Nowy Człowiek na Nowe Czasy (Odc. 22)

Dlaczego człowiek powinien porzucić „dom rodzinny”, porzucić znane terytorium i udać się w takie dzikie ostępy?

Na takie pytanie można dać więcej odpowiedzi, więcej domysłów, wychodząc poza ten fragment, ten odcinek – kolejny już – omawiania psychologicznego (i ezoterycznego) znaczenia przypowieści ewangelicznych.
Każda dojrzałość, wzięcie na siebie odpowiedzialności – conajmniej za siebie samego – to symboliczne opuszczenie domu.

Uwaga na marginesie: Koty w warunkach ziemskich opuszczają dom rodzinny wyjątkowo późno. Może to mieć dobre strony, gdy uda się opanować złe.


Można też powiedzieć:

“Życia duchowego nie można prowadzić na przedmieściu. Zawsze znajduje się na niezbadanych terenach, a my, którzy nim żyjemy, musimy zaakceptować, a nawet cieszyć się, że pozostaje ono nieoswojone.”
(Howard Macey)

Kolejna uwaga na marginesie głównego toku tego wywodu:
J. Eldredge, autor bardzo ciekawej, godnej częstszych przywołań,

książki “Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”

tylna strona okładki rzeczonej książki

(można spokojnie polecić ją szukającym czysto laickiej wnikliwej i nie tak oklepanej psychologii, choć wydana jest i po części osadzona w duchu religii chrześcijańskiej) zauważa:
“Ewa została stworzona w granicach bujnego piękna rajskiego ogrodu. Adam jednak, jak pamiętacie, został stworzony poza Rajem, w dzikiej przestrzeni. Zapis naszych początków w drugim rozdziale Księgi Rodzaju przedstawia to wyraźnie. Mężczyzna został powołany do życia na zewnątrz, w nieoswojonej części stworzenia. Dopiero potem zostaje zaprowadzony do Edenu. I odtąd chłopcy nigdy nie czują się dobrze w domu, a mężczyźni cierpiana nieuleczalną tęsknotę odkrywania. Tęsknimy za tym, a kiedy to zrealizujemy, zaczynamy żyć naprawdę. John Muir powiedział, że
kiedy mężczyzna wychodzi w góry, wraca do domu.”
[Patrząc na ten fragment Ktoś czy Któraś z Czytelników, Czytelniczek, może zastanowić się, czy aby pozycja ta nie jest przesiąknięta, niestety zakorzenionemu
w chrześcijaństwie (które jednak, jak już kilka razy dopowiedałem w różnych wpisach,
w istocie jest tylko i aż jedną wielką parodią swej genezy i początków), patriarchalnemu zboczeniu? Nie, nie jest, z tego co pamiętam (większe fragmenty tej książki). Jest rozsądna i potrafi pięknie i celnie mówić też o Kobiecie bez stawiania jej w jakiejś podrzędnej roli.]

Człowiek (Jezus) jest głodny chleba, ale nie w literalnym znaczeniu, lecz tego chleba, o który prosimy w Modlitwie Pańskiej, tak błędnie przetłumaczonego jako „nasz chleb powszedni” – chodzi o chleb transsubstancjalny, o wskazania na drogę, i literalnie raczej o chleb na dzień jutrzejszy, tak naprawdę, to znaczy na to, co wiąże się z rozwojem naszego życia, nie tego życia, jakim ono jest – w dniu powszednim, w codzienności, ale takiego, jakim jutro może się stać, chodzi o chleb, który da nam niezbędną energię do wewnętrznego rozwoju i wzrostu, o pożywienie, które przyniesie sukcesywnie kolejne fazy w pogłębieniu naszego zrozumienia.

Modlitwa Pańska, na marginesie, jest bowiem modlitwą o rozwój wewnętrzny i prośba o chleb jest prośbą o rodzaj zrozumienia niezbędny to tego.

[Modlitwa ta, popularne w jęz. polskim “Ojcze Nasz” (łać. Pater Noster) doczekała się też wielu bardziej lub mniej ekwilibrystycznych interpretacji i alegorii, w tym numerologicznych, kabalistycznych i .. eklektycznych (przyciągających bogactwem wyprowadzanych znaczeń, jak przykładowo, z pamięci, wydaje mi się, intepretacja Martynistów. Ezoteryczną interpretacją tej modlitwy zajmiemy się w swoim czasie]

W takim stanie „dzikości” pokusą jest samemu uczynienie chleba dla siebie, to jest, pójście za swoimi własnymi ideami, za swoją własną partykularną wolą. Tak dokładnie postąpili budowniczowie Wieży Babel, którzy użyli własnych materiałów, cegieł i mułu, w miejsce kamienia (skały) i solidnej zaprawy. Sądzili, że mogą zbudować nowy świat ze swoich własnych idei. Dlaczego jednak ktoś nie powinien zdać się raczej na siebie samego i na to, co płynie z powszedniego dnia, niż czekać czegoś, co wydaje się wątpliwe?

U Mateusza odpowiedź Chrystusa na to kuszenie brzmi:

Lecz On mu odparł : « Napisane jest : Nie samym chlebem żyje człowiek , lecz każdym słowem , które pochodzi z ust Bożych »
(Mateusz, IV, 4)

Zobaczmy jasno, że diabeł podpowiadał Chrystusowi by przemienił, dla siebie i swego głodu, kamień w chleb – to jest, aby nie czekał na jakieś Słowo Boże.
Szatan mówi: „Jeśli ty jesteś Synem Bożym, rozkaż tym skałom by stały się chlebem”, co oznacza: pożyw się swoją własną siłą i rozumiem, ideami.
[Może to też oznaczać, jeśli pamiętamy, co w odwiecznym języku przypowieści oznacza: “skała” – kuszenie do tego, by zatrzymać się na najbardziej podstawowej, nieelastycznej, wyrytej w “kamieniu” Prawdzie, którą, jak już wiemy, choćby z Odc. 14 (dość popularnego, z tego co widzę) – można się poranić. Nicoll takiego odniesienia tu nie czyni, ja idę za swoją ideą (pomysłem), by takie dodatkowe powiązanie tu wskazać. Nie zawsze, mam tutaj nadzieję, pójście za swoją ideą – jest złe. To zależy – diabeł tkwi w szczegółach i w kontekście – prawie zawsze.]

Ale misja Chrystusa, która rozpoczęła się niezwłocznie po tych kuszeniach w odludnym miejscu, nie polegała na produkowaniu prawdy i znaczenia przez niego samego, ale na zrozumieniu i nauczaniu Prawdy i znaczenia Słowa Bożego – to jest tego, co należy
i pochodzi z wyższego poziomu wpływów. Test dotyczył woli samego człowieka (samowoli) i woli wyższego rodzaju i człowiek powinien wybrać wolę Boga – a nie swoją własną.

Człowiek, jak wtedy Chrystus, powinien niższy, ludzki poziom siebie samego wznieść
i oddać pod kontrolę woli wyższego poziomu, boskiego rodzaju. To właśnie ten niższy ludzki poziom jest tutaj tym, co podlega kuszeniu – jest on oczywiście w Jezusie, jako urodzonym z ziemskiej matki.

Pomylić niższe z wyższym oznacza zniszczenie człowieka, gdyż wtedy przypisuje on sobie coś, co do niego nie należy.

A do kogo, tak naprawdę, należy COKOLWIEK – i co to jest to tzw. “święte prawo własności” czy dziedziczenia, tak chronione od wieków przez tzw. “kościół chrześcijański”? Czy aby nie jest to kolejna “przedwieczna” (ale tylko w ludzkiej rachubie wieczności, która jak wiadomo – jest ledwo machnięciem skrzydeł komara) kradzież – bezczelne przyznanie sobie tego, co należy tylko do Całości (i Odwieczności), czyli jest boskie? [pytania wtrącam mocno poza nurtem parafrazy Nicolla – ja, Marat]

W ten sposób człowiek jest kuszony, by uznał „Jestem Bogiem” a nie „Bóg jest mną”.

Jeśli powie: „Jestem Bogiem” identyfikuje siebie z Bogiem, ale czyni to z niższego poziomu, co niszczy w nim pierwiastek boski, człowieczeństwo.

Jeśli zaś powie: „Bóg jest mną”, poddaje wtedy siebie, swoją wolę i czyni wolę Boga swoim „Ja”, tak więc to co w nim niższe musi ustąpić przed tym, co wyższe.

Zauważmy, że Szatan zwrócił się do Jezusa podkreślając: „jeśli ty jesteś Synem Bożym”, co sugeruje, ze Jezus może czynić co mu się podoba, tak jakby był po prostu na poziomie Boga.

To wszystko, ten potencjał, był w Jezusie – miał w nim miejsce.

Jakkolwiek to kuszenie może być odebrane całkiem prosto, jako odnoszące się do próby powstrzymania pewnych apetytów, w tym przypadku dosłownie głodu, jest raczej jasne że inne i głębsze znaczenia znajdują się ponad literalną interpretacją i wiążą się z całością problematyki miłości własnej i pokusy siły, władzy – w którym to ludzka natura jest zanurzona. Jak wiemy, Jezus miał w sobie jak najbardziej ludzką naturę.
Zadaniem była jej transformacja.

pustynne lotnisko w Egipcie;
Szatan – w kolejnym kuszeniu – ukazał Człowiekowi (Jezusowi) cały świat (wszystkie królestwa) z góry – lecz raczej nie z samolotu
na pustynnych drogach oprócz Szatana i Jezusa można spotkać też rzeczy bardziej puszyste, i czasem niestety ginące pod kołami (ten kot miał szczęście, przykleił się do szyby – jak widać – od strony ogona i tyłu..

