pozytywny” schemat “postępowania”, bardziej świadomymi, itd. itp.?

Poza oczywistą – nieoczywistą odpowiedzią, że przeczyłoby to de facto przydanej wolności, wydaje mi się, że fakt, iż – choćby ludzie – są z zasady, od chwili narodzin, projektem “niekompletnym”, “niedokończonym” i dopiero mają możliwość ewolucji (czy też stania się “człowiekiem” w węższym, bardziej ezoterycznym rozumieniu) w pozytywnym kierunku (lub regresji w negatywnym) – wynika z tego, że świat (a przede wszystkim, jak widzimy, świat materialny, gdzie dusza jest związana z materią i doświadcza materii) jest wielką szkołą,

W szczególności można powiedzieć, że takie “niedokończenie” bytów nie jest jakąś Bożą złośliwością (lub przeoczeniem czy fuszerką, na temat której układa się dowcipy – nie czyni też tego świata najgorszym ze swiatów – jak chciał i miał do tego swoje powody, choćby Schopenhauer i wielu innych wybitnych i dużo odczuwających myślicieli). Kwestia hierarchii doskonalenia się bytów, metafor i teorii zbliżonych do neoplatonizmu, gradacji promienia istnienia, “wygasania” wibracji, kabalistycznego “rozbicia naczyń” jest tutaj bardziej złożona i pewne podstawy kosmologiczne wydaje się posiadać.

Z powodów “psychologiczno-dydaktycznych” nauka określonych “umiejętności” kluczowych dla wysoko świadomej istoty, musi odbywać się od stanu pewnej “surowości” – po prostu inna nauka nie byłaby tak naprawdę nauką, a całość zamieniałaby się w projekt, który – w pośredni sposób, zmusza stworzone istnienia do “miłości” Boga – czego Źródło oczywiście nie chciało .

Kto z nas chciałby zmuszać do miłości?



Źródło dało w prawach Świata – Stworzeniom wolność w absolutnym rozmiarze (stąd przydanie tak absolutnego wymiaru wolności i możliwości jeśli chodzi o działania bytów na drodze “zła”).

Inaczej mówiąc “kochać trzeba się nauczyć” (dobrowolnie, oczywiście) – niemożliwe jest stworzenie “od razu” istoty, która “umie kochać”, gdyż tego rodzaju umiejętności rodzą się tylko poprzez zdobywanie doświadczenia istnieniowego, w szczególności poprzez kontakt z innymi istotami.

Gdyby były wszczepione – byłyby automatyzmami. Niewolą (choćby instynktu). A jednak kiedyś właśnie automatyzmy (“automatyzm namiętności”) wydawały mi się warte poszukiwania i ocalenia jako typowe dla “stanów zakochania”, którym magii odmówić nie sposób (i które współczesna nauka analizuje od strony biochemicznej). Napisałem na ten temat, 10 lat temu, niedokończoną książkę (“Dialektyka związków miłosnych”), która, jak wiele niedokończonych rzeczy z przeszłości, po latach okazuje się materiałem, który miałem wykorzystać w całości już innej, przerobione (a wcześniej przeżytej) gdy nadejdzie właściwy Czas.


Są to oczywiście wielkie uproszczenia.
Wiele osób może zauważyć, że pomijam tak zasadnicze, filozoficzne (i nie tylko) ujęcia czy też aspekty tematu, jak kwestia dualizmu w ogóle. Tak, pomijam, pisząc prosto od siebie, wybiórczo, z przyczyn poruszonych na wstępie – w tej chwili przynajmniej, może także dlatego, że teraz jeszcze nie mam pomysłu na omówienie tego rodzaju aspektów w sposób wystarczająco syntetyczny, skrótowy.

Także stosunkowo niedawno, trafiły do mnie bardziej generalne potwierdzenia, dotyczące tego, że “zło” istnieje także w sposób konieczny dla “ruchu” i “ewolucji” jednostek już na drodze pozytywnej. Okazało się, że potoczna oberwacja, iż życie, które jest całkowicie spokojne, zadawalające, w którym brakuje przeciwności wszelkiego rodzaju, popada w gnuśność i zastój, jest bardziej uniwersalnie prawdziwa.

Bardziej ogólnie, w teoriach kosmogonicznych (dotyczących powstania, genezy Wszechświata), w tym porusząjących aspekty czysto fizyczne, zauważa się, że gdyby Świat stworzony byłby światem absolutnie doskonałym, byłby niejako światem martwym (pozbawionym ruchu, zmienności, typowej dla Życia).
Obrazowo i trochę pseudonaukowo można tutaj przywołać: różnicę potencjałów (plus, minus), która powoduje przepływ prądu elektrycznego.
Tak więc konieczność istnienia “negatywności” (cienia, ciemności, “zła”, rezultatów zachowań bytów świadomych) itd.) może być postrzegana jako bardziej podstawowa dla możliwości zaistnienia ŻYCIA i EWOLUCJI DUSZ w ogóle, jako celowego zakłócenia idealnej harmonii Stworzenia), przewidzianego przez Źródło, i koniecznego dla pozytywnej ewolucji elementów i bytów. A także, z pewnych względów dotyczących samego “Źródła” i podstawowych praw związanych z jego istotą.

