Nadzienie dające nadzieję

Jest to wpis na bieżąco pisany, na telefonie, zatem z góry przepraszam za wszelkie ewentualne usterki, literówki etc. Zaczynam go ok. 17 zakończę zapewne ok. 00.

Stefan Banach, polski geniusz matematyki z międzywojennego Lwowa szukał natchnienia, najlepiej mu się pracowało, najpełniej potrafił się twórczo skupić, wśród kawiarnianego zgiełku, pośród rozgadanych ludzi, zapełniających zastawione trunkami, niedojedzonymi śledziami, serwetkami (które akurat Banach często zapełniał wzorami) stoliki. Pośród podniesionych, podpitych głosów, muzyki, brzękania sztućców i talerzy. Z przyjaciółmi, z którymi dyskutował najtrudniejsze teorematy często wybierał kawiarnię “Szkocką”, między innymi dlatego, że na marmurowych blatach tamtejszych stolików dobrze się pisało kopiowym ołówkiem (ponieważ takie zapisy, zawierające nierzadko genialne obliczenia i pomysły czasami ulatniały się z chwilą starcia przez kelnera, kupiono później zeszyt tzw. Szkocki, by trwałej przechowywał cenne wpisy i wydawano go zaprzyjaźnionym z lokalem matematykom do użycia zamiast brudzenia marmuru). No, ale to dłuższa historia. W każdym razie, jak to zwykle bywa resztę lokalu wypełniali inni goście (mayamatycy) i ich różne, mniej lub bardziej iluzoryczne dysputy.

S. Banach dużo palił i nie tylko..
Kawiarnia Szkocka zdjęcie już sporo z 60-70 lat po erze wspomnianych spotkań. Zdjęcia z sieci (Wikipedia). Wszystkie zdjęcia – tutaj na blogu czy gdziekolwiek, gdzie ja maczam ręce, jeśli nie są podpisane czyjego autorstwa – lub skąd – znaczy to, że są wykonane przeze mnie. Od tej zasady nie ma nigdy wyjątków, jeśli może być coś nie tak – tylko przez przeoczenie, ale staram się na to baczyć i nie przeoczyć nigdy.

Podczas wojny i okupacji niemieckiej Lwowa (bo była i sowiecka, a niemieckie nawet dwie), matematycznemu geniuszowi udało się załatwić bezpieczną, dającą “swobodę” wśród nazistowskich łapanek i opresji pracę i dobre “papiery”. Pracował jako karmiciel wszy.

Karmiciele wszy dla Instytutu Weigla

Kiedyś, niecałą dekadę temu, kolega, warszawski profesor matematyki i informatyki – Alx, zainspirował mnie do nakręcenia krótkiej impresji wideo, do słów jego wiersza, osnutego na motywach tego okupacyjnego epizodu geniusza Banacha. Kto ciekaw, rzeczony klip jest do obejrzenia tutaj: https://vimeo.com/132769392

Poewizja do wiersza Alexa (osnutego na wojennych losach Banacha, geniusza matematycznego ze Lwowa)

Ha!

Biomed ostatnio fatalny, Słońca niewiele, sił mało.., czasem nawet serce boli. Niech się choćby taka Jasmuheen wybierze do Polski w listopadzie i spróbuje odżywiać się samą praną – powodzenia!

Wybrałem się jednak i ja, pośród zgiełk, ludzi, mayamatyków, rozmowy i brzdękania..
I piszę. Co prawda nie na serwetce ani na marmurze, ale za to utrwalam, lepiej może nawet niż na kartkach, jak w szkockim zeszycie tamci, ponad 80 lat temu. Poszedłem zatem, podumać, skupić się i pisać, do Świątyni
(Kraków, jak wiadomo od wieków grodem jest we wszelakie świątynie bogatym).

First person perspective w nawiedzonej przeze mnie właśnie świątyni.

A mogłem przechodzić obok:

Baton z nadzieniem dającym Nadzieję. Fot. z sieci.

Nie przechodziłem, tej synchroniczności nie było, ale ją stworzyłem i przywołałem, na pamiątkę tego, że to Baton przyszedł do mnie. Co mi sprawiło radość. Dziękuję!