Następny wpis, jutro, będzie w całości wypełniony fotografiami.

Te zaś – z dzisiejszego (4 listopada 2019) wczesnego już (zegarowo) końca widnego dnia.

Gdy zaś te scenerie wydają nam się zbyt niepokojące tak kształtami (pewnymi..) jak barwą, dajmy oku odpoczynek na:

In Cloud’s smile We Trust – W Uśmiechu Chmury Pokładamy Nadzieję.
Czy taka będzie dewiza na przyszłym środku płatniczym? Czy będą przyszłe środki płatnicze? I nie o czasy chipowania tu chodzi i znamienia VISA, a o Czasy Po tych Czasach.

Please follow and like us:
error0

Nowy Człowiek na Nowe Czasy (Odc. 21)

(fotografia nieba – chmur; wyjaśniam dla rozwiania wątpliwości czy domysłów)


Zobaczymy lepiej, czym jest i jak rozumiany może być diabeł – szatan, gdy zrozumiemy lepiej co tak naprawdę oznacza kuszenie.

W opisie kuszeń u Łukasza wspomniane jest, że Jezus „przebywał w dzikich ostępach przez 40 dni”, będąc kuszonym przez diabła. Liczba 40 pojawia się także, przykładowo, w historii dotyczącej Potopu, gdy deszcz padał nieprzerwanie przed czterdzieści dni
i nocy, w alegorycznej opowieści o tułaczce dzieci Izraela, tułających się czterdzieści lat na pustyni (tak samo, w „dzikich ostępach”), jest także powiedziane, że Mojżesz pościł przez czterdzieści dni i nocy zanim otrzymał Przykazania na kamiennych tablicach.

Tutaj, u Łukasza, 40 dni w „dzikości” bezpośrednio odnosi się do idei pokuszeń:

Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu, a wiedziony był przez Ducha na pustyni czterdzieści dni, i był kuszony przez diabła. Nic przez owe dni nie jadł, a po ich upływie poczuł głód.

(Łukasz IV, 1 -2)

Wtedy następuje opis pierwszego kuszenia związanego z powyższym okresem, które jest przedstawione w ten sposób:

Rzekł Mu wtedy diabeł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem».

(Łukasz IV, 3)

Spójrzmy wpierw na powierzchowny, literalny, pierwszy poziom znaczeniowy. Chrystus poczuł głód i diabeł zasugerował, by przemienił, dla siebie, kamień w chleb.
Jezus odpowiedział:

Odpowiedział mu Jezus: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek».

(Łukasz IV, 4).

Na tym literalnym, powierzchownym poziomie jest to tym czym się zdaje – kuszeniem
o typowo fizycznym, cielesnym charakterze. Pamiętajmy jednak, że zostało powiedziane, że Jezus pozostawał w dzikich ostępach przed 40 dni, będąc kuszonym.
Jeśli dosłownie potraktujemy te ostępy, jako fizyczne miejsce – choćby dziki, odludne tereny, pustynię, jak to jest, że nic nie jest powiedziane na temat tych kuszeń, które przez ten cały czas miały miejsce? Można po prostu powiedzieć, że głodował na odludziu.

A tutaj bynajmniej nie odludzie, a plac przed Tesco


Jednak w połączeniu z zagadnieniem wewnętrznej rozwoju i ewolucji powinniśmy przez to pojęcie „dzikich terenów”, odludzia czy pustyni rozumieć pewien stan umysłu, ducha, stan wewnętrzny, porównywalny w czymś zewnętrznie mogącym być opisanym, to jest stan, gdy nie ma niczego, czym może kierować się człowiek, gdzie nie jest już pośród znanych sobie rzeczy i w przyjaznym otoczeniu.

Jest to dzikość strapienia, dezorientacji i zamętu, wewnętrznego zakłopotania i konsternacji, gdy człowiek jest w całości pozostawiony samemu sobie, co jest testem;
i nie wie w którym kierunku się udać a nie może udać się po prostu w swoim własnym kierunku, nie powinien.

To samo w sobie wystawia na pokuszenie, przez cały ten czas gdy jest pozbawiony znaczeń i drogowskazów, głoduje z braku zwyczajowych znaczeń.

Przepraszam za dłuższy okres niepisania na blogu.
Jutro następny wpis.

Please follow and like us:
error0

Strach Cienia

Niniejszy wpis będzie skromny w słowach, ale ciężki w treści. Dlatego temat zostanie rozłożony na częsci. Pierwsza, można powiedzieć, najmniej semantyczna..

Trudno się pisze o cieniu, może proporcjonalnie jak się wewnętrznie rozpoznaje
i próbuje naświetlić – tutaj trudno o precyzję i klarowne (jasne) wyjęcie cienia z cienia
w sensie języka, przekazu. Tak jak w wewnętrznym zmaganiu się trudność była emocjonalna, czy raczej egzystencjalna (ponad emocjonalna, z elementem rozumowego rozpoznania, z siłowaniem się z naszą niedomyślnością i paradoksalnie ze świadomością – bo świadomość cienia nie lubi, nie lubi się nim zajmować, może nawet nie – na – widzi.
Sprawnie, czyli i syntetycznie i trafnie – i jasno – napisać więcej o cieniu przyjdzie niedługo, lecz jeszcze nie teraz.
Najpierw powróciły wspomnienia, sprzed 20, 15, 10, 5 – lat. Te najtrudniejsze, te kluczowe. Przez wrzesień dominowała eskapada z latarką ku najbardziej cienistym kątom i zakamarkom.
A potem:
Zwrócone mi także zostały, być może w pełni już, uczucia.
Ciekawe, że wcześniej przeżywać nawet umiałem, na odległość, uczucia Innych – niż własne, swoje.
Nie można nie pogrążyć się w zwróconych uczuciach, jak nie można nie podtopić – gdy nagle naszą wąską ścieżkę, nisko sklepioną, zalewa bezmiar szalejącej wody.
Nie należy się jednak także utopić.
Gdy wracają uczucia zalewają nas nasze pełniej uświadomione błędy, przeżywamy to, co przez nasze działania, nieprzemyślane, impulsywne, nieświadome ich prawdziwego znaczenia i efektu, stało się w Innych. Bliskich.

Biadanie nad sobą, żal, zatopienie się w rozpamiętywaniu i dryfowanie ku “zasłużonej karze i bezwładowi” jest przecież jednak najgorszym rozwiązaniem.
Nie ma chyba wydarzenia, emocji, błędu, tragedii – w której nie można by odebrać nauki, lekcji.
Wszystko to lekcje, bolą nas – w niewczesną świadomością – lekcje ciągle powtarzane, miesiącami, latami, dekadami (!). To normalne. Że jest tak, iż widzimy, że nie mieliśmy żadnej kontroli – i nie usprawiedliwia nas to, lecz jeszcze bardziej obciąża.
Ktoś puszcza nam fragment filmu – zapis naszego życia sprzed jakiegoś tam czasu, zapis lat: i widzimy, że wtedy gdy, jak się nam zdaje, pamiętamy, że chodziliśmy po ulicy, planowaliśmy, śmialiśmy się autoironicznie, tak naprawdę staliśmy – rok, dwa, trzy – pod murem i waliliśmy głową w mur. Miarowo, dosadnie, zapamiętale.
Jak nas to może nie boleć – widząc siebie przy tak bezsensownej i autodestrukcyjnej czynności. I bardziej serce boli niż głowa, bardziej serce, choć to głowa waliła w mur.

Koniec pewnych lekcji, choćby były najbardziej bolesne i przynosiły najbardziej gorzką samoocenę i autorefleksję , jest powodem do radości, i do raźniejszego marszu na Przód. Gorzka świadomość musi być dobrym paliwem, jeśli potrafimy ją spalić i wydobyć z niej energię. Na paliwie słodkim tak często zajeżdza się donikąd, i to jeszcze z zepsutymi zębami.

Jakkolwiek trudne byłyby zmagania z cieniem, to cień się boi naprawdę. Strach naszej prawdziwie świadomej części , naszego światła, nasz strach – jest tylko złudzeniem.

Cień się boi każdego Ogniska Świadomości
znalezione na poprzedniej fotografii

PS
W związku z niespodzianką (zapowiadaną, co nie jest sprzecznością..- ale “testową”), którą przygotowuję, przeglądam stare artykuły naszego wybitnego psychiatry Kazimierza Dąbrowskiego (najbardziej znanego jako promotora teorii “dezintegracji pozytywnej” oraz higieny psychicznej) i postanowiłem dołączyć do tego wpisu 2 fragmenty z krótkiego przeglądu definicyjnego “W poszukiwaniu zdrowia psychicznego”:

Zdrowie psychiczne
a wzmożona pobudliwość psychiczna (nerwowość)

Ludzie, którzy mają silnie rozwiniętą konfliktowość wewnętrzną, zyskują często opinię konfliktowych zewnętrznie poprzez własną „dziwaczność” i „obcość”, przeszkadzanie innym (głównie psychopatom i osobnikom psychopatopodobnym), poprzez własne istnienie.
Bowiem grupy ludzi sztywnych, prymitywnych, jednostronnych, zawsze będą miały postawę „nie”, postawę negatywną i wywołującą konflikty w stosunku do ludzi wrażliwych, twórczych i autentycznych.
Ci ostatni, o wzmożonej pobudliwo­ści, nie mogą być tolerowani z powodu inności,
z powodu odmiennych norm postępowania, braku stereotypowości i prymitywizmu popędowego.
Po­wstają wówczas niezawinione konflikty, narzucone i wywołane przez otoczenie. Natomiast konflikt wewnętrzny, konflikt ze swymi niższymi przeżyciami, z negatywnymi cechami własnego typu psychologicznego, konflikt z biologicznym cyklem rozwojowym i z własną ograniczoną na pewnych terenach wrażliwością jest wyrazem dynamizmów rozwojowych. Wiąże się to najściślej z dynamizmem
„wstępowania wyżej” przez pod­ porządkowanie sobie prymitywnego siebie, jaki m się jest, dla „wyższego siebie”, dla siebie, którym się „być powinno”.