Z różnych omówien tematu, wśród ezoterycznych, najbardziej reprezentatywne wydaje mi się omówienie tego tematu w dość nowej pozycji (2012, ebook późniejszy) – która mi samemu umożliwiła lepsze zrozumienie wielu teorii i pojęć wprowadzanych przez G. Gurdżijewa oraz ukazała nowe konsekwencje takiego rozumienia. Książka może wydawać się trudna, ale zaręczam, że moja znajomość języka angielskiego jest bardzo elementarna, a oczytanie wśród zarówno pozycji z zakresu hermeneutyki jak ezoteryki spektulatywnej (choć może bardziej jednak empirycznej – wszak wiedza Gurdżijewa brała się głównie z doświadczeń na ludziach) – mizerne. A jednak ksiażka wciąga i inspiruje, zasadnicze treści zrozumiałem lepiej, niż były one prezentowane bardziej z pierwszej ręki, czyli przede wszystkim w samych pismach G. Gurdżijewa.
Kosmologia i kosmogonia Gurdżijewa może wydawać się prymitywna, ale teogonia, nieodłącznie z nią związana już taka nie jest – z wszystkich znanych mi podejść i wyobrażeń na pewno warta jest uwagi.
Sam Gurdżijew pewne rzeczy celowo (a częśc może i niecelowo) plątał i komplikował
a nawet w ogóle nie przedstawił – dlatego wskazuje pozycję, która udanie te supełki stara się rozwiązywać i najistotniejsze braki uzupełnia w sposób nadzwyczaj iluminujący.

Książka ta jest autorstwa Mohammada Tamdgidi , pod tutułem:
Gurdjieff and Hypnosis: A Hermeneutic Study“, czyli po polsku: “Gurdżijew i Hipnoza. Studium hermeneutyczne”, (dostępna tylko w jęz. angielskim)

Choć pozycja ta jest zaawansowanym omówieniem, to jednak pewne kwestie, nie dość jasne u samego Gurdżijewa a także u jego wcześniejszych popularyzatorów (jak choćby P. D. Uspieńskiego) zostały tutaj ukazone i wyjaśnione przejrzyściej i lepiej,
i dotyczy to także zagadnień, które wprost łączą się z tematem, który tutaj rozważamy.
Fragmenty tych rozważań będę zapewne omawiał – być może na blogu, a być może jeszcze gdzie indziej, w następnym, 2020 roku.

(..)

Na koniec kilka luźniejszych dygresji w temacie.

Już Arystoteles stwierdzał, że “dobro jest celem wszelkiego działania” (o ile pamiętam w dziele napisanym dla syna Nikomacha). Można rozumieć to tak, że zasadniczo każdy działający będzie postrzegał swoje działanie jako zmierzające do czegoś, co nazywa dobrem, czy dobrym.
Wydaje mi się i chyba można to obserwować, że stosunkowo mały odsetek ludzi “chce czynić zło świadomie” (i złem, to co czyni i jakie skutki – świadomie – wywołuje, nazywa to przed samym sobą).
Są to głównie psychopaci, ludzie całkowicie pozbawieni empatii, sumienia etc.
Ale nawet psychopatom – to, jakie konsekwencje – dla innych – wywołują – bywa częściej po prostu raczej obojętne. Dążą do zaspokojenia swoich instynktów bez względu na to, jakim kosztem się to odbywa i dla nich samych jest to “dobre”, przyjemne, podniecające.
O wiele częściej można “stać się złym” w taki sposób, że stopniowo dochodzi do coraz większego zakłamania samego siebie, do coraz większego “rozszerzenia”/uelastycznienia czyjegoś sumienia.

Kwestia jest dość znana i omawiana na różnym tle (choćby w doktrynie chrześcijańskiej i kościele – tym polskim, katolickim, teoretycznie – co o tyle tragikomiczne, że de facto jakby w zupełnej opozycji do tego, co przedstawiciele tego kościoła sami czynią, choćby w wymiarze publicznie reprezentowanym, i co przecież wszyscy ludzie, którzy mają choćby jedno oko – widzą).

Kwestia brnięcia w błąd, w określoną drogę życiową, na której, poszczególne czyny i zaniedbania kumulują się i sprawiają, że coraz trudniej zmienić kierunek (i siebie zmienić), wycofać się jest znaną wiedzą i nader typową sytuacją życiową. Psycholodzy wiedzą, że człowiek robi często wszystko, by tylko nie musieć przemyśleć czegoś podstawowego od nowa, zweryfikować swojej postawy, a im dalej poszliśmy w kierunku samookłamań i zaniedbań tym trudniej nie tylko zawrócić, co nawet skorygować kierunek, więc najczęściej jest coraz gorzej.

