Zło

Czas jest cykliczny, Wszechświat pulsuje (w najdłuższym z Cykli) jak serce, Natura rodzi się, obumiera (i zużywa, traci żywotność, tak, że od czasu do czasu musi nadejść święty ogień i wypalić miejsce, by mogło narodzić się nowe życie
INRI Ignis Natura Renovatur Integra ).

Okres tej jesieni można by nazwać wyjątkowo niekorzystnym i przypominającym najczarniejsze (niedawno wpadłem na Sol Niger, później wiele niż Nigredo) , gdyby jakikolwiek okres można byłoby tak nazwać. Tymczasem w takich trudniejszych czasach rodzi się zwykle najlepsza nauka, doświadczenia; jak inaczej można pokonać słabości, bez ich wpierw głębszego zakosztowania? Poznanie tego, co trzeba zmienić, poprawić – przed próbą zmiany, poprawy, wydaje się logiczne..
Trzeba to umieć zauważyć i wykorzystać.
Alchemicy mawiali – Nigredo, Otchłań, Czarne Noce Duszy, czasem czarne lata (ich powroty, ułamkowe, jako czarne miesiące, czarne pełnie, czarne noce) – to okres okrutny i powolny. Ale właśnie w nich rodzi się (wszelkie porody bywają trudne) Rozwiązanie, w nim zaczyna się praca.
Pewne znaki wskazują jednak, że być może to ostatnia taka (może będą inne, trudne – inaczej?) reminiscencja nocy (kilkuletniej) – jak burza przed tęczą, zima przed wiosną
(a jednak zima będzie (!) lepsza niż jesień!) .. jak nagłe polepszenie stanu chorego przed śmiercią.. Nie, to ostatnie nie pasuje (a może chodzi o śmierć niedoskonałej osobowości).
Jak widać, skoro nagłe polepszenie poprzedza finalne załamanie, to może nagłe pogorszenie poprzedza finalne (w sensie: trwałe w progresie, idące już stale – strzałką
w górę) powstanie.

Tekst może być chaotyczny i dziurawy, mogłem nie zauważyć, że pewne partie są oderwane lub, mimo zastrzegania zwięzłości, powtarzają się lekko. Niech już jednak taki zostanie opublikowany – bo nigdy się to nie stanie, a trzeba przełamać impas. Nie będę tu wracał, poprawiał, kasował coś czy dodawał w nieskończoność, zajmę się nowymi wpisami (tylko jeśli chodzi o ten blog, poza tym: otchłań innej pracy, nawet tylko internetowej, oraz – pisanie, nawet jeśli nie idzie – trzeba – większych całości, których nie należy pokazywać wcześniej niż ukończone).
Jednak zauważone dziś (18.12) literówki, poprawiam (i dziś też, 29. 12). Bywa – że literówka wskazuje na dodatkowe znaczenie, że nie pojawia się zupełnie przypadkowo i wyłącznie szkodzi tekstowi; tu jednak jest ich za dużo i mogą utrudniać rozumienie tekstu.