Please follow and like us:
error0

Nowy Człowiek na Nowe Czasy odc. 20 + jetzer ha-tov

W poprzednich częściach zajmowaliśmy się już kuszeniami, a zakończyliśmy na takich dwóch akapitach:

(…) Przypomnijmy sobie wprzód, że ta koncepcja ludzkości, jaka jest przedstawiona
w ewangeliach, ludzkości w pierwotnym, zastanym stanie, jakby we śnie, nieprzebudzonej, jest taka, że ludzkość znajduje się pod panowaniem Szatana, obraz przedstawia człowieka, który jest nawiedzany przez złe duchy. Oznacza to, że człowiek znajduje się pod panowaniem złych impulsów, wpływów i nastrojów, które personifikują nieczyste duchy, których celem jest zniszczenie człowieka i rasy ludzkiej. Koncepcja ewangeliczna przedstawia człowieka nieustannie ściąganego w dół przez siły zła, które są w nim samym, nie gdzieś niezależnie na zewnątrz, i którym człowiek się podporządkowuje, daje posłuch.

Poprzez ten posłuch i brak lub niedostateczny odporu tym złym siłom, postęp w ludzkim życiu jest wstrzymany. Te złe siły są w samym człowieku, w jego naturze,
w naturze jego miłości własnej, jego egotyzmu, jego ignorancji, głupocie, małości, próżności, a także w jego myśleniu i postrzeganiu tylko pod wpływem i za pomocą zmysłów tylko tego, co widzialne, zewnętrznych pozorów życia i świata, jako jedynej rzeczywistości. Te skażenia są łącznie nazywane diabłem, szatanem, który jest złowrogą potęgą niezrozumienia, nieporozumienia i błądzenia co do wszystkiego, co do taki nierozwinięty człowiek posiada, co go dotyczy, siłą błędnego łączenia rzeczy i interpretacji rzeczywistości. Diabeł jest agregacją tych wszystkich niedostatków i błędów, tej całej siły niezrozumienia i wszystkich rezultatów z tego płynących.
Tak więc diabeł nazywany jest Kłamcą, oszczercą i czyniącym skandal, z jednego punktu widzenia, natomiast Oskarżycielem z drugiego punktu widzenia. (..)

W tym miejscu zapowiedziałem, że przywołam fragment powieści Philipa K. Dicka “Boża Inwazja”. Oto on, in extenso, a właściwie kilka fragmentów, z ostatnich części tej krótkiej powieści:

“— Jest ich więcej — powiedziała Linda do Herba Ashera, który stał jak wkopany, patrząc na trup koźlęcia.
— Wejdź. Rozpoznałam go po zapachu. Belial niesamowicie śmierdzi. Wejdź, proszę. — Wzięła go za ramię i doprowadziła do drzwi.
— Cały się trzęsiesz. Wiedziałeś, co to jest, prawda?
— Tak — powiedział — ale kim ty jesteś?
— Czasami nazywają mnie Obrońcą. Kiedy bronię, jestem Obrońcą. Kiedy pocieszam, jestem Pocieszycielem. Jestem też Przydrożnym Pomocnikiem. Belial jest Oskarżycielem. W Sądzie jesteśmy przeciwnikami. Proszę, wejdź do środka i odpocznij. To było dla ciebie ciężkie przejście, ja wiem.
— Dobrze. — Pozwolił się jej zaprowadzić do windy.
— Czy cię nie pocieszałam? — spytała Linda Fox. — W przeszłości? Kiedy leżałeś samotnie w swojej kopule na obcym świecie, nie mając do kogo ust otworzyć? To jest moje zadanie. Jedno z moich zadań.
— Przyłożyła dłoń do jego piersi. — Serce ci wali. Musiałeś się nieźle przestraszyć.
To ci powiedziało, co ma zamiar zrobić ze mną. Ale, jak widzisz, nie wiedziało, dokąd je zabierasz. Dokąd, albo do kogo.
— Zniszczyłaś je — powiedział i umilkł.
— Ale zdążyło rozprzestrzenić się po całym wszechświecie. To, co widziałeś na dachu, to tylko jeden przypadek. Każdy człowiek ma swojego Obrońcę i Oskarżyciela. Po hebrajsku Obrońca nazywał się jetzer ha-tov, a Oskarżyciel jetzer ha-ra.

— Byłem sam, kiedy to do mnie przyszło. Udawało zbłąkane zwierzątko.
— Każda osoba na Ziemi będzie musiała wybrać między swoim jetzer ha-tov a swoim jetzer ha-ra. Ty wybrałeś mnie i dlatego cię obroniłam… Gdybyś wybrał tamtego stwora, nie mogłabym nic zrobić. W twoim przypadku wybrana zostałam ja. Bitwa toczy się o każdą duszę z osobna. Tak uczą rabini. Oni nie uznają doktryny upadku człowieka jako całości. Zbawienie to sprawa indywidualna.

Pochyliwszy się, pocałował Linde w policzek. Westchnęła przez sen. Słaby i we władzy tej kozopodobnej istoty, pomyślał. Taki byłem, kiedy tu przyleciałem. Obroniła mnie, bo byłem słaby. Ona nie kocha mnie tak, jak ja ją, bo musi kochać wszystkich ludzi. A ja kocham tylko ją. Całym sobą. Ja, słaby, kocham ją, która jest silna. Ona ma moją lojalność, a ja jej obronę. To jest Przymierze, które Bóg zawarł z Izraelitami: silny ochroni słabych, a słabi dają w zamian silnemu swoją cześć i lojalność, na tym polega wzajemność. (..)

[U ludzi, tłumaczących sobie pewne zdarzenia tak, jak zostali zmanipulowani – by je widzieć i oceniać – istnieje i przewija się przez wieki i w każdej religii zdolność niektórych jednostek posiadających serce i rozum, tłumaczenia i wynajdywania w tych zdarzeniach takich interpretacji, które nie mają nic wspólnego z celami Manipulatora, mają za to dużo wspólnego z Boskim Planem]

(..)
— To paradoks.
— Ale to prawda. Możesz wiele dla niej zrobić. Miałeś rację, kiedy pomyślałeś o słowie „wzajemność”. Wczoraj wieczorem ona uratowała ci życie.
— Emmanuel uniósł rękę. — To ja ci ją dałem.
— Rozumiem. — Domyślał się, że tak było.
— Czasami w tym równaniu, że silny broni słabego, trudno ustalić, kto jest silny, a kto słaby. W zasadzie, ona jest silniejsza od ciebie, ale ty też możesz jej bronić w pewien szczególny sposób, możesz osłaniać ją od tyłu. To jest prawdziwe prawo życia: wzajemna obrona. W ostatecznym rachunku wszystko jest i silne, i słabe.
Nawet jetzer ha-tov, twój jetzer ha-tov. Ona jest siłą i jednocześnie jest osobą, w tym kryje się tajemnica. Będziesz miał czas w życiu, które cię czeka, żeby tę tajemnicę zgłębić. Nieco. Będziesz ją coraz lepiej poznawać. Ale ona zna cię już teraz doskonale, (..)

— Ta kozopodobna istota wcale jej nie zaskoczyła.
— Nic nie zaskakuje jetzer ha-tov — powiedział Emmanuel. (..)

Nie powiedziała ci jeszcze o późniejszym darze, który ma dla ciebie: o darze całkowitego odpuszczenia win całego twojego życia. Ona będzie przy tobie, kiedy będziesz sądzony, i to ona będzie sądzona, nie ty. Ona jest bez skazy i przekaże ci tę swoją doskonałość, kiedy dojdzie do ostatecznej oceny. Nie bój się więc, twoje zbawienie jest zapewnione. Ona odda życie za ciebie, swojego przyjaciela. Jak powiedział Jezus: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Kiedy dotknęła tej kozopodobnej istoty, ona… może lepiej nie powiem.

— Ona sama na chwilę umarła — powiedział Herb Asher.
— Na chwilę tak krótką, że prawie nie istniejącą.
— A jednak to się zdarzyło. Ona umarła i wróciła. Mimo że ja nic nie zauważyłem.
(..)
— Kyrios — wyszeptała. —

[Por. “Kyrios” (pan) – zob. Kairos (zob. także grecki bóg – jeden z 3 sposobów rozumienia czasu)]

(..)

— A to coś na dachu? — zaczął Herb Asher.
Ale Emmanuel zniknął. Pozostali tylko on i Linda Fox.
— Zadzwonię do władz miejskich, żeby to wywieźli — powiedziała Linda Fox.
— Mają do tego specjalną maszynę. Do wywożenia jadowitego węża. Z życia ludzi
i z dachów domów. (..)

