Kwestia waryactwa, symbolika Liczb, przypadki & “synchroniczności” oraz obowiązek codziennej Pracy

Narobiłem sobie kłopotu wczorajszym wpisem, także dlatego, że użyłem trybu gramatycznego (chciałoby się z fizyki rzecz tensorowego..) bezczasowego a właściwie trybu Wieczności, zapowiadając rzeczy do wykonania w piątek, sobotę i niedzielę, tak, jakby były już wykonane.
Tymczasem dobra praca, jakościowa (i twórcza), a taka ta praca musi być z natury rzeczy, którymi się zajmuję – wymaga w miarę dobrego samopoczucia fizycznego (i psychicznego). A ja prawie nie spałem. Co prawda zdażało mi się nie spać po 3 i 4 doby i “coś robić” w przeszłości nierzadko, ale obiecałem sobie nie powtarzać tego rodzaju ekstremalnych (i nienaturalnych, szkodliwych) uwarunkowań dla mojej roboty, szczególnie tej najważniejszej.
Dodatkowo: nie najlepiej mi się oddycha (w dzieciństwie cierpiałem na astmę tak silną, że przez zwężenie oskrzeli dusiłem się np. w pomieszczeniu o zagrzybionych ścianach; na szczęście z okresem dojrzewania tak silna astma ustąpiła), ale to raczej nie jest związane z czynnikami alergicznymi. Jak to zwykle u mnie jest to “psychosomatyczne”, na podłożu nerwicy (na którą kiedyś chyba cierpiałem, bo się i oficjalnie leczyłem).
Co jeszcze: bóle kręgosłupa. A wymieniłem tylko czynniki bardziej somatyczne, cielesne (choć, jak wszystko, uwarunkowane psyche).

Tak więc – nie dajmy się zwariować!
[piszę tu o sobie w pluralis maiestatis, co jest quasi-mrugnięciem okiem w stronę “rozdwojenia jaźni”, które może ale nie musi być typowe dla schizofrenii oraz jest typowe dla gatunku kotowatych, zwanych lwami..]

Postaram się wykonać to co zaplanowałem, w ograniczeniach normalnego czasu, ale jeśli jednak nie ze wszystkim zdąże do niedzieli (13.10) włącznie – powinienem uznać, że nie wydarzyła się żadna tragedia. Nie chcę siebie źle oceniać (i takie założenie wydaje mi się słuszne, rozsądne) dopóty, dopóki bezwład czy opóźnienie nie zamienia się w bardziej zwyczaj, a udaje się utrzymać zwartą i jakościowo sensowną pracę – codziennie, lub prawie codziennie..(cóż za folgowanie sobie.. ale nie można skakać na głęboką wodę..;-).
Wpis wczorajszy zakończyłem już po Północy i wyszedłem na balkon. Oraz zrobiłem zdjęcie.

Widok z mojego balkonu po Północy, już 11.10. AD bieżącego..

W ogóle: kwestia wariactwa.


Należy wiedzieć (i ja doskonale o tym wiem), że obsesja na temat liczb i ich znaczeń, przypadków – nie będących przypadkami, mniej lub bardziej tajemniczych teorii i znaczeń przenikających całą Rzeczywistość – są bardzo charakterystycznymi cechami różnego rodzaju poważnych chorób psychicznych, choćby schizofrenii.
Carl Gustav Jung, który, wśród swoich rozliczych zainteresowań psychologiczno – filozoficznych wprowadził pojęcie i badał “synchroniczności” – sam bał się przez całe swoje życie, że w określonym wieku zachoruje na schizofrenię (zapomniałem, jaka to była..liczba..). Dla schizofrenii jest typowe rozpoczynanie tej choroby od pewnego inicjującego, konkretnego wydarzenia, dającego się oznaczyć co do dnia a czasem nawet konkretnego wydarzenia, godziny. Znanym przypadkiem (choć przejaskrawionym, gdyż twórca “Poza dobrem i złem” cierpiał też na pewne symptomy choroby psychicznej wcześniej) jest choćby atak szaleństwa Fryderyka Nietzschego, od którego zaczął się ostatni, naznaczony chorobą etap jego życia (wielki myśliciel był wtedy do śmierci pielęgnowany przez swoją siostrę).