Większe partie wpisu napisałem pod koniec listopada (stukając na telefonie), ale nie opublikowałem.
Wpis na temat zasygnalizowany przez Komentatora Batona postanowiłem napisać na telefonie, a to z tego powodu, że temat skłania do wodolejstwa i powtarzania rzeczy dawno powiedzianych, co uważam za zbędne, o czym już wspomniałem. Pisanie na telefonie ma zmobilizować mnie do pewnej zwiezłości.
Świat jest przegadany i przepełniony zbędną mową, pustymi tekstami, powtarzanymi półprawdami, banałami (które, same w sobie, nie są złe, są nawet święte, ale dość pasywnie: czym bowiem jest tzw. banał czy „truizm”: jest to zwykle twierdzenie oczywiście prawdziwe, bardzo proste, i z tym właśnie problem praktyczny, bo tak proste, że zarazem tak trudne by się do niego jakoś zastosować, by je „wykonać”, że ludzie pogardliwie nazywają je banałami, zamiast odważyć się z nimi zmierzyć. Tak najkrócej często się rzecz przedstawia).
99,9% Internetu wypełnione jest bzdurami i nonsensami, na każdy temat, także na tematy najważniejsze.
Jak już jednak Komentator zaproponował tak trudne (bo tak podstawowe i tak ogólne) zagadnienie, to, żeby wpis miał jakikolwiek pożyteczny sens, musi być jakoś oryginalny. Banałów trochę zawierać musi, nie ma rady, bo muszę (chcę) pisać Prawdę, ale chciałem się też postarać, by napisać jak najwięcej rzeczy osobistych, z życia, samodzielnie przemyślanych czy przeżytych, jakoś indywidualnie sprawdzonych. Wtedy może być to pożyteczne.
No cóż, w innym komentarzu Baton nawet wspomina, że piszę tu zbyt osobiście. Pisze nawet, co bardzo ciekawe (że tak pisze i że akurat takiego sformułowania używa, i nie jest to przypadkowe), że:


“.. Wiele wpisów jest bardzo osobistych i może to wywołuje lęk przed komentarzami bo to jakby pisanie listu do jednej osoby a czyta je milony.. to w sumie dość popularna forma ale po śmierci autorów . Ja tego lęku nie mam więc jeszcze coś tu sobie popiszę za przyzwoleniem gospodarza. “

Co mogę na to powiedzieć?
Tak jest, bo ja już umarłem, 8 lat temu i mam to za sobą.
Coś jednak sprawia, że do tej pory nie bardzo mogę uczciwie powiedzieć, że narodziłem się ponownie. Choć kilka razy tak już się wydawało. A może się mylę, i ci, którzy nie przestaną mi przeszkadzać – specjalnie czynią mnie ślepym i bardziej krytycznym, bardziej auto-krytycznym? W tym złym sensie krytyczności, który nie mobilizuje, a obezwładnia.

Umrzeć nie wystarczy, trzeba się narodzić powtórnie.
(o Ponownych, Powtórnych, Drugich (itd.) Narodzinach pisałem na wcześniejszym blogu, prowadzonym w poprzednim roku).

[Kwestia linkowań: Emaila podawałem przynajmniej w kilku notkach, ale tak, że link krył się pod słowem, bez podawania treści linku (klasyczne podkreślenie czasem nie występuje), więc teraz na wszelki wypadek podam pełne adresy odniesień.
Tutaj – do wcześniejszego bloga (tag: ponowne narodziny): http://blog.cassiopaea.pl/tag/ponowne-narodziny/
A tutaj, przytoczenie całego emaila: poevision(małpa)poevision.com ]

Temat został podany mniej więcej takimi słowy: dlaczego Bóg dopuszcza by istnieli źli.

Temat nastręcza tak duże trudności w zakresie pojeciowym, językowym i logicznym (a merytorycznie aksjologicznym), że każde opracowanie poniżej kilkunastu tomów gęstym drukiem, musi być uznane za wyrywkowe i może być zaatakowane z każdej strony. Żeby poruszyć temat w jednym wpisie muszę z konieczności oprzeć się na wielkich uproszczeniach oraz ultraselektywnie przedstawić sprawę.

Temat rozszerzę (nieporadnie) do postaci językowej: dlaczego nie przeczy wyobrażeniu Źródła Całego Istnienia jako “promującemu” (celowe, wielkie uproszczenie, oczywiście) takie wartości jak “dobro”, sprawiedliwość, prawda etc. – fakt, że istnieją byty, których konsekwencje działania można określić jako “złe”.

Nie bede definiować użytych pojęć, odwołując się do wyczucia intelektualno – uczuciowego każdego człowieka.