Później wyszli z Linda Fox na dach, żeby spojrzeć na trupa Beliala. Ku swemu zdziwieniu Herb Asher zobaczył nie wysuszone zwłoki kozopodobnego stworzenia, lecz coś, co wyglądało na szczątki wielkiego świetlistego latawca, który rozbił się i zdruzgotany przykrył prawie cały dach. W zadumie patrzyli z Linda na coś ogromnego, pięknego i zniszczonego, rozsypanego w okruchach, jak rozbite światło. — Taki był kiedyś — powiedziała Linda. Na początku. Przed upadkiem. To był jego pierwotny kształt. Nazywaliśmy go Motylem. Motylem, który spada powoli, przez tysiące lat, przecinając Ziemię, jak geometryczny kształt zniżający się stopniowo, aż nic z tego kształtu nie pozostanie.
— Był bardzo piękny — powiedział Herb Asher.
— Był gwiazdą poranną. Najjaśniejszą gwiazdą na niebie. A teraz pozostało z niego tylko to.
— Jakże upadł.
— I wszystko inne z nim — powiedziała Linda. (..)
— Czy będzie jeszcze kiedyś taki, jak na początku? — spytał Herb Asher.
— Może — odpowiedziała Linda.
— Może wszyscy tacy będziemy.

— Dziękuję ci — powiedział Herb Asher. Nad nimi pracowała maszyna uprzątająca szczątki Beliala. Zbierająca rozbite fragmenty czegoś, co kiedyś było światłem.”

Wpis ten miał wyglądać inaczej i pojawić się wcześniej, ale:
– byłem w podróży
– ostatnie dni są tak fatalne, że trudno mi teraz napisać coś od siebie. Może zresztą nie są “fatalne”, raczej wstrząsające, a wynika to z tego, że zwrócone mi zostały chyba w całości (proces zwracania rozpoczął się już dawniej) uczucia i zdałem sobie sprawę z rozmiaru własnej nieodpowiedzialności.

Do niniejszego wpisu wizualiów już nie dodam ale za to będzie ich sporo w następnym.

Please follow and like us:
error0

Kwestia waryactwa, symbolika Liczb, przypadki & “synchroniczności” oraz obowiązek codziennej Pracy

Narobiłem sobie kłopotu wczorajszym wpisem, także dlatego, że użyłem trybu gramatycznego (chciałoby się z fizyki rzecz tensorowego..) bezczasowego a właściwie trybu Wieczności, zapowiadając rzeczy do wykonania w piątek, sobotę i niedzielę, tak, jakby były już wykonane.
Tymczasem dobra praca, jakościowa (i twórcza), a taka ta praca musi być z natury rzeczy, którymi się zajmuję – wymaga w miarę dobrego samopoczucia fizycznego (i psychicznego). A ja prawie nie spałem. Co prawda zdażało mi się nie spać po 3 i 4 doby i “coś robić” w przeszłości nierzadko, ale obiecałem sobie nie powtarzać tego rodzaju ekstremalnych (i nienaturalnych, szkodliwych) uwarunkowań dla mojej roboty, szczególnie tej najważniejszej.
Dodatkowo: nie najlepiej mi się oddycha (w dzieciństwie cierpiałem na astmę tak silną, że przez zwężenie oskrzeli dusiłem się np. w pomieszczeniu o zagrzybionych ścianach; na szczęście z okresem dojrzewania tak silna astma ustąpiła), ale to raczej nie jest związane z czynnikami alergicznymi. Jak to zwykle u mnie jest to “psychosomatyczne”, na podłożu nerwicy (na którą kiedyś chyba cierpiałem, bo się i oficjalnie leczyłem).
Co jeszcze: bóle kręgosłupa. A wymieniłem tylko czynniki bardziej somatyczne, cielesne (choć, jak wszystko, uwarunkowane psyche).

Tak więc – nie dajmy się zwariować!
[piszę tu o sobie w pluralis maiestatis, co jest quasi-mrugnięciem okiem w stronę “rozdwojenia jaźni”, które może ale nie musi być typowe dla schizofrenii oraz jest typowe dla gatunku kotowatych, zwanych lwami..]

Postaram się wykonać to co zaplanowałem, w ograniczeniach normalnego czasu, ale jeśli jednak nie ze wszystkim zdąże do niedzieli (13.10) włącznie – powinienem uznać, że nie wydarzyła się żadna tragedia. Nie chcę siebie źle oceniać (i takie założenie wydaje mi się słuszne, rozsądne) dopóty, dopóki bezwład czy opóźnienie nie zamienia się w bardziej zwyczaj, a udaje się utrzymać zwartą i jakościowo sensowną pracę – codziennie, lub prawie codziennie..(cóż za folgowanie sobie.. ale nie można skakać na głęboką wodę..;-).
Wpis wczorajszy zakończyłem już po Północy i wyszedłem na balkon. Oraz zrobiłem zdjęcie.

Widok z mojego balkonu po Północy, już 11.10. AD bieżącego..

W ogóle: kwestia wariactwa.


Należy wiedzieć (i ja doskonale o tym wiem), że obsesja na temat liczb i ich znaczeń, przypadków – nie będących przypadkami, mniej lub bardziej tajemniczych teorii i znaczeń przenikających całą Rzeczywistość – są bardzo charakterystycznymi cechami różnego rodzaju poważnych chorób psychicznych, choćby schizofrenii.
Carl Gustav Jung, który, wśród swoich rozliczych zainteresowań psychologiczno – filozoficznych wprowadził pojęcie i badał “synchroniczności” – sam bał się przez całe swoje życie, że w określonym wieku zachoruje na schizofrenię (zapomniałem, jaka to była..liczba..). Dla schizofrenii jest typowe rozpoczynanie tej choroby od pewnego inicjującego, konkretnego wydarzenia, dającego się oznaczyć co do dnia a czasem nawet konkretnego wydarzenia, godziny. Znanym przypadkiem (choć przejaskrawionym, gdyż twórca “Poza dobrem i złem” cierpiał też na pewne symptomy choroby psychicznej wcześniej) jest choćby atak szaleństwa Fryderyka Nietzschego, od którego zaczął się ostatni, naznaczony chorobą etap jego życia (wielki myśliciel był wtedy do śmierci pielęgnowany przez swoją siostrę).

Historia filozofa jest bardzo znana, “romantyczna” i podnieca wielu twórców – Nietzsche doznał ataku szaleństwa, gdy woźnica okrutnie katował swojego konia pociągowego, na ulicy w Turynie w 1889 r.

Kadr z filmu węgierskiego reżysera Béli Tarra “Koń turyński” (2011) . Film jest bardzo statyczny, nie znajdziemy w nim postaci znanego filozofa, za to tytułowego konia i jego “rodzinę” (właściciela – włoskiego wozaka, rolnika z końca XIX w. i jego córkę).




Dużo we wczorajszym choćby wpisie (bardzo specyficznym, mocno “wsobnym”) było
(i w ogóle jest) o znaczących, symbolicznych, coś tam oznaczających, Liczbach. Dużo też w naturze mojej pracy tzw. znaczących zbiegów okoliczności (choćby błahych, natury raczej towarzyskiej, ale miłych i zawsze coś mówiących – jak choćby komentarz Arka (prof. Arkadiusza Jadczyka) pod wpisem “Pytanie do Czytelników oraz Obrazy (kolejne)” – na tym to blogu), synchroniczności które ostatnio zrobiły się wręcz modne
i co za tym idzie ogromnie nadużywane, mylone i obarczone “chciejstwem” [wishful thinking]).
Muszę oświadczyć, że co do takich “przypadków” zawsze byłem sceptyczny i to zwykle bardziej sceptyczny niż przeciętny człowiek. Nawet intersubiektywne “znaczące” koincydencje itd. często traktowałem jak zwykłe przypadki (co nie znaczy, że te naprawdę pouczające życiowo ignorowałem – nie! – dostrzegałem ich wagę, choć z praktyczną poprawą po “nauczce” bywało kiepsko..). Albowiem wmówienie sobie w sumie słusznej rzeczy, że “w istocie nic co się wydarza na całym świecie przypadkiem nie jest” zbliża do paranoi podobnie jak nadużywanie (stosowanej przecież i tak często, że jest to nawet charakterystyczne dla mnie i mojej fotografii, tutaj pokazywanej, pareidolii).

A jednak – cóż zrobić, gdy natura pracy, do której zostałem zaproszony i której się podjąłem, jest bardzo ściśle związana i z symbolizmem (symboliką, metaforyką itd., w tym liczbową, ale oczywiście nie tylko) i z tzw. “synchronicznościami” (które są szczególnymi “przypadkami” (sic!) koincydencji) i najkrócej mówiąc: wskazują na Ważne Prawdy, mówią nam, że poruszamy się zgodnie z pewnym “planem” (czy też misją..).
Jest to tylko jedno z ujęć tego pojęcia i rzucone niejako tymczasowo.. jako popularne i właśnie – ostatnio modne.
Więcej o synchronicznościach nie chcę w tym miejscu pisać, gdyż poświęce temu tematowi specjalne miejsce w niedalekiej przyszłości.

 pisałem o tym, nie do końca zresztą na serio, w eseju "O różnych rodzajach przypadków", stanowiącym też część satyryczno - prowokacyjnego utworu pt. "Podręcznik pseudointelektualisty" (napisany w 2005 r.). 
Esej zniknął chyba z Internetu wraz z niedziałającą domeną serwisu liternet.pl, na którym znajdowało się kilkaset moich krótszych i dłuższych tekstów.  