Baton pisze, że blog jest trudny, teksty tutaj są trudne (niektóre, być może).
Tak nie powinno być.
Kiedyś o tym pamiętałem, we wstępie do mojego wizualnego podręcznika do prawa (wydanego w 2008 r., Warszawa C. H. Beck Verlag) ) pisałem przecież:

Władysław Tatarkiewicz pisał niegdyś, że aby pewna treść przeszła z umysłu piszącego do umysłu czytającego, musi być dokonana pewna praca, a jest lepiej, gdy tę pracę wykona piszący. Praca autora niniejszego skryptu miała w przeważającej mierze charakter formalno-techniczny. Starałem się przede wszystkim dokonać możliwej do zaakceptowania syntezy prezentowanych zagadnień prawnych, nie tracąc jednak z pola widzenia jak największej ilości ich istotnych cech. Czy został osiągnięty w tej sferze rozsądny kompromis pomiędzy stopniem szczegółowości a przejrzystością opracowania, warunkowany także technicznymi możliwościami składu drukarskiego w określonym formacie, ocenią Czytelnicy.

Ale Baton pisze też, że czuje się jak koneser, czytając.
Czy to źle? To chyba akurat dobrze.

Pamiętam, że i ja tak trochę może i podobnie się czułem, gdy jesienią 2007 roku, po powrocie z Australii (gdzie nie znalazłem tego, czego szukałem),

Darling Harbour w Sydney
To też Ukochany Port Sydneyczyków, tym razem z 2 moich fotografii zrobiłem kolaż DownUnder co jest też popularną nazwą tego kontynentu.
A to dzielni australijscy chłopcy, APEC 2007

zacząłem odwiedzać blog fizyka matematycznego Arkadiusza Jadczyka (który nadal jest i regularnie przez Autora pisany). Mogłem sobie tam nawet, w komentarzach podyskutować, czasem się poczubić trochę, czasem z czym zgodzić, a najwięcej pewnie dowiedzieć i poćwiczyć myślenie, z różnymi Ludźmi, gośćmi bloga Arka.
A byli (i niektórzy są nadal) wśród nich m. in. : profesorowie matematyki, fizyki, tak teoretycy jak doświadczalnicy (choćby Trurl z Klapaucjuszem – serio, taki miał nick..), nauk technicznych, filozofowie (tacy z tytułami i tacy z pretensjami oraz samoucy), bywali też wszelkiej maści dziwacy, polscy niedocenieni wynalazcy, także licealistki (pozdrawiam Kopciuszka z tamtych czasów), psycholożki.. Kogóż tam nie było.

Razu jednego, pewien prof. dr hab. inż. nauk technicznych udowadniał mi w dyskusji,
że człowiek żadnej wolności nie ma i wolności tylko w pewnych granicach iluzję, gdyż
– i choćby dlatego – nie miał nawet wolności czy być czy nie być, czy się urodzić, żyć, nie zapytano go o to.. Więc co i dalej mówić o innych zdeterminowaniach. Byłem wtedy bezczelnawy bardziej niż teraz i zaargumentowałem, że o wolności w ogóle można mówić tylko gdy coś (ktoś) istnieje. W nieistnieniu żadnego dylematu wolności być nie miał, z definicji niejako. Riposty się nie doczekałem..

Baton wskazuje też, że pewne teksty, które są nienajgorsze (wspomina o “Bułce”) są za bardzo ukryte.
Tutaj znowu są dwie drogi i dwie możliwości.
Można upierać się, tak jak Gieorgij Gurdżijew, że pewne teksty muszą być celowo skomplikowane (często pozornie, bo po prostu wymagają nie tylko nawet erudycji i oczytania, co doświadczenia życiowego i umiejętności widzenia tego, co wokół nas jak
i w nas samych) lub pewne treści powinny być na różne sposoby poukrywane, dlatego by dotarł do nich czytelnik odpowiednio zdeterminowany i wnikliwy, taki, który zasłuży. Przypomina to klasyczne wschodnie próby, które musiał przejść uczeń. Choćby żeby mu się chciało gdzieś indziej niż.. na czole.. kliknąć.