Warto jednak zauważyć, że pojęcie dobra i pojęcia zła są od dawna uważane za mylące (nie tyle relatywne co kłopotliwe) i podejmowane były próby innych, lepiej “funkcjonujących” określeń.

Przykładowo, mówi się (np. w szkole i wiedzy, reprezentowanej przez “Kasjopeańśki Eksperyment” – Cassiopaea.Org), o istotach:

  • Służących Samemu Sobie (Service to Self), co niejako zastępuje pojęcie “powodujących zło” (negatywność, entropię, chaos, cierpienia i zabór energii innych istot)
  • Służących Innym (Service to Others), których konsekwencje “działań” nie powodują negatywnych skutków, lecz z reguły odwrotne (wzrost, uporządkowanie, kreacja, wsparcie, doładowanie energetyczne).

Polski portal Kasjopea był obfity w treści i materiały i znajduje siię tutaj: warto sprawdzić i porzerzyć te wiadomości z tego akurat źródła, do którego mam duże zaufanie, potwierdzone nie raz, na wiele sposobów (link oczywiście kryje się pod podkreśleniem, na wszelki wypadek dodaję literalnie: quantumfuture.net/pl/index.htm (otworzy się w nowej zakładce) ).

(…)

Zastanawiając się jakie wyrywkowe z konieczności przedstawienie tematu byłoby pożyteczne, doszedłem do wniosku, że studium filozoficznego podejścia do tematu jest dostępne szeroko w bibliotekach i Internecie.

Dlatego przedstawię w wielkim skrócie moje własne, prywatne podejście do tematu, w pewnej kolejności chronologicznej tj. jak temat traktowałem dawniej (będąc młodszy),
a jak później (będąc starszy, i co naturalne, bardziej doświadczony, co nie gwarantuje automatycznie oczywiście tego, że mądrzejszy).

W okresie przedszkolnym i wczesnoszkolnym (szkoła podstawowa), temat istnienia “zła”, “zło czyniących” w kontekście Boga, jego dobroci i miłości (miłosierdzia) a także sprawiedliwości (i wszechmocy, która też była przyjmowana często jako atrybut ducha doskonałego, jakim jawił się antropologizującym – mimo tego “spiritualizmu”, cały czas, teologom, Bóg) był pod wpływem (w domu liberalnego) wychowania chrześcijańskiego (standard jest wiadomy..) . Ostatniej cechy: wszechmocy Boga nie będę bronił: widać bowiem, że chyba Źródło samo zrezygnowało z absolutnej wszechmocy, wycofało się w tej prerogatywach, inaczej nie pozostawiłoby miejsca dla konsekwencji wolności istot stworzonych.
Kabalistyczna koncepcja “cimcum” – Boga wycofującego się, dającego “pole, przestrzeń” na swe Stworzenie – w pewnej mierze z tym koresponduje.