W ogóle: co różni chorego psychicznie (tytułowego wariata, co jest określeniem niby obraźliwym, ale i jakoś cieplejszym, bo bardziej romantycznym – od w pełni zdrowego człowieka, i to człowieka wybitnie inteligentnego i twórczego (choćby takiego, nie przymierzając: geniusza – naukowego, artystycznego lub .. mistycznego? Z tym ostatnim problem i kłopot, także definicyjny, największy..
Pomijając trudność ze znalezieniem choćby jednego przypadku
“całkowicie zdrowego (psychicznie) człowieka”.

Otóż różnica jest w zasadzie jedna: wariat nie realizuje w rzeczywistości swoich zamiarów, planów, rojeń, teorii, zaplanowanych dzieł itd., przeważnie bardzo ambitnych, nawet uznawanych za fizycznie lub społecznie niemożliwe (utopijne).

Co można dodatkowo zauważyć, Bóg jest absolutnie sprawiedliwy i widać to także na przykładzie ludzi szczególnie, wręcz “nadnaturalnie” uzdolnionych, geniuszy. Otóż, typowe dla takiej osobowości jest też swojego rodzaju “obsuwa” czyli jakaś wada, nieumiejętność, niezdolność – tak znacząca, że o wiele silniejsza niż “przeciętnie” dysponuje się daną cechą w społeczeństwie.
Jako przykład można podać, znane przecież także z anegdot i dowcipów, totalne roztargnienie, dziwactwa – choćby geniuszy matematycznych, czy niezdolność do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie różnie się objawiająca. Trudno powiedzieć czy przybiera to aż tak patologiczne rozmiary, ale ze współczesności słynna jest historia np. Grigorija Perelmana, laureata Medalu Fieldsa (matematycznego “Nobla”)- który demonstracyjnie go też nie przyjmował i wyrażał potępienie dla wszystkich “egoistycznych zaszczytów”, porzucił ponoć pracę na rosyjskiej uczelni i w ogóle pracę naukową (która przecież byłą nie tylko jego pracą zawodową ale i pasją), mieszka z matką w malutkim mieszkaniu i żyje ascetycznie).
Swoją drogą, swoistym signum temporis jest fakt, że “życie ascetyczne” przychodzi (nawet mnie) nam obecnie do głowy jako przykład “niedostosowania społecznego” czy też w ogóle jakaś “wada”. Kwestia to tak przytłaczającej powszechności społecznie odwrotnego modelu – sabarytyzmu i maksymalizacji użycia i zaspokojenia, głód życia przyjemnościami wszelkiego rodzaju (cielesnymi, umysłowymi, z wyłączeniem może jedynie duchowych, te bowiem zaspokaja łatwiej właśnie – asceta).

Muszę jednak już zakończyć ten wpis, gdyż powstał niejako ponadprogramowo, i choć można byłoby tutaj jeszcze wiele dygresji poczynić, najważniejsze w sumie jest to..
by nigdy nie tracić humoru, czasem pozwalać sobie na uśmiech nawet gdy się coś przeskrobało.
Najlepszy humor i poczucie humoru jest oczywiście auto-ironiczne, nacechowane dystansem do siebie samego i swojego ego (a nawet, w pewnej swoistej mierze i swojej “duszy” i Boga).

Humor, uśmiech, autodystans – do siebie i swoich planów, a także własnych
(i cudzych, szczególnie ideologicznych) myśli, przeżyć, “wizji”, przeświadczeń czy olśnień
(czasem tylko wewnętrzny, i nierzadko czarnawy) – jest może i najlepszym zabezpieczeniem przed chorobą psychiczną, choćbyśmy mieli zajmować się
i symboliką, i “cudownymi zbiegami okoliczności”,
a nawet i samym Bogiem, szmatanem i wszystkimi chórami anielskimi, na stopie koleżeńskiej.

dziś w windzie w drodze z 7 na 0
a tu na ulicy, luz blues jak widać..

Na koniec – przypomnę – że, planowo – następny wpis rozpocznie się od fragmentu z powieści “Boża Inwazja” Grubego Konioluba czyli Philipa K. Dicka
oraz jeszcze raz zapuszczę dla Was piosenkę o wolności, którą dostałem przed urodzinami tego roku (7.8.) od Stelli de los Santos.

Ale ludzi wolnych jest tak mało, jak prawdziwych geniuszy, a może i mniej..
Może jest ich akurat tyle, co mistyków?

[pod spodem tekst piosenki – niepoetyckie tłumaczenie z serwisu tekstowo]

Prawie ma 20 lat i już
Zmęczony marzeniami
Ale dom z cementu
To jego świat i miasto.
Myśli, że zasieki to kawałek metalu
Coś czego nigdy nie dosięgnie
W swoich pragnieniach by unieść się

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

Pełen miłości, gwiżdżąc sobie poszedł
Ze śpiewem na ustach
Tak bardzo wesoły, że usłyszał

Głos, który go zawołał
Upadł na podłogę śmiejąc się i nie mówiąc nic
Na jego piersi szkarłatny kwiat,
Kwitł wciąż

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

PS
Znalazłem krótkie, 2-stronicowe popularne omówienie synchroniczności (metasynchronicity) i alchemii (rozwoju duchowego) w kontekście postmodernistycznej psychologii (Jonah Dempcy ” Metaphor, Metonymy and Synchromysticism”).

Please follow and like us:
error0

3 i 4 (ale też 22) – Te, Deum

William Blake, grafika z początku “Jerusalem”

Dziś jest Czwartek, 10.10. i wypada weń wigilia.

— No.. Spóźniony ten bloger trochę (pomyśli uważny Czytelnik* i uśmiechnie się pod wąsem; lub meszkiem..).

*choćby taki, który był już (albo będzie, na jedno wychodzi, gdyż Było, Jest i Będzie, jednym jest .. albo będzie?) na innej wigilii (tu/tam**).

** “Parsifal:
– Zrobiłem niewiele kroków, a zdaje się, że przebyłem szmat drogi.

Gurnemanz:
– Widzisz, mój synu, tutaj przestrzenią stał sie czas.

(Philip K. Dick “Valis”)***

[Trochę z innej beczki: Podoba mi się idea, że po śmierci nasza Czaso-Przestrzeń zamienia się, na pewien “okres” w Przestrzenio-Czas” i jest to tzw. Przegląd Życiowy, służący rozwojowi naszej świadomości (tudzież odczuwania i rozumienia emocjonalnego, co zawiera się w świadomości ale warto podkreślić) – chodzimy wtedy po różnych sytuacjach z naszego przeżytego już życia jak po pokojach, oglądamy esencjonalne sytuacje, “odczuwamy” co czuła “druga osoba” podczas danej interakcji emocjonalnej,..etc.etc.. innymi słowy: poprzez aktywny uczestniczący przegląd “odbytego szkolenia w danej klasie” – utrwalamy wiadomości ..choć nie zawsze tak to zgrabnie i fajnie wygląda, bo – jak wiemy – w szkołach bywają i prymusi ale także i leserzy, drugoroczni i…
[tak mniej więcej pamiętam została ta kwestia obrazowo przedstawiona w przekazie zwanym “Ra*”, z którym zetknąłem się kiedyś przypadkowo i mogłem go porównać z innymi przekazami na temat pierwszego okresu życia po-śmierci. Oczywiście, logicznym jest też, że okres/stan/przestrzeń “Bardo
” jest zróżnicowany i zależy/bazuje na bagażu kulturowo-wierzeniowo-wizualno-poznawczym danej osobowości (wykształconej w danym życiu aspektu duszy] (takie moje uproszczone ujęcie)

PS
Lwy i Tygrysy mogą skakać w Bardo…(wzwyż, co jest naturą skoku..) – czy to nie interesujące?
Kto jest zainteresowany?

Może kiedyś poskaczemy wspólnie..
nawet i przed bardo. Ba!



***[tą niezamierzoną synchronicznością – przyznaję, że pamiętam o tym, że następny odcinek “Nowego Człowieka” ma się zacząć fragmentem powieści Philipa K. Dicka; te słowa zaś pochodzą z “Valis”, innej jego książki, która jest ciut zbyt potencjalno-sur(sic!)realistycznie rozstrzepana, by ją tutaj przywoływać z pożytkiem dla Czytelnika (dla rozrywki jego to i nawet, ale dla Sprawy – wprowadzić mogłaby za dużo zamętu, jakby go i w okół (eh) realnym świecie nie było nazbyt dużo****

*** *Sprawa Ta, sercu droga, Pleoroma, to – poza szerszymi opisami (które do końca 3-2-um [zob. niżej] ]się opublikują już) – innymi, krótszymi słowami, sprawa uporządkowania Na Nowo czyli Odmienienia tej części chaosu, której tak nazbyt dużo.


(c) prof. dr hab. Arkadiusz Jadczyk (można poczytać i pooglądać np. tutaj..)

A jednak, będę się upierał, że dziś jest wigilia.
Wiigila to tzw. dzień poprzedzający.
Co jednak poprzedza?
Na pewno – przychodzi po – wyjątkowo długim okresie nieopublikowania tutaj żadnego wpisu. Tak, to prawda. Ale z tym i ta cała heca związana.