Historia filozofa jest bardzo znana, “romantyczna” i podnieca wielu twórców – Nietzsche doznał ataku szaleństwa, gdy woźnica okrutnie katował swojego konia pociągowego, na ulicy w Turynie w 1889 r.

Kadr z filmu węgierskiego reżysera Béli Tarra “Koń turyński” (2011) . Film jest bardzo statyczny, nie znajdziemy w nim postaci znanego filozofa, za to tytułowego konia i jego “rodzinę” (właściciela – włoskiego wozaka, rolnika z końca XIX w. i jego córkę).




Dużo we wczorajszym choćby wpisie (bardzo specyficznym, mocno “wsobnym”) było
(i w ogóle jest) o znaczących, symbolicznych, coś tam oznaczających, Liczbach. Dużo też w naturze mojej pracy tzw. znaczących zbiegów okoliczności (choćby błahych, natury raczej towarzyskiej, ale miłych i zawsze coś mówiących – jak choćby komentarz Arka (prof. Arkadiusza Jadczyka) pod wpisem “Pytanie do Czytelników oraz Obrazy (kolejne)” – na tym to blogu), synchroniczności które ostatnio zrobiły się wręcz modne
i co za tym idzie ogromnie nadużywane, mylone i obarczone “chciejstwem” [wishful thinking]).
Muszę oświadczyć, że co do takich “przypadków” zawsze byłem sceptyczny i to zwykle bardziej sceptyczny niż przeciętny człowiek. Nawet intersubiektywne “znaczące” koincydencje itd. często traktowałem jak zwykłe przypadki (co nie znaczy, że te naprawdę pouczające życiowo ignorowałem – nie! – dostrzegałem ich wagę, choć z praktyczną poprawą po “nauczce” bywało kiepsko..). Albowiem wmówienie sobie w sumie słusznej rzeczy, że “w istocie nic co się wydarza na całym świecie przypadkiem nie jest” zbliża do paranoi podobnie jak nadużywanie (stosowanej przecież i tak często, że jest to nawet charakterystyczne dla mnie i mojej fotografii, tutaj pokazywanej, pareidolii).

A jednak – cóż zrobić, gdy natura pracy, do której zostałem zaproszony i której się podjąłem, jest bardzo ściśle związana i z symbolizmem (symboliką, metaforyką itd., w tym liczbową, ale oczywiście nie tylko) i z tzw. “synchronicznościami” (które są szczególnymi “przypadkami” (sic!) koincydencji) i najkrócej mówiąc: wskazują na Ważne Prawdy, mówią nam, że poruszamy się zgodnie z pewnym “planem” (czy też misją..).
Jest to tylko jedno z ujęć tego pojęcia i rzucone niejako tymczasowo.. jako popularne i właśnie – ostatnio modne.
Więcej o synchronicznościach nie chcę w tym miejscu pisać, gdyż poświęce temu tematowi specjalne miejsce w niedalekiej przyszłości.

 pisałem o tym, nie do końca zresztą na serio, w eseju "O różnych rodzajach przypadków", stanowiącym też część satyryczno - prowokacyjnego utworu pt. "Podręcznik pseudointelektualisty" (napisany w 2005 r.). 
Esej zniknął chyba z Internetu wraz z niedziałającą domeną serwisu liternet.pl, na którym znajdowało się kilkaset moich krótszych i dłuższych tekstów.  

W ogóle: co różni chorego psychicznie (tytułowego wariata, co jest określeniem niby obraźliwym, ale i jakoś cieplejszym, bo bardziej romantycznym – od w pełni zdrowego człowieka, i to człowieka wybitnie inteligentnego i twórczego (choćby takiego, nie przymierzając: geniusza – naukowego, artystycznego lub .. mistycznego? Z tym ostatnim problem i kłopot, także definicyjny, największy..
Pomijając trudność ze znalezieniem choćby jednego przypadku
“całkowicie zdrowego (psychicznie) człowieka”.

Otóż różnica jest w zasadzie jedna: wariat nie realizuje w rzeczywistości swoich zamiarów, planów, rojeń, teorii, zaplanowanych dzieł itd., przeważnie bardzo ambitnych, nawet uznawanych za fizycznie lub społecznie niemożliwe (utopijne).