“Opowieści Belzebuba dla Wnuka” są przecież tak napisane (choćby językowo, literacko), że aż nie chce się ich czytać. To, że autor wprowadza irytujące neologizmy wydaje się wyłącznie denerwujące, dopóki potencjalnie nie odkryjemy, że robi to celowo, gdyż chce odzwyczaić nas od znanych pojęć, które rozumiemy zupełnie opatrznie – (tu powinno być “opacznie” ale zostawiam literówkę, gdy ja zauważyłem, gdyż też na coś wskazuje..) niż należy je rozumieć, wg niego, prawdziwie (jak choćby pojęcie: śmierć).

Ale.. Czy ja chcę aby podobne zagrywki stosować?
Utrudniać by selekcjonować zdeterminowanych czy odpowiednio uważnych?
A gdzie tam.. Nie chcę.
Nie jestem Gurdżijewem i nie jest też pierwsza połowa XX wieku.

Czasy są inne, Ostatnie, i na takie sprawy czasu już nie ma.

Przeciwnie. Działam w ramach tego, co się rozpoczęło, mianowicie to, że, wszystko co było dotąd zakryte, zostanie ujawnione.

Por. Ewangelia wg Mateusza 10,26.

(lekko większy zrobi się ten zrzut ekranu po zastosowaniu: prawy klawisz myszki i Otwórz grafikę w nowej karcie..)

Dlatego wszystkie uwagi Batona przyjmuję też jako napomnienie (łagodne, widać dobre ma mój Gość serce i wyrozumiałe, co już go stawia, to tylko samo, ponad wieloma koneserami, i co, nawiasem mówiąc, wypełnia też zalecenie Gurdżijewa, by dla ludzkich niedoskonałości być wyrozumiałym.. Lecz nie pobłażliwym w tym znaczeniu, które mogłoby samym tym ludziom przynieść szkodę).

Dlatego wyprostuję pewne nie do końca chcący (niechcący raczej) ukryte treści, nie tylko Bułkę.

W najbliższych wpisach, może nie pierwszym czy drugim, ale jeszcze w listopadzie, zajmę się jednak dwoma, bardzo ważnymi pytaniami, propozycjami rozważań, które Baton postawił.

A wyrozumiały i łagodny tutaj akurat nie był, bo poruszył kwestie, na które napisać coś sensownego najtrudniej, tym bardziej, gdy tak ogólnie są zagajone.

Temat istnienia zła i Złych, najkrócej mowiąc oraz temat: myślenia.
I bardzo to ogólne i jedne z najtrudniejszych kwestii, dla ludzi, i ich myślenia (w przypadku myślenia o myśleniu jest to: metamyślenia – typowe dla filozofów, szczególnie kognitywistów, analitycznych, języka i nauki).
Jest to trudne jednak także – i w w pierwszym przypadku (zagadnienia zła) może nawet
i kluczowe – w obszarze serca: czyli uczuć, odczuć, emocji, empatii.

Tu jednak muszę przerwać, gdyż opuszczam świątynię i idę w stronę..

Przeszedłem przez nawę główną.

nawa główna

Nie oglądając zbytnio się na portal frontowy i specyficzne nowomodne rozety.

Portal frontowy i nowomodne rozetki

Szedłem tędy:

Cofnąłem się rakiem na chwilę

Później tędy:

Ścieżka jest raz szersza i widoma a raz bardziej zagadkowa.

I owędy.

Tutaj, choć portal i ornamentyka bardziej tradycyjna, nie wszedłem. Nie tylko dlatego, że na głucho wyzamykane.

Wypatrzylem corvina alba, ale akurat wśród innego gatunku.

trochę zmarznięty

Zagruchało mi m. in. o tym, że trzeba wprowadzić na tym blogu lepsze funkcjonalności
i sprawdzić tagowania, bo pewnie jeśli ktoś szuka po tagach to wielu wpisów nie pokaże.. Mój błąd, niestaranność i pewna nieznajomość wordpressa. Powinienem też sporządzić listę wszystkich wpisów z krótkim wskazaniem zawartości łatwo dostępną z linku obok (na górze, w menu po prawej jest tylko zaczątek takiego spisu). Inaczej wiele treści się gubi. Zrobię to.