Wigilia etymologicznie oznacza  vigilia znaczy ‘czuwanie, stróżowanie, warta’ (od: vigil ‘straż’, vigiliare ‘czuwać’).  Dzień poprzedzający Boże Narodzenie zaczęto tak nazywać w dawnych wiekach dlatego, że w tę wyjątkową noc pierwsi chrześcijanie spędzali czas na vigiliach, czyli na dwunastogodzinnym czuwaniu i modlitwie (od szóstej po południu do szóstej rano; vigilia była ‘częścią nocy równą trzem godzinom’). Owe vigilie dzielono umownie na cztery wieczorno-nocne okresy: zmierzch, północ, kuropianie i ranek. Wraz z nastaniem zmierzchu kończył się okres adwentu (Adwentu). Vigilia była częścią nocy równą 3 godzinom.
[przypomina Maciej Malinowski w poradach językowych]


Będą zatem trzy ważne dni (niekoniecznie świąteczne, poza tym – jak zwykle – mówiąc o sprawach ducha a nawet sacrum – niekoniecznie muszę mówić w duchu jakiejś religii czy “wiary” (czy o niej). Nie raz już tutaj zaznaczałem, że nie jest to konieczne.
Ale.. to możliwa jest wigilia.. nie tylko bez “Bożego Narodzenia” ale i bez – świąt – w sensie – religijnym właśnie?
Nie wiem czy jest możliwa w szerokiej świadomości zbiorowej, ale ja właśnie piszę o niej indywidualnie, przedstawiam niejako propozycję dla Waszej – zapewne niezbyt szerokiej ale elitarnej, świadomości zbiorowej. Ci, którzy czytacie i się zastanawiacie.

Piątek (11.10), sobota (12.10) i niedziela (13.10) będą tymi dniami – i dziś, poprzedza je właśnie wigilia. Ale jakie to święto, co to za Triduum?
Kogo to znowu powiesili.. czy usmaż.. ukrzyżowali?
Na pamiątkę kogo, komu wyrwano serce, czekamy z drżącymi sercami odświętnego dnia?

A więc nastąpią Trzy dni po dniu dzisiejszym, czyli Wigilii (tego 3-2-um).

Co to za święto, co to za święte dni, co to za okazja?

Żadna. Jutro (Piątek) będę pracował, w Sobotę będę pracował i w Niedzielę będę pracował.
I co, tylko tyle?
I jak to – jakoś tak, że nawet odwrotnie: zamiast “dzień święty święcić” – to harować? Tyrać? Groszorobić? (to akurat nie), Pracować w takie – nieświęta, ale święta?

Trzeba. Bo jest potrzeba a Czas płynie.
Choć tak naprawdę to wszystko Stoi w miejscu,
i wszyscy stoimi w bezruchu – w bezczasie, w miejscu,
i tylko – w przestrzeni – w kierunku naszego serca – przesuwa się grot..Nie,
przesuwa się Taran, który (je przebije), nas wszystkich wgniecie w Podziemię i zmiecie z tej Planety.

Tak więc konieczne jest 3-2-um, jak słychać (to nie zbliża się bynajmniej na łapkach kota, ale łapki kota trochę łagodzą sprawę, bo niosą pomoc, wiedzę i wsparcie – w granicach wolnej woli – tym, którzy ją jeszcze mają).

Trochę hermetyczny się ten wpis robi. I przez tę chwilę, póki jest sam, niech i taki będzie, hermetyczne zamknięcia sprzyjają aseptycznym warunkom gdy planuje się operację na żywym sercu.

Pamiętam, że Ostatnio – czyli stosunkowo Dawno (ach ten Niemiłosierny Heropass – Czas) pisałem, że następny (wypadałoby więc, że ten) wpis rozpoczniemy od dobrej prozy i mogłem już niejednego zwolennikowi intelektualnej profetyczności i spekulatywnego wizjonerstwa (bo przecież nie fantastyki… fantastyka to jest to, co piszą w gazetach i pogadują w telewizjach) narobić smaka na grubego Konia.

Ale co się odwlecze to nie.. (bo przecież Czas nie istnieje, a tylko szerokość naszego rozumienia, świadomości i głębokość naszego odczuwania i współpromieniowania (tym, co powołuje istniania, i jest obrzydliwie nadużywanym pojęciem na literę zgodną z moim inicjałem imienia).
Dobiega końca zatem (dosłownie, zostało jej 5x60xdrgań atomu Cezu) ta wigilia trzech dni pracy, w trakcie których, mogę powiedzieć, że zdarzyło się już to, co miało,
czyli:
– m.in. spacerowałem z Pelikanem,

Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Mój dom – widać akurat moje piętro (7).

– dokończyłem podstawowe robótki pajęcze na Trzecią Noc i Trzeci Dzień, Niedzielę Wolnego Wyboru (przynajmniej podstawowe zajawki na trzech najważniejszych jeszcze łysych czyli P1, P2 oraz SITS- wg schematu webringu Pleoromy – brakujące z https://dakunin.com) ,

pojawiłem się w wielu miejscach naraz ciałem i licem (chyba jednak nie skorzysta(łem) ze starego lecz założę(łem) nowy kanał YT w tym celu, oraz na Vimeo);

[tutaj będzie link w Niedzielę 13.10]

po to, by każdy:

Kto szuka,
mógł znaleźć.

Albowiem, jeśli nie zrobione i nie Istnieje tam – gdzie ma być znalezione – ten, który szuka – nie znajdzie! A jak tak może być? Ja się pytam?
Tak być nie może.
Bóg musi brać odpowiedzialność za słowa i obietnice.

Dlatego trzeba temu Bogu pomagać.

New Demiurg Industries – Marat Dakunin A.D. ca 1998

[W tej Zapowiedzi Triduum czyli Przemyśleniach Wigilijnych – napisanych magicznie – by zwielokrotnić Siłę (8) – wystąpiły(ją) także cyferki: 10, 1, 2, 3 i 4 (oraz jak zawsze 5 i 8) i robocze (22) [jak zauważyłem postfactum.. tean stpe non spein wielachwicz chtran

Powerful and Beautiful Artwork (c) Jacqueline Payne https://www.facebook.com/jacqueline.payne.758

And 7, 5 and 8 are not by chance here..

Please follow and like us:
error0

Nowy Człowiek – odc. 19 (oraz Pokusa Pana Który Gada ale nie Dotrzymuje Słowa)

Pewne treści skasowałem (nie dlatego, że były błędne, ale dlatego, że wielkim błędem jest napomykanie o nich – gdy są w stanie nie dokończonym, a należą do większego projektu, nad którym trzeba pracować etapami i długofalowo, systematycznie.
Jest to jedna z największych i najsprytniejszych pokus:
Pokusa odbierania nagrody (satysfakcji) za coś, co dopiero zaplanowaliśmy, ale nie napracowaliśmy się aby to odpowiednio wykonać i sfinalizować.

Tomasz Mann w “Doktorze Faustusie” największego Pokusiciela nazywa na jednej ze stron:

Dominus Dicis et Non Facis

Ten, który Mówi (Zapowiada..), ale nie Czyni (nie wykonuje, nie finalizuje, nie doprowadza do skutku).


W przypadku większych, złożonych projektów – zapowiadanie ich – przedstawianie jakiejś części, nad którą pracowało się tylko chwilowo – jest tutaj pokusa odbierania satysfakcji i zadowolenia jak za naprawdę pożytecznie wykonaną całościową robotę. Nie wolno dać się temu zwieść!

Trzeba wybierać. Wybór ma być codzienny. Co – chwilowy. Konsekwentny. Doskonałość ponoć jest bardziej “przyzwyczajeniem niż jednorazowym osiągnięciem”.

Można zobaczyć też w Przeszłość – że o tym wiedziałem, a jednak się tego nie ustrzegłem!
Moja wina,
moja wina,
moja bardzo wielka wina!
Błąd!
Trwać w błędzie – nie wolno!

Tyle mogę powiedzieć teraz – że to jest strasznie ambitna ścieżka – i sam, tutaj (z tą dzienną, ludzką świadomością) nie miałbym bezczelności, żeby ją wybrać .. Widać została wybrana wcześniej.
(vide tutaj)

Dodam jeszcze – bo jest bardzo a propos – ważne tutaj obserwacje i rady, napotkane na cennych stronach Energii Wewnętrznejkomentarz “Macieja”:

„Kiedy łucznik strzela za darmo, wszystko mu się udaje. Jeśli strzela dla zapinki z brązu, robi się niespokojny. Gdy zaś strzela o sztukę złota, ślepnie albo dwoi mu się w oczach. Całkiem traci głowę. Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań. Bardziej myśli o wygranej niż o strzelaniu. I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności (Prawdziwa księga południowego kwiatu, Rozdział XIX,4 w przekładzie Thomasa Mertona)”

Ja to wiele razy przemyślałem, tzn nie ten tekst powyżej ale mechanizm działania z tym związny. I tutaj sprawa jest zupełnie prosta i banalna i działa
w każdym przypadku, jest w 100% sprawdzalna. Dziś powiemy, że jeśli zastąpimy motywację wewnętrzną – motywacją zewnętrzną – to wszyscy od razu ślepną. I bez znaczenia jest to, czy są to pieniądze, czy uznanie, szacunek, władza itd. Jeśli motywacja nie bierze się z wnętrza nas tracimy kontakt z naszym wnętrzem. Czyli tracimy kontakt z boską iskrą w nas samych na rzecz – najzrozumialej dziś powiedzieć – ego. Związany z tym dość mocno jest też fakt, że człowiek czerpie radość z dawania, dzielenia się z innymi a jeśli jego działania nakierowane są na branie, zaspokajanie swojego ego, to to mu szczęścia nie da. Może mu dać iluzje szczęścia – ale na krótką metę. Stąd ciągłe poszukiwania lepszej pracy, lepszego partnera, lepszego miejsca do życia.