Co można dodatkowo zauważyć, Bóg jest absolutnie sprawiedliwy i widać to także na przykładzie ludzi szczególnie, wręcz “nadnaturalnie” uzdolnionych, geniuszy. Otóż, typowe dla takiej osobowości jest też swojego rodzaju “obsuwa” czyli jakaś wada, nieumiejętność, niezdolność – tak znacząca, że o wiele silniejsza niż “przeciętnie” dysponuje się daną cechą w społeczeństwie.
Jako przykład można podać, znane przecież także z anegdot i dowcipów, totalne roztargnienie, dziwactwa – choćby geniuszy matematycznych, czy niezdolność do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie różnie się objawiająca. Trudno powiedzieć czy przybiera to aż tak patologiczne rozmiary, ale ze współczesności słynna jest historia np. Grigorija Perelmana, laureata Medalu Fieldsa (matematycznego “Nobla”)- który demonstracyjnie go też nie przyjmował i wyrażał potępienie dla wszystkich “egoistycznych zaszczytów”, porzucił ponoć pracę na rosyjskiej uczelni i w ogóle pracę naukową (która przecież byłą nie tylko jego pracą zawodową ale i pasją), mieszka z matką w malutkim mieszkaniu i żyje ascetycznie).
Swoją drogą, swoistym signum temporis jest fakt, że “życie ascetyczne” przychodzi (nawet mnie) nam obecnie do głowy jako przykład “niedostosowania społecznego” czy też w ogóle jakaś “wada”. Kwestia to tak przytłaczającej powszechności społecznie odwrotnego modelu – sabarytyzmu i maksymalizacji użycia i zaspokojenia, głód życia przyjemnościami wszelkiego rodzaju (cielesnymi, umysłowymi, z wyłączeniem może jedynie duchowych, te bowiem zaspokaja łatwiej właśnie – asceta).

Muszę jednak już zakończyć ten wpis, gdyż powstał niejako ponadprogramowo, i choć można byłoby tutaj jeszcze wiele dygresji poczynić, najważniejsze w sumie jest to..
by nigdy nie tracić humoru, czasem pozwalać sobie na uśmiech nawet gdy się coś przeskrobało.
Najlepszy humor i poczucie humoru jest oczywiście auto-ironiczne, nacechowane dystansem do siebie samego i swojego ego (a nawet, w pewnej swoistej mierze i swojej “duszy” i Boga).

Humor, uśmiech, autodystans – do siebie i swoich planów, a także własnych
(i cudzych, szczególnie ideologicznych) myśli, przeżyć, “wizji”, przeświadczeń czy olśnień
(czasem tylko wewnętrzny, i nierzadko czarnawy) – jest może i najlepszym zabezpieczeniem przed chorobą psychiczną, choćbyśmy mieli zajmować się
i symboliką, i “cudownymi zbiegami okoliczności”,
a nawet i samym Bogiem, szmatanem i wszystkimi chórami anielskimi, na stopie koleżeńskiej.

dziś w windzie w drodze z 7 na 0
a tu na ulicy, luz blues jak widać..

Na koniec – przypomnę – że, planowo – następny wpis rozpocznie się od fragmentu z powieści “Boża Inwazja” Grubego Konioluba czyli Philipa K. Dicka
oraz jeszcze raz zapuszczę dla Was piosenkę o wolności, którą dostałem przed urodzinami tego roku (7.8.) od Stelli de los Santos.

Ale ludzi wolnych jest tak mało, jak prawdziwych geniuszy, a może i mniej..
Może jest ich akurat tyle, co mistyków?

[pod spodem tekst piosenki – niepoetyckie tłumaczenie z serwisu tekstowo]

Prawie ma 20 lat i już
Zmęczony marzeniami
Ale dom z cementu
To jego świat i miasto.
Myśli, że zasieki to kawałek metalu
Coś czego nigdy nie dosięgnie
W swoich pragnieniach by unieść się

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

Pełen miłości, gwiżdżąc sobie poszedł
Ze śpiewem na ustach
Tak bardzo wesoły, że usłyszał

Głos, który go zawołał
Upadł na podłogę śmiejąc się i nie mówiąc nic
Na jego piersi szkarłatny kwiat,
Kwitł wciąż

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

PS
Znalazłem krótkie, 2-stronicowe popularne omówienie synchroniczności (metasynchronicity) i alchemii (rozwoju duchowego) w kontekście postmodernistycznej psychologii (Jonah Dempcy ” Metaphor, Metonymy and Synchromysticism”).