Poza tym poprawię pewne tagowania, bo źle pewne słowa kluczowe –keywordsy – tagi – urządziłem i dublując się niejako (choćby : ewangelia, ewangelie, fotografia, fotografie) wprowadzają w błąd. Poza tym muszę sprawdzić czy pewne są w ogóle dodane tam gdzie trzeba. A pewne są zbędne.

Zakarbowałem sobie te potrzebne zmiany funkcjonalne
i przejrzystościowe, pragmatyczne i prakseologiczne, techniczno – formalne oraz wygodnościowo – popularyzacyjne, poczym ruszyłem dalej.

Z Białym się jednak wprzódy pożegnałem.
Niektóre drogi są niejasne i nieoczywiste. Światło niby prowadzi, ale gdy się odbija, załamuje i daje refleksy, może wtedy wykrzywić rzeczywistość i zmylić idącego na pewien czas (lub przestrzeń).
Ale gdy człowiek się stara a przede wszystkim ma Czyste Intencje, wtedy długo błądzić mu się nie pozwoli
i poświęci tam gdzie trzeba. O proszę – tu też ciekawa literówka – miało być, rzecz jasna (nomen omen) – “poświeci” – ale ze światłem tak to bywa, że czasem jak poświeci to i nawet poświęci. Sacrum. Serio.
Coraz bliżej końca drogi – na dziś (dzisiejszy wieczór).
Przepraszam za jakość niektórych fotografii w tym wpisie. Ale tą wstawiłem (i zostawiam), bo wiem, co tam widać, może Ktoś też będzie wiedział.

Gdy niecałe 2 lata temu zamieszkałem ponownie w Krakowie (w którym – bez mojej woli – tej świadomej na teraz – się też urodziłem, 8.8.77 roku – ale jeszcze przed 1980 wyprowadziłem a właściwie to mało miałem w tej sprawie do gadania) , zaraz przy bloku, na wejściu niejako, wymalowano:

Niby nic szczególnego, bo 8 i 8 to pewnie skrót od HH czyli “Heil Hitler“, który wypisują (bo graffiti to nie jest) po ścianach neofaszyści (tylko dlaczego polscy, tego akurat nie bardzo rozumiem). A jednak w zestawieniu ze mną (8. 8., 7.7.) oraz dodatkowym tekstem na powyższym murku widocznym, raczej takim niebardzo typowym dla faszystów itp., była to sympatyczna synchroniczność.

Natomiast zupełnie niedawno, po czerwcu roku bieżącego, latem – gdy już wiedziałem, jak trudną ścieżkę mi zgotowano (musiała być wcześniej wybrana – ja sam bym jej nie wybrał, aż tak bowiem od dawna bezczelny nie jestem) – przy drodze, po której najczęściej wracałem do domu, jak to czynię właśnie teraz – to piszącktoś nalepił taki znaczek:

ul. Racławicka

Ścieżka Lwa bywa bowiem także, w Taoizmie, nazywana ścieżką Tygrysa.

Dobranoc.

PS Sprawdziłem też stan techniczno-programistyczny tej witryny

Please follow and like us:
error0

Kwestia waryactwa, symbolika Liczb, przypadki & “synchroniczności” oraz obowiązek codziennej Pracy

Narobiłem sobie kłopotu wczorajszym wpisem, także dlatego, że użyłem trybu gramatycznego (chciałoby się z fizyki rzecz tensorowego..) bezczasowego a właściwie trybu Wieczności, zapowiadając rzeczy do wykonania w piątek, sobotę i niedzielę, tak, jakby były już wykonane.
Tymczasem dobra praca, jakościowa (i twórcza), a taka ta praca musi być z natury rzeczy, którymi się zajmuję – wymaga w miarę dobrego samopoczucia fizycznego (i psychicznego). A ja prawie nie spałem. Co prawda zdażało mi się nie spać po 3 i 4 doby i “coś robić” w przeszłości nierzadko, ale obiecałem sobie nie powtarzać tego rodzaju ekstremalnych (i nienaturalnych, szkodliwych) uwarunkowań dla mojej roboty, szczególnie tej najważniejszej.
Dodatkowo: nie najlepiej mi się oddycha (w dzieciństwie cierpiałem na astmę tak silną, że przez zwężenie oskrzeli dusiłem się np. w pomieszczeniu o zagrzybionych ścianach; na szczęście z okresem dojrzewania tak silna astma ustąpiła), ale to raczej nie jest związane z czynnikami alergicznymi. Jak to zwykle u mnie jest to “psychosomatyczne”, na podłożu nerwicy (na którą kiedyś chyba cierpiałem, bo się i oficjalnie leczyłem).
Co jeszcze: bóle kręgosłupa. A wymieniłem tylko czynniki bardziej somatyczne, cielesne (choć, jak wszystko, uwarunkowane psyche).