To bardzo ważny temat – ale nie będę go tutaj kontynuował. Zamiast tego przechodzimy bezpośrednio do dalszego ciągu omówień przypowieści ewangelicznych i ich ezoterycznego, psychologicznego znaczenia.
Jesteśmy w miejscu, gdzie mówimy o kuszeniach, dopiero zaczęliśmy ten wątek, przedstawiając kwestię (nieznanych) lat młodości tzw. Jezusa z Nazaretu.
Zajmowaliśmy się tym w odc. 18.
I zakończyliśmy na tym, że:

Końcowy etap wypełnienia wywyższenia tzw. Jezusa rozpoczął się z chwilą, gdy Judasz wyszedł w noc, aby go zdradzić, jak to jest opisane, kiedy to Jezus miał powiedzieć do pozostałych apostołów: „Teraz Syn Człowieczy jest wywyższony”.
(Zob. też Ew. Jana 12, 32 – gdy to zapowiada)

Ale nawet wtedy proces nie jest jeszcze zakończony – miał przecież Jezus jeszcze doświadczyć dwóch i bardzo trudnych kuszeń – tego w ogrodzie Getsemani, kiedy modlił się: „Ojcze, jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich; jednak nie moja lecz twoja wola niech się stanie” oraz tego na krzyżu, kiedy zawołał: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”.
Należy także odnotować, że Chrystus rozpoczął nauczanie około trzy lata zanim osiągnął wywyższenie – tak więc, przed osiągnięciem pełni doskonałości.

Zapytajmy samych siebie: Jak ta wewnętrzna ewolucja została osiągnięta?

Każda wewnętrzna ewolucja jest możliwa tylko poprzez zmierzenie się z określonymi trudnościami, inaczej mówiąc, także na drodze wewnętrznych pokuszeń. Trzy kuszenia Chrystusa przez Szatana zostały detalicznie odnotowane we wczesnych partiach ewangelii Mateusza i Łukasza i zreferowane skrótowo u Marka. Nic na temat nie jest powiedziane u Jana, ale Przemiana Wody w Wino jest ukazana jako punkt startowy zarówno nauczania jak i cudotwórczej działalności Chrystusa.
Przeanalizujmy te trzy pierwsze kuszenia ukazane przez Łukasza, aby zrozumieć, że Jezus musiał przejść przez etapy rozwoju na drodze zmierzenia się z kuszeniami,
były to swego rodzaju wewnętrzne zwycięstwa nad samym sobą.

Przypomnijmy sobie wprzód, że ta koncepcja ludzkości, jaka jest przedstawiona
w ewangeliach, ludzkości w pierwotnym, zastanym stanie, jakby we śnie, nieprzebudzonej, jest taka, że ludzkość znajduje się pod panowaniem Szatana, obraz przedstawia człowieka, który jest nawiedzany przez złe duchy. Oznacza to, że człowiek znajduje się pod panowaniem złych impulsów, wpływów i nastrojów, które personifikują nieczyste duchy, których celem jest zniszczenie człowieka i rasy ludzkiej. Koncepcja ewangeliczna przedstawia człowieka nieustannie ściąganego w dół przez siły zła, które są w nim samym, nie gdzieś niezależnie na zewnątrz, i którym człowiek się podporządkowuje, daje posłuch.

Poprzez ten posłuch i brak lub niedostateczny odporu tym złym siłom, postęp w ludzkim życiu jest wstrzymany. Te złe siły są w samym człowieku, w jego naturze, w naturze jego miłości własnej, jego egotyzmu, jego ignorancji, głupocie, małości, próżności, a także w jego myśleniu i postrzeganiu tylko pod wpływem i za pomocą zmysłów tylko tego, co widzialne, zewnętrznych pozorów życia i świata, jako jedynej rzeczywistości. Te skażenia są łącznie nazywane diabłem, szatanem, który jest złowrogą potęgą niezrozumienia, nieporozumienia i błądzenia co do wszystkiego, co do taki nierozwinięty człowiek posiada, co go dotyczy, siłą błędnego łączenia rzeczy i interpretacji rzeczywistości. Diabeł jest agregacją tych wszystkich niedostatków i błędów, tej całej siły niezrozumienia i wszystkich rezultatów z tego płynących. Tak więc diabeł nazywany jest Kłamcą, oszczercą i czyniącym skandal, z jednego punktu widzenia, natomiast Oskarżycielem z drugiego punktu widzenia.

W tym miejscu zakończymy, a następną część rozpoczniemy pewnymi fragmentami powieści Philipa K. Dicka “Boża Inwazja” – gdyż są tutaj na rzeczy.

Please follow and like us:
error0

Jasne na Jasnym

Ostatnio trochę tutaj narzekałem..
Choć może – nie tyle narzekałem, co napomknąłem: o trudnościach, o smutku (dogłębnym nawet, oj – lepiej nie bluźnić, mając do czego porównać..), o “nieumiejętnościach”.
Ale..
Wczoraj..
Dzisiaj..
Spacerowałem.

dziś – 26.9.19 Kraków – zaraza na wodzie (a bo to i niedaleko kurii..)


Siedziałem i dziobałem z młodymi gołębiami (takimi z rozczochraną główką).

tu wersja z fajnego filmu – u Almodovara zawsze dużo uczuć w każdym jego filmie; i jaka zasłuchana pogodnie jej słucha starsza pani na widowni – a ten kruczy brunet co śpiewa tak lirycznie – czy jest przez to niemęski?

I przypomniała mi się piosenka, specjalnie dla mnie którą dostałem w sierpniu –
w noc przed moimi urodzinami od Pięknej Pani, która ma dwustu znajomych – a nazywa się Stella de los Santos (*)

i może się w końcu dowiem – do czego ta wolność prowadzi – gdy się Uda!

Spotkałem wielu ojców – spacerujących z synami.

to jednak nie dziś – fot. 2007 – plaża w Sydney


Myślałem o sprawach bliskich i dalszych, myślałem o uczuciach, ale nie przeszłych, historycznych, zamkniętych w minionym (minionym czasie i minionym siebie samym).
O obecnych uczuciach myślałem i je czułem, siebie – obecnego a nie obcego w sobie samym – czułem.

Jaka to radość nie do opisania – jakie to wspaniałe, nowe (inne niż inne, też wspaniałe, ale odmienne) uczucia: to uczucie i poczucie ojca i/do syna, do córki. Jakie uczucia rozpierają ich pierś – gdy pokazują synowi świat, gdy widzą, jak ich syn (córka) widzi świat, gdy dzielą się wspólnym rozumieniem i śmieją razem.

Ojciec, ojcowie – może wtedy widzą czasem, że podpowiedzieli kształt istnienia dla nowego wspaniałego i wielkiego Świata, widzą nowe wspaniałe Światy – w swoich dzieciach i one pozwalają się tym nowym światem dzielić, wpuszczają do niego jak starego odźwiernego, który sam nigdy nie zaglądał do ogrodu baśni.
Ja dzieci nie miałem i nie mam.

Tata z córką przy fontannie na Placu Szczepańskim w Krakowie (w czerwcu 2019)


Oczywiście… gdy rodzic chce ukształtować potomka podług własnych marzeń, rozgoryczeń czy uprzedzeń – wtedy tragedia gotowa, takie połamane światło – już w ręku niosącego kaganiec, jakie to smutne.
Ale nie miałem tutaj pisać o tym co negatywne, co błędne, co bolesne: nie potrzebuję tutaj kontrastu.

Bo poczułem ogromną wdzięczność za Wszystko.
Bo za nic – przecież – wszystko dostałem – marzenia marzeń!
I że małe dobro urośnie [i to malutkie nawet we mnie samym]- i zawsze się uda najlepiej jak może.
I już nie byłem smutny.

I n i e p o t r z e b u j ę j e s z c z e przez c h w i l ę kontrastu,
m o g ę p i s a ć j a s n e p o j a s n y m .

I pomyślałem, że pokażę jeszcze kilka starszych fotografii..

Franz von Stuck
William Blake – z “Jerusalem”
Paul K. Feyerabend myje naczynia. U dołu – Marat nie myje naczyń.
Please follow and like us:
error0

Mój własny, prywatny Saturn

Zastawiam się jakie główne źródło ma osłabienie mentalne i duchowe, rozkojarzenie, dogłębny smutek, które zaczęły się już w pierwszym tygodniu września i trwają.
Jakie główne – czy też jakie “swoiście niezależne” od własnych, zdefiniowanych dawniej lub później cech, wad i słabości charakteru.

Czy to dochodzą do głowy różne, nieujednolicone, “Małe Osobowości” (small “I’s”), których człowiek ma ponoć określoną ilość (zapomniałem ile dokładnie, ale gdzieś około tysiąca) ?
Z opętanego JChs wyrzucił ponoć Legion złych duchów (“bo nas jest wielu”).
W pewnym sensie się skonsolidowałem na drodze do pewnej Indywidualności, ale
w takich czasach kryzysu, tak poznawczego, jak emocjonalnego, wydaje się, że stary bałagan ciągle pozostał zbyt duży. Mam wątpliwości co do tego, co do swojego stanu.
Ja w ogóle mam wiele różnych wątpliwości, w różnych kwestiach.

Dlatego nie usłyszycie u mnie jakichś kosmicznie fantastycznych wiadomości, detali o duchach, o tym jak wygląda i ile “waży” dusza, dokładny opis “4-tej gęstości” i jakie fantastyczne możliwości daje “nowemu człowiekowi” (przynajmniej na teraz..), statkach czy nazwach kosmitów. Wątpliwości to moje drugie Imię. Jeśli o czymś piszę, to znaczy, że jestem co do tego przekonany lub – bardzo znacząco jest to dla mnie uprawdopodobnione (wtedy nie napiszę tego nigdy stanowczo, jako “pewna wiedza”).
A jednak – czy lepiej mieć wątpliwości, nawet w najważniejszych sprawach – czy lepiej nie mieć ich w niczym?
Chyba jednak lepiej być ostrożnym – we wszystkim nieomal. Pod warunkiem, że nie rzutuje to zbytnio na proces decyzyjny i czynienie. A bywa, że niestety rzutuje..
Pisałem jednak w poprzednim wpisie dwa dni temu – cytując Arka – co jest kluczowe dla racjonalizmu. A jest nim krytycyzm – w tym i przede wszystkim SAMOKRYTYCYZM.