Please follow and like us:
error0

Nowy Człowiek na Nowe Czasy – Odcinek 15

Zaczynamy więc następną część – po wstępie – “Nowego Człowieka”,
psychologicznej interpretacji przypowieści ewangelicznych
(ich ezoterycznego, “wewnętrznego” znaczenia) pióra ucznia
G. Gurdżijewa, Maurica Nicoll’a.

Jest to parafraza – tłumaczenie niedokładne (w pewnym sensie twórcze),
z moim – raz obfitszym, raz bardziej lakonicznym, komentarzem.

Przypomnę też, że Jezus, jaki się tam (i tutaj) pojawia
– szczególnie w moim komentarzu – jest jednym z tych,
na pewno bardzo znaczącym, którzy ten Wyższy Poziom bycia osiągnęli.

)Abstrahuję tutaj w znacznej mierze od wszelkich religii i wierzeń, skupiam się na warstwie psychologicznej i praktycznego doskonalenia człowieka – jego umysłowości (jego Rozumienia – co wielokrotnie podkreśla Nicoll, człowiek jest w istocie tym, czym jest jego rozumienie), jego uczuć (w tym przede wszystkim uczuć moralnych, jego wewnętrznej etyki – która oczywiście najdonioślejsze znaczenie ma wtedy, gdy jest praktyczna, gdy przejawia się na zewnątrz).

Naszym ideałem jest człowiek – monolit, który udoskonalił swoje “Ja”, ograniczył – wyeliminował inne, współgrające w nim “osobowości” (demoniczny legion małych “ja”), czego ukoronowaniem jest osiągnięcie prawdziwego kontaktu ze swoim “Wyższym Ja” – Duszą – osiągnięcie bycia Indywidualnego (Indywidualność jest czymś więcej niż osobowość”).

Naszym ideałem jest też przeciwieństwo hipokryty – człowiek który mi osobiście, co do tej cechy, czy też więcej niż cechy – tego rysu nadającego mu czy spajającego jego Indywidualność – jest i był bliski od dawna (rysu kamiennego, ostrego – o “krystalizacji” jako swoistym udoskonaleniu osobowości pisał często prof. Arkadiusz Jadczyk. Zob. przykładowo piękny wpis blogowy “.. O tym jak znaleźć prawdziwą miłość Duszy)

Taki oto wstęp do tej dalszej części właśnie (2:03 w nocy, 12 września AD 2019) udało mi się zaimprowizować.. i na teraz, wydaje mi się, że oddaje on satysfakcjonująco to, co myślę w tym temacie.

I myślę, że tym razem – na tym wstępie, pozostanę, dodam jedynie do tego, krótkiego w treści odcinka – kilka elementów wizualnych.
Choćby – takiego oto – Jezusa..

Plakat do filmu “Stalker” Andreja Tarkowskiego
jw.
jw.
jw.

i

jw.

Please follow and like us:
error0

Pytanie do Czytelników oraz Obrazy (kolejne)

A może – zapytałbym: O czym napisać? Co spróbować rozważyć? Do czego się odnieść? Na co nawet, niech Bóg przebaczy, spróbować odpowiedzieć?

Byłoby mi łatwiej myśleć w trudnych tematach a i odpowiedni i aktualny bardziej wybrać (i ważny), gdybym w tym zakresie spotkał się z jakąś interakcją.