Tak więc – nie dajmy się zwariować!
[piszę tu o sobie w pluralis maiestatis, co jest quasi-mrugnięciem okiem w stronę “rozdwojenia jaźni”, które może ale nie musi być typowe dla schizofrenii oraz jest typowe dla gatunku kotowatych, zwanych lwami..]

Postaram się wykonać to co zaplanowałem, w ograniczeniach normalnego czasu, ale jeśli jednak nie ze wszystkim zdąże do niedzieli (13.10) włącznie – powinienem uznać, że nie wydarzyła się żadna tragedia. Nie chcę siebie źle oceniać (i takie założenie wydaje mi się słuszne, rozsądne) dopóty, dopóki bezwład czy opóźnienie nie zamienia się w bardziej zwyczaj, a udaje się utrzymać zwartą i jakościowo sensowną pracę – codziennie, lub prawie codziennie..(cóż za folgowanie sobie.. ale nie można skakać na głęboką wodę..;-).
Wpis wczorajszy zakończyłem już po Północy i wyszedłem na balkon. Oraz zrobiłem zdjęcie.

Widok z mojego balkonu po Północy, już 11.10. AD bieżącego..

W ogóle: kwestia wariactwa.


Należy wiedzieć (i ja doskonale o tym wiem), że obsesja na temat liczb i ich znaczeń, przypadków – nie będących przypadkami, mniej lub bardziej tajemniczych teorii i znaczeń przenikających całą Rzeczywistość – są bardzo charakterystycznymi cechami różnego rodzaju poważnych chorób psychicznych, choćby schizofrenii.
Carl Gustav Jung, który, wśród swoich rozliczych zainteresowań psychologiczno – filozoficznych wprowadził pojęcie i badał “synchroniczności” – sam bał się przez całe swoje życie, że w określonym wieku zachoruje na schizofrenię (zapomniałem, jaka to była..liczba..). Dla schizofrenii jest typowe rozpoczynanie tej choroby od pewnego inicjującego, konkretnego wydarzenia, dającego się oznaczyć co do dnia a czasem nawet konkretnego wydarzenia, godziny. Znanym przypadkiem (choć przejaskrawionym, gdyż twórca “Poza dobrem i złem” cierpiał też na pewne symptomy choroby psychicznej wcześniej) jest choćby atak szaleństwa Fryderyka Nietzschego, od którego zaczął się ostatni, naznaczony chorobą etap jego życia (wielki myśliciel był wtedy do śmierci pielęgnowany przez swoją siostrę).

Historia filozofa jest bardzo znana, “romantyczna” i podnieca wielu twórców – Nietzsche doznał ataku szaleństwa, gdy woźnica okrutnie katował swojego konia pociągowego, na ulicy w Turynie w 1889 r.

Kadr z filmu węgierskiego reżysera Béli Tarra “Koń turyński” (2011) . Film jest bardzo statyczny, nie znajdziemy w nim postaci znanego filozofa, za to tytułowego konia i jego “rodzinę” (właściciela – włoskiego wozaka, rolnika z końca XIX w. i jego córkę).