Ze wszystkich kłamstw zatem – najszkodliwsze jest okłamywanie samego siebie.

[Tutaj poprawiłem – przykładowo – literówkę – “najszodliwsze”, która przypomniała mi, że kiedyś projekt filmowy nazwałem “szod”, od hebrajskiego słowa, oznaczającego “spustoszenie”, “nieszczącą moc potęgi” (a słowo to zmienia się, i odwrotnie, w słowo “Pan – Wszechmogący” (Szaddaj) po dodaniu malutkiej hebrajskiej literki “jod”.]. Zatem: albo wszechmoc albo wolność?

Nie tylko dla innych, ale także dla tego, kto sam się okłamuje, kto jest wewnętrznie zakłamany.

Poza wszystkim tym, co już zostało powiedziane – sprawia to, że taka osoba nie wie, kim tak naprawdę jest, nie widzi samej siebie.
Nie wiedząc zaś, kim jest – nie może się zmienić.
Tymczasem wszelka ewolucja człowieka jest związana z jego głęboką zmianą, inaczej czeka nas tylko regresja. Jest to widoczne nader wyraźnie w obecnej dobie.

Dlatego Izaak Syryjczyk pisał: ” Kto ma możliwość zobaczenia samego siebie, jakim naprawdę jest, szczęśliwszy jest niźliby widział anioły”.

15 lipca 2016

.

Co widać na Fotografiach? (nowy format galerii)

W poprzednim wpisie dominowały (dodawane z drogi, na bieżąco)
foty niezbyt dobrej jakości, dlatego w tym zamieszczam kilkanaście (14) ciekawszych.
Tym razem nie opatruje ich żadnym opisem czy tytułem (ale są dostępne dane techn.).

Zaeksperymentowałem dla wygody oglądającego z formatem galerii – po kliknięciu obrazek się powiększa i można wygodnie przeglądać wszystkie oraz jest też opcja wyświetlenia w pełnych rozmiarach (tutaj ok. 2000px lub 1400px – dł. bok).
Taki można sobie pobrać, wydrukować a i zawiesić nad łóżkiem i interpretować, choćby co rano i wieczór, byle nie na klęczkach.

Jeśli ktoś ma Ochotę – może tytuł lub interpretację nadać danej fotografii sam
– np. używając Komentarza pod wpisem lub komentarza,
który można od razu dodać pod fotografią w otworzonej galerii
(z tego co widzę – ale nie wiem jak to będzie działać w różnych przeglądarkach i na różnym sprzęcie).
Tak to powinno wyglądać po kliknięciu w obrazek:


Byłoby fajnie, ale wiadomo, że Ochota, dobra Chęć i inne takie, to towar obecnie coraz rzadszy. A jeśli już, to bywa wybrakowany i tak krótkotrwały, że zamiaru się nie kończy, a tylko podejmuje i zawiesza – jak choćby obrazek świętobliwy nad łóżkiem. Zawieszona ochota jednak nic nie daje (za to odbiera energię), w niczym nie chroni ani nie pomaga, podobnie zresztą jak i obrazki same w sobie (zawieszone lub nie). Ważne, co się później z tym, co się zobaczyło (albo i nie) robi.. I do czego nas to inspiruje.

Skoro jednak chęci i ochoty to towary rzadkie, to powinny być, prawem ekonomii, droższe.. I rzeczywiście są: dla mnie, ale nie tylko dla mnie. Także dla tych, którzy za tymi obrazkami stoją. A są Tacy. Bo ja sam, to pikuś, że tak powiem. Ja tylko, jak widzę, fotografuję..

Oczywiście żadna z fotografii nie jest zmieniana, modyfikowana czy “fałszowana” pod względem wszystkiego tego, co na nich widać (albo nie widać). Są to fotografie dokumentalne, głównie nieba i chmur, co nie zawsze w sumie też widać.
Jeśli podkręcam kontrasty i poziomy i pewne rzeczy uwydatniam przy pomocy programu do obróbki fotografii, po zgraniu z komórki lub aparatu, to nie dlatego, że lubuję się w kiczowatych przerysowaniach, ale dlatego, że moim priorytetem jest uwydatnienie, podkreślenie, zaakcentowanie pewnych kształtów itd. – które na każdej z fotografii są widoczne i tak, w stanie najbardziej naturalnym, prosto z aparatu, ale pewna obróbka jedynie pomaga je ujrzeć dokładniej, pełniej i detaliczniej.

W następnym wpisie zajmę się już tematem poddanym przez Batona, w jednym z jego komentarzy, które ostatnio tutaj zamieszczał.

Marat Dakunin