Zimowy powrót Lwa

Istnieje opowieść o trzech rodzajach godnej śmierci do wyboru:
– jedna jest jak śmierć małego dziecka, które jest wolne od namiętności i pamięci tego świata, bo jeszcze nie zdążyło go poznać;
– druga jak smierć żebraka, który nic nie posiada i niczego zatem nie będzie mu żal opuścić;
– trzecia – to śmierć Lwa, który samotnie udaje się w błyszczące śniegi by umrzeć.

***

Mamy zatem śniegi: a jak śniegi – to zimę. Choć oczywiście klimat jest taki, choćby w Polsce, że zima jest, słońca nie ma, ponuro i bieli śniegu też nie ma (który bywa lepszy niż szarówa, gdy Słońce odbija się w śnieżynkach).

Czas wrócić do regularnego pisania tutaj (podczas gdy trwa praca nad większymi całościami, które powoli będą się pojawiać na wiosnę..). Z kilku przyczyn trwała ta przerwa, ale szczerze muszę wyznać, że z ogólnego bezwładu. Skala i jakość inspiracji bezpośredniej była tak duża pod Słońcem letnich miesięcy ostatniego roku, że przejście do szarej końcówki października, listopada i dalszych zimowych miesięcy odbiło się na mnie jakby epizodem depresyjnego nawrotu, gdy każdy dzień i każda czynność stają się wyzwaniem i trzeba walczyć z życiem (oraz walczyć o siły życiowe).
Czy jedna piszę to, bo mogę uznać, że należy pracować (i przekazywać to, co się ma, to, co się ma bowiem, jeśli jest wartościowe, powinno się dzielić z Innymi – inaczej trafiamy na jakąś lewą ścieżkę..) tylko gdy bezproblemową jest inspiracja i wszystko nas motywuje?
Nie – muszę bowiem ćwiczyć (samo)dyscyplinę.
Niezależnie od tego czym się głównie zajmujemy i jak bardzo twórczy czy bazujący na okresach wzmożonego natchnienia i intuicji jest nasz proces, bardziej kreatywny niż odtwórczy (tak musi być gdy Źródło takiej wiedzy jest wyższego poziomu – jeśli to wiarygodne i dobrze życzące nam źródło, to zawsze przekazuje one minimum, bacząc by resztę zostawić dla naszego własnego wysiłku, który jest niezbędny dla naszego rozwoju; dając gotowce wyrządziłoby się człowiekowi niedźwiedzią przysługę) –
to powinno obowiązywać powiedzenie Arka (prof. Arkadiusza Jadczyka):

Praca wynikająca z inspiracji, działanie “w chwili”, spontaniczne, improwizacja – bardzo się sprawdza!
Ale rzadko!
Na co dzień sprawdza się samodyscyplina!

Także z powodu Arka postanowiłem (i tak późnawo) wznowić regularne i częste tutaj widoczne wysiłki (czyli posty, za którymi nierzadko stoi jednak solidniejszy wysiłek), gdyż dowiedziałem się, że końcem grudnia zapadł na dość poważny wirus, związany z sercem (nie słyszałem wcześniej dużo o tego rodzaju chorobach wirusowych). I choć wydaje się, że już wydobrzał, to pomyślałem sobie – a nuż przypadkiem zaglądnie tutaj, zoczy jak tutaj cienko z regularnością od środka jesieni po zimę (cały styczeń pusty!) i pomyśli coś nie najlepszego o mojej dyscyplinie, a jeśli gorzej: zmartwi się.
A pewnych ludzi nie wolno nam martwić, każdy z nas wie – jeśli pomyśli (i poczuje) chwilę – których, dla siebie z pewnych powodów ważnych..

Moje głowne Źródło – Lwy (choć 2 kategorie, jak to odbieram i widzę, są w tym zbiorze, o czym kiedyś wpomnę więcej) tak silnie związane jest z propagacją Słońca, że okresy gdzie dominują odwrotne “klimaty” mogą być dla rodzinnie powiązanych odbiorców trudne, uniemożliwiające stworzenie czegoś dobrej jakości mocą inspiracji, ale nie uniemożliwiają one codziennej samodycypliny i wykonywania tych czynności, które bazują na wysiłku, na trudzie, zmuszeniu się (choćby: archiwizacja, kwerenda, czynności bardziej techniczne, często “lwiej rodzinie” niezbyt miłe, gdyż nie przepadają lwy za powszedniością i “szarą robotą”..
Oby to co piszę towarzyszyło mi w praktyce przez najbliższe miesiące, do początków lata!
A tak w ogóle, Gurdżijew utrzymywał, że w ogóle liczy się tylko wysiłek i robota, która przychodzi z trudnością (jako m.in. świadczące, że przełamujemy to wszystko, co jako mechaniczne, zepsute lub rozstrojone składa się na psychologię przeciętnego człowieka). Ark też tak sądzi.
Ja kiedyś uważałem inaczej, z pewnych wzgledów (bo pewne realnie wartościowe osiągnięcia przychodziły mi zbyt łatwo i zamiast z tego brać większą siłę do tym bardziej koniecznej dyscypliny czyniłem sobie z tego wymówkę dla spraw i rodzaju czynności, które bynajmniej łatwo i automatycznie mi już nie przychodziły.

A w drugiej części tego “zimowego powrotu Lwa” opiszę pewną figurkę.

Oto ona:


prehistoryczna (ok. 40.000 lat temu) rzeźba z kości słoniowej, która została odkryta w Hohlenstein-Stadel 

Tutaj (klik – na wiki) możemy sobie poczytać bardziej oficjalnie (i jak teraz coraz częściej
bywa – im oficalniej – tym mniej prawdziwie ..) na temat tego znaleziska.
Tutaj znalazłem nawet klip na temat tej rzeźby:

A to już komentarz pewnej autorki (z lwiej rodziny, także), który w ostatnich dniach czytałem.
Oddaję zatem głos Murry Hope:

W opisie specjalistów (muzealnym) zwróciłam uwagę na sformułowanie podkreślające, że głowa w tym przypadku jest nieproporcjonalnie mała do wydłużonego, smukłego ciała w pionie. Jeśli ktokolwiek z moich czytelników trzyma koty, sugeruję, by przyjrzeli się kotu i zwrócili uwagę na proporcje wielkości jego głowy do całego, rozciągniętego ciała, gdy kot wesprze się (lub się go w ten sposób postawi, co nieraz ktoś robi, ..dla humoru..) na swoich tylnych nogach.
Zobaczcie także na formację i strukturę nóg, gdy kot jest w wyprostowanej pozycji i myślę, że podobnie jak ja dostrzeżecie, że figurka nie bardzo wydaje się zatem odnosić do jakiejś “kobiety – szamanki”, jak się popularnie przypuszcza, ale do całkowicie “kociej” istoty, która nauczyła się przyjmować pozycję wyprostowaną na dwóch nogach, tak jak robimy to my, ludzie.

Do zobaczenia wkrótce,

Marat Dakunin

Please follow and like us:
error0
fb-share-icon0
Tweet 20
fb-share-icon20