Dużo we wczorajszym choćby wpisie (bardzo specyficznym, mocno “wsobnym”) było
(i w ogóle jest) o znaczących, symbolicznych, coś tam oznaczających, Liczbach. Dużo też w naturze mojej pracy tzw. znaczących zbiegów okoliczności (choćby błahych, natury raczej towarzyskiej, ale miłych i zawsze coś mówiących – jak choćby komentarz Arka (prof. Arkadiusza Jadczyka) pod wpisem “Pytanie do Czytelników oraz Obrazy (kolejne)” – na tym to blogu), synchroniczności które ostatnio zrobiły się wręcz modne
i co za tym idzie ogromnie nadużywane, mylone i obarczone “chciejstwem” [wishful thinking]).
Muszę oświadczyć, że co do takich “przypadków” zawsze byłem sceptyczny i to zwykle bardziej sceptyczny niż przeciętny człowiek. Nawet intersubiektywne “znaczące” koincydencje itd. często traktowałem jak zwykłe przypadki (co nie znaczy, że te naprawdę pouczające życiowo ignorowałem – nie! – dostrzegałem ich wagę, choć z praktyczną poprawą po “nauczce” bywało kiepsko..). Albowiem wmówienie sobie w sumie słusznej rzeczy, że “w istocie nic co się wydarza na całym świecie przypadkiem nie jest” zbliża do paranoi podobnie jak nadużywanie (stosowanej przecież i tak często, że jest to nawet charakterystyczne dla mnie i mojej fotografii, tutaj pokazywanej, pareidolii).

A jednak – cóż zrobić, gdy natura pracy, do której zostałem zaproszony i której się podjąłem, jest bardzo ściśle związana i z symbolizmem (symboliką, metaforyką itd., w tym liczbową, ale oczywiście nie tylko) i z tzw. “synchronicznościami” (które są szczególnymi “przypadkami” (sic!) koincydencji) i najkrócej mówiąc: wskazują na Ważne Prawdy, mówią nam, że poruszamy się zgodnie z pewnym “planem” (czy też misją..).
Jest to tylko jedno z ujęć tego pojęcia i rzucone niejako tymczasowo.. jako popularne i właśnie – ostatnio modne.
Więcej o synchronicznościach nie chcę w tym miejscu pisać, gdyż poświęce temu tematowi specjalne miejsce w niedalekiej przyszłości.

 pisałem o tym, nie do końca zresztą na serio, w eseju "O różnych rodzajach przypadków", stanowiącym też część satyryczno - prowokacyjnego utworu pt. "Podręcznik pseudointelektualisty" (napisany w 2005 r.). 
Esej zniknął chyba z Internetu wraz z niedziałającą domeną serwisu liternet.pl, na którym znajdowało się kilkaset moich krótszych i dłuższych tekstów.  

W ogóle: co różni chorego psychicznie (tytułowego wariata, co jest określeniem niby obraźliwym, ale i jakoś cieplejszym, bo bardziej romantycznym – od w pełni zdrowego człowieka, i to człowieka wybitnie inteligentnego i twórczego (choćby takiego, nie przymierzając: geniusza – naukowego, artystycznego lub .. mistycznego? Z tym ostatnim problem i kłopot, także definicyjny, największy..
Pomijając trudność ze znalezieniem choćby jednego przypadku
“całkowicie zdrowego (psychicznie) człowieka”.

Otóż różnica jest w zasadzie jedna: wariat nie realizuje w rzeczywistości swoich zamiarów, planów, rojeń, teorii, zaplanowanych dzieł itd., przeważnie bardzo ambitnych, nawet uznawanych za fizycznie lub społecznie niemożliwe (utopijne).