Jak do tej pory tylko jeden komentarz mi się tutaj zdarzył,
ale to od Arka, a on zasadniczo moich mądrości nie potrzebuje – jak czegoś i nawet nie wie, co ja wiem, i czegoś, co ja widzę, nie widzi, to mu tego nie trzeba, bo jest zasadniczo na szczeblu drabiny takim, że ogarnia więcej i dalszy widzi horyzont.

z drabiny można spaść – ale od pewnego stopnia jest się też jakoś zabezpieczonym
mal. William Blake, mistyk ten poeta i malarz wyobrażał sobie piekło i niebo psychologicznie – że niejako zły, popędliwy człowiek w piekle sam swoim jest, a dobry – w sobie ma niebo i w okół siebie roztacza..
To mniej znane przedstawienie – Wenceslas Hollar

Ostatnio Ark na swoim blogu poleca czytać Gurdżijewa, zbiegiem okoliczności i ja, na facebooku, w tym samym czasie polecałem, ale trochę co innego (i nie wiem w sumie czy słusznie, polecałem bowiem lekturę dość zaawansowaną, zamiast najprostszej).
Co do tych zbiegów okoliczności, to nazywają się one synchroniczności i wcale nie są takie przypadkowe (choćby właśnie co do tego przykładu – od ponad 10 lat zdarzało mi się myśleć, pisać, publikować, śnić nawet – podobne tematy – co – tutaj przywołany prof. Arkadiusz.. Dlaczego? A pewnie dlatego, że jakoś mamy podobny a może nawet wspólny cel, że nad podobnymi rzeczami pracujemy (choć na zupełnie innych działkach..no, nie tak zupełnie, bo choć Ark jest znamienitym, światowej klasy fizykiem matematycznym, to często wypuszcza się na tematy psychologii, filozofii i nawet teologii, które to z kolei są moim bardziej konikiem i w których (może w teologii, ale bardzo osobno rozumianej, biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy i definiowanie) ja chciałbym osiągnąć kiedyś jakieś mistrzostwo.

Tak jakby ktoś chciał wiedzieć, to wyżej dałem link do PLEOROMY, która się dopiero tworzy, natomiast mój profil jest tutaj – Marat Dakunin.

A teraz obiecane fotografie.

Szrenica – schronisko
Praga, Katedra Św. Wita (obrazek można otworzyć w nowym oknie, wtedy pojawi się większy)

Obrazki (prawy przycisk myszy – otwórz grafikę w nowym oknie – wtedy są ciut większe, a gdy ktoś chciałby obejrzeć detale, na razie zapraszam na swój strumień foto na Flickr, natomiast ciągle w budowie mam pewne galerie tematyczne (głównie dotyczące jednak znaków na niebie).

gwiazda w katedrze
gwiazda w pracowni alchemicznej
pracownia
Powyższe zdjęcia z Pragi, a to słynna Złota Uliczka Parasoli
To już świt..
Kto dał się nabrać? Wyżej był zmierz, nie świt. Natomiast tutaj – na dole, są duszki 🙂
Duszki mają takie okrągłe żółte oczka – kto nie widzi – niech żałuje. A po prawej ze skośnym okiem jest kamygak.
Tutaj nie mam nawet hipotezy (choć mama mówiła coś o sposobie układania nóg przez dziecko) – może ktoś wie, co się utrwaliło? (dodam, że przeszło, na innych fotografiach już tego nie ma)
symboliczne, prawda?
To także. Aż za bardzo. PO mojemu: głowa capa. Podkolorowałem dla efektu, ale oczywiście wszystko inne dokumentalne. Co nam to mówi? MI się wydaje, że jeszcze ten cap – kozioł – szmatan – zezuje – czyli może coś o schizofrenii moralnej i hipokryzji?
A to już chmura na kurzej stópce, gdzie czarownica mieszka..

Na koniec kilka świadectw tego, że wszystko wokół nas nam się przygląda i żyje – lepiej więc dobrze się ukryj, Ty, który masz złe myśli : – ) !

dziób z okiem
jaszczurka, gekon, płaz?

A – na do zobaczenia – piesek (głaska ręka Mamy)

Sphinx (będę musiał się wybrać, może archiwa się otworzą.., ale tak zwlekam..)

i trochę światła – która świeci w ciemnościach, jak zwykle (i robi frajdę dzieciom!).

PS Ark kiedyś pisał o tym, że woda ma tajemnice i żeby uważać.. (znajdę to przytoczę, następnym razem – szukałem i jednak na razie nie mogę tego fragmentu znaleźć).
Tymczasem dodaje jeszcze 3 obrazki z powtórzoną uwagą:

Wszystko dookoła żyje i cię obserwuje,
więc uważaj co myślisz!

Please follow and like us:
error0