A jednak, nigdy nie byłem i nadal nie potrafię być ostrożny w tylu sprawach, które dotyczą emocji, które dotyczą empatii.
Chyba z 2 lata temu Ark radził mi: “musi ci stwardnieć serce“.
A także “powinieneś sprzedawać a nie rozdawać“.
Nawet jeśli to pierwsze kiedyś się stanie (nawet jakbym chciał – jak to zrobić? tyle już było na to sposobności, czasu, tyle zastosowano różnych narzędzi, nawet bardzo wymyślne, nie takie zwykłe – ludzkie, specjalne – podwójne i zimnokrwiste) i i dalej opornie to idzie), to drugie wydaje mi się nie do przeskoczenia. NIE UMIEM SPRZEDAWAĆ wręcz organicznie. Ponoć Lwy nie znają handlu.

Oczywiście sprzedawać nie znaczy tylko: za pieniądze.. Należy to rozumieć szerzej i czasem metaforycznie.

Oczywiście Ducha i jego dary należy trzymać od mamony jak najdalej (jak często Internet nawet o tym zapomina).

Ale ograniczając się tylko do tzw. niezbędnych kontaktów z pieniędzmi:
Byłem prawnikiem ale pieniądze umiałem w życiu brać tylko od instytucji (uniwersytetu, szkoły wyższej). Dlatego zresztą nie zostałem adwokatem, choć ponoć w twórczej analizie konkretnych stanów prawnych miałem talent (casusy rozwalałem nawet bez żadnej wiedzy kodeksowej czy z teorii).
Ale.. to skrajnie nie pragmatyczne i ciągle są tego konsekwencje. I złe konsekwencje, bo jeśli umiałoby się uzyskać jakieś środki dzięki rozsądnej sprzedaży – można byłoby owocnie przeznaczyć je na rozszerzenie pożyteczności tego, na czym nam zależy. Co jest pożyteczne dla Ogółu.

A może jest to tak:
Koty skonstruowane są w oparciu o pierwiastki: Ognia (kreatywność) i Ziemi (pragmatyzm).
Ludzie: Wody (uczucia) i Ziemi.
Ale kot w ludzkim ciele to połączenie: Ognia z Wodą. Brak Ziemi. Brak pragmatyczności.

Żeby skuteczniej być pożytecznym – muszę jednak popracować nad tą pragmatycznością.

A może ktoś (coś) mi zdalnie miesza w głowie? Cóż za fantastyczna hipoteza? Nie ma jednak zbyt dużego pożytku z rozważania tego, przynajmniej jeśli nie ma widoków na jakieś bardziej konkretne wnioski (śledztwo w tej sprawie)- po co wpędzać się w obsesję? Więc rozważanie tego nie byłoby, przynajmniej na teraz, racjonalne i pragmatyczne.

Być może zresztą płacę za wyjątkowo dobry okres, życie w “wiecznym teraz”, życie intuicyjną i twórczą chwilą, jakie miało miejsce od Czerwca do końca Sierpnia?
Może podobny do alchemicznego “Gift of Present” (Dar Chwili Obecnej).
Tak to już jest bowiem w Naturze, że za Nadzwyczajne (jakby Nienaturalne w swej intensywności) okresy “górki” (high states) płaci się proporcjonalną “zniżką”.
Najlepszym tego przykładem jest wykorzystywanie przez ludzi, dla polepszenia samopoczucia lub dla określonych, lepszych wyników mentalnych, pracy, twórczości – różnych używek. Ale jest to wtedy efekt wywołany na własne życzenie i osoba z minimalnym doświadczeniem życiowym wie, że za pożyczoną energię (lub coś innego) będzie musiała później zapłacić.

Tymczasem – to, co miało miejsce – nie odbyło się przecież na moje życzenie.

Otrzymałem bowiem – prezent, a dowiedziałem się o tym bezpośrednio, z wiadomości – ze Znaku.

28 czerwca napisałem o tym wpis (w jego drugiej części).

Od kogo ten prezent? Ha, zapewne od Lwów.

Własny, prywatny “znak w zbożu” (w tym wypadku znak w trawie), nazywany zwykle (j. ang) Crop-Circle lub Crop-Sign (Crop-Signs).
Pojawił się dokładnie pod moim balkonem, zamieściłem nawet jego zdjęcia, niektóre przekontrastowane, aby kształt był lepiej widoczny.

A tak naszkicowałem wtedy ten kszałt:

No cóż, naszkicowałem może trochę niedokładnie ale i znak wyczytać z trawy nie całkiem łatwo dokładnie..
Ale prawie na pewno to symbol związany z Saturnem.

W latach 2005-2008, w których nakręciłem najwięcej filmów (niektóre są na https://vimeo.com/dakunin), wybrałem się do Australii (2007 r.) i wypiłem ocean alkoholu – Saturn kojarzyłem głównie z melancholią, czarną żółcią, acedią (ciut romantycznie ujmowaną, mniej zakonnie – mnisio). Kto chce przeczytać o tym w najciekawszym ujęciu dostępnym po polsku (nie będę tu polecał własnych tekstów, choć też istnieją) może u Marka Bieńczyka w króciutkiej książeczce “Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty”). Ale nie o tym miałem tu pisać, to rozdział zamknięty.

Chociaż.. (dodaję ten akapit wieczorem) w poprzednim wpisie o racjonaliźmie  - dodałem na końcu (będący konsekwencją pewnej ironii, łagodzącej bezczelność tak górnolotnych auto-określeń) pewien passus (i link do mojego melancholicznego "dzieła" z roku 2005, tzw. "książki fikcyjnej") - toteż i tutaj dodam - ale tylko na marginesie - i niech ta krotochwila (książka jest przymróżeniem oka) nikogo nie odwiedzie na dłużej i na poważniej od spraw poważnych..
To ten dodatek: [ & – to połączenie megalomanii i kompleksu niższości – co daje w sumie “paradoksalnego (bo nie pleromicznego) racjonalistę” jest jakąś reperkusją wcześniejszego (z epoki melancholii – ok. 2005-2008) “ironicznego idealisty” (taką postać stworzyłem, zdefiniowałem, uświęciłem i wyśmiałem np. w “Podręczniku Pseudointelektualisty”). ]

Ten prywatny Saturn, który dostałem w prezencie na progu Lata tego roku – najlepiej jest chyba opisany na stronie Zakonu Białego Lwa (są dwie strony, raczej nie związane, jedna wydaje się wartościowsza).

A tam pisze m.in.

PLEROMIC SATURN

One’s personal ‘Saturn’ or personified karma becomes one’s teacher. Acquiring the wisdom to handle the consequences of one’s past actions activates this power and one can then become a guide or spiritual parent for others. Pleromic Saturn manifests as the turning around of self-defeating personal traits and habits – infusing them with love so that they correct themselves and become strengths instead of weakness. Negative habits such as anger turns into a firmer, more loving will to pursue one’s highest goals and visions. Depression turns into practical realism and a greater ability to handle one’s problems. Irresponsible curiosity turns into greater understanding and patience. Power-seeking becomes a genuine desire to help others. Unrealistic self-evaluation (whether underestimating or overestimating oneself) becomes a realistic appreciation of one’s current level of abilities – one becomes joyous and contented with what one has attained, yet does not fall into complacency as one continues to be aware that there are always vast inner potentials yet to be tapped.

Co w moim bardzo luźnym tłumaczeniu na język polski znaczy:

PLEROMICZNY SATURN (a u mnie – PLEOROMA, przypominam! – w budowie!)

“Osobisty Saturn” lub własna karma staje się nauczycielem.
Zdobycie mądrości do poradzenia sobie z konsekwencjami swoich przeszłych czynów aktywuje tę siłę i możemy zostać przewodnikiem i rodzicem duchowym dla innych.
Pleromiczny Saturn manifestuje się jako odwrócenie auto-destrukcyjnych (umniejszających, sabotujących nasze możliwości) osobistych wad i niekorzystnych przyzwyczajeń – napełnienie ich miłością, tak, że
mogą się skorygować i przemienić ze słabości – w zalety.

Reszta tego podręcznego tłumaczenia na jęz. polski jest być może zbędna?
Może całe jest zbędne?
Nie wiem..
Tyle może wiem, że od nieumiejętności sprzedawania gorsze jest rozdawanie niechcianego/niepotrzebnego.

W każdym razie, wybiorę się na spacer by przemyśleć dokładniej ten fragment i odnieść go do chwili obecnej
i do teraźniejszego czasu :
Unrealistic self-evaluation (whether underestimating or overestimating oneself) becomes a realistic appreciation of one’s current level of abilities – one becomes joyous and contented with what one has attained, yet does not fall into complacency as one continues to be aware that there are always vast inner potentials yet to be tapped.

Po spacerze – muszę posprzątać w pokoju! I to generalnie.
Przed i po sprzątaniu – jak wrócę – wrzucę może jakieś fotografie i refleksje związane z otoczeniem (pokojem) i porządkowaniem.

a na widnokręgu ciągle

Please follow and like us:
error0