Co można dodatkowo zauważyć, Bóg jest absolutnie sprawiedliwy i widać to także na przykładzie ludzi szczególnie, wręcz “nadnaturalnie” uzdolnionych, geniuszy. Otóż, typowe dla takiej osobowości jest też swojego rodzaju “obsuwa” czyli jakaś wada, nieumiejętność, niezdolność – tak znacząca, że o wiele silniejsza niż “przeciętnie” dysponuje się daną cechą w społeczeństwie.
Jako przykład można podać, znane przecież także z anegdot i dowcipów, totalne roztargnienie, dziwactwa – choćby geniuszy matematycznych, czy niezdolność do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie różnie się objawiająca. Trudno powiedzieć czy przybiera to aż tak patologiczne rozmiary, ale ze współczesności słynna jest historia np. Grigorija Perelmana, laureata Medalu Fieldsa (matematycznego “Nobla”)- który demonstracyjnie go też nie przyjmował i wyrażał potępienie dla wszystkich “egoistycznych zaszczytów”, porzucił ponoć pracę na rosyjskiej uczelni i w ogóle pracę naukową (która przecież byłą nie tylko jego pracą zawodową ale i pasją), mieszka z matką w malutkim mieszkaniu i żyje ascetycznie).
Swoją drogą, swoistym signum temporis jest fakt, że “życie ascetyczne” przychodzi (nawet mnie) nam obecnie do głowy jako przykład “niedostosowania społecznego” czy też w ogóle jakaś “wada”. Kwestia to tak przytłaczającej powszechności społecznie odwrotnego modelu – sabarytyzmu i maksymalizacji użycia i zaspokojenia, głód życia przyjemnościami wszelkiego rodzaju (cielesnymi, umysłowymi, z wyłączeniem może jedynie duchowych, te bowiem zaspokaja łatwiej właśnie – asceta).

Muszę jednak już zakończyć ten wpis, gdyż powstał niejako ponadprogramowo, i choć można byłoby tutaj jeszcze wiele dygresji poczynić, najważniejsze w sumie jest to..
by nigdy nie tracić humoru, czasem pozwalać sobie na uśmiech nawet gdy się coś przeskrobało.
Najlepszy humor i poczucie humoru jest oczywiście auto-ironiczne, nacechowane dystansem do siebie samego i swojego ego (a nawet, w pewnej swoistej mierze i swojej “duszy” i Boga).

Humor, uśmiech, autodystans – do siebie i swoich planów, a także własnych
(i cudzych, szczególnie ideologicznych) myśli, przeżyć, “wizji”, przeświadczeń czy olśnień
(czasem tylko wewnętrzny, i nierzadko czarnawy) – jest może i najlepszym zabezpieczeniem przed chorobą psychiczną, choćbyśmy mieli zajmować się
i symboliką, i “cudownymi zbiegami okoliczności”,
a nawet i samym Bogiem, szmatanem i wszystkimi chórami anielskimi, na stopie koleżeńskiej.

dziś w windzie w drodze z 7 na 0
a tu na ulicy, luz blues jak widać..

Na koniec – przypomnę – że, planowo – następny wpis rozpocznie się od fragmentu z powieści “Boża Inwazja” Grubego Konioluba czyli Philipa K. Dicka
oraz jeszcze raz zapuszczę dla Was piosenkę o wolności, którą dostałem przed urodzinami tego roku (7.8.) od Stelli de los Santos.

Ale ludzi wolnych jest tak mało, jak prawdziwych geniuszy, a może i mniej..
Może jest ich akurat tyle, co mistyków?

[pod spodem tekst piosenki – niepoetyckie tłumaczenie z serwisu tekstowo]

Prawie ma 20 lat i już
Zmęczony marzeniami
Ale dom z cementu
To jego świat i miasto.
Myśli, że zasieki to kawałek metalu
Coś czego nigdy nie dosięgnie
W swoich pragnieniach by unieść się

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

Pełen miłości, gwiżdżąc sobie poszedł
Ze śpiewem na ustach
Tak bardzo wesoły, że usłyszał

Głos, który go zawołał
Upadł na podłogę śmiejąc się i nie mówiąc nic
Na jego piersi szkarłatny kwiat,
Kwitł wciąż

Wolny,
Jak słońce kiedy wschodzi,
jestem wolny jak morze…
..jak ptak, który uciekł z klatki
I może w końcu latać…
..jak wiatr, który usłyszał moje wołania
I moich ciężarów,
Bezustannych dróg
Skłaniając się ku prawdzie
Wiedząc gdzie jest koniec, wolności.

PS
Znalazłem krótkie, 2-stronicowe popularne omówienie synchroniczności (metasynchronicity) i alchemii (rozwoju duchowego) w kontekście postmodernistycznej psychologii (Jonah Dempcy ” Metaphor, Metonymy and Synchromysticism”).

Please follow and like us:
error0