We wspomnianym wyżej okresie, kwestie te poznawałem raczej teoretycznie i biernie (także dosłownie w sensie interakcji z rówieśnikami) oraz w oparciu o pewną literaturę – byłem jeszcze zbyt młody, by wchodzić w najbardziej wymierne tutaj doświadczenia życiowe, które mogą zaowocować wnioskami a nawet nabyciem pewnej mądrości z zakresu psychologicznych relacji (i często cichej wojny, pod przybranymi maskami społecznymi; sam okazałem się sobie zadziwiająco odporny na potrzebę brylowania w tradycyjnym społecznym sensie). Dom rodzinny i opieka rodzicielska chronią ale też ograniczają doświadczenia. Sięgałem nastomiast wtedy jeszcze nie do pozycji naukowych, stricte filozoficznych czy teologicznych, lecz odnajdywałem interesujące mnie zagadniania w literaturze pięknej. Teologia i psychologia są w niej często o wiele żywsze, przystępniejsze i poparte od razu doświadczeniem bohaterów i zgrabnie ukazaną przygodą emocjonalną czy intelektualną. Były to różnego rodzaju pozycje z zakresu beletrystyki ale nie tylko; także pewne antyczne opracowania historyczne, dokumentalne, zbiory mitów, podań i tradycji, i tym podobnych. Ważną rolę odgrywały komiksy.
Mając ok. 10 lat słuchałem – czytanej w odcinkach w radiu powieści Gora Vidala “Stworzenie Świata” i bardzo mi się, zarówno styl autora jak i tematyka tam obecna, podobała. Cyrus, tytułowy perski poseł, ma okazje odwiedzać wielu “mędrców” czasów antycznych (czasy historyczne wybrane są akurat tak, że jest to okres pod tym względem najbogatszy może w historii nam lepiej znanej) i z każdym dysputować na tematy takie, jak istota stworzenia świata, ale także obowiązki moralne człowieka i temat zła, który, jeśli nie pojawia się pierwszoplanowo, jest jednak zawsze niejako genetycznie obecny we wszystkich tych podstawowych rozważaniach.
Książkę czyta się lekko i szybko i myślę, że mogę ją polecić Każdemu.
Był pewien problem z dostępnością na rynku, a swój ostatni egzemplarz podarowałem.
Widzę jednak teraz, że pojawiło się chyba jakieś nowe wydanie (byle bez cenzury),
a i starsze wydania są dostępne w cenach zachęcających czyli 10 zł i poniżej.

Co ciekawe, elementy Zoroastrianizmu zostały wykorzystane wiele lat później, jako pewna symboliczna odpowiedź dla mnie – gdy pytałem, dlaczego rozmiar wolności dla Negacji Istnienia i jej przedstawicieli jest tak koszmarnie duży (nie mogłem się z tym pogodzić). To temat na ciekawy odrębny wpis, ciekawie też ilustrowany.

okładka starszego wydania książki – G. Vidal
Tylna okladka, chyba następnego wydania, sensacyjne lekko omówienie na tyłówce 4 strony okładki akcentuje zbytnio ciekawostki sensacyjne, erotyczne czy miltarne.

Stosunkowo wcześnie, jeszcze w okresie szkolnym, temat zaczął mnie interesować wprost jako zagadnienie teodycei.

Prywatnie teodyceę nazywałem “próbami rozgrzeszania Dobrego Boga z faktu,
że istnieje Zło”.

Jako jedno z pierwszych i podstawowych wyjaśnień przyjmował, niezbyt oryginalnie, że Bóg g dał człowiekowi (i innym świadomym istotom stworzonym – czego świadomość już jest oryginalniejsza i przyszła później) wolność. Skutkiem czego korzystają oni (i one) z tej wolności także powodując zło. Najprościej ujmując.
Sama jednak tematyka wolności wikła się w różne mniej lub bardziej zauważalne problemy.

Ograniczę się tutaj do 2 dopowiedzi:

1) a propos istot świadomych – wydaje się, że o wolności , w potocznym rozumieniu, można mówić tylko w przypadku istot nie tylko świadomych ale i rozumnych (a więc nie w przypadku zwierząt, którymi kierują instynkty); w szczególności o wolności można mówić w przypadku istot trójmózgowych (terminologia wprowadzona przez G. Gurdżijewa), tj. dysponujących trzema elementami składowymi swej “istoty”:
– intelektualną (umysłową)
– uczuciową
– fizyczno-cielesną (motoryczną, instynktową) [uproszczenie wielkiego rzędu]

2) a propos samej “wolności” różnych bytów- jak się wydaje, przynajmniej w przypadku gatunku i populacji ludzkiej, wolność ta jest w dużej mierze iluzoryczna i przynależy tylko niektórym osobnikom, w realnym tego słowa znaczeniu; i tutaj zauważyć można następujący schemat, że im bardziej ktoś dopuszcza się czynów służących sobie (patrz wyżej), “złych”, tym bardziej traci wolność, popada w swego rodzaju uzależnienie. Nie powiemy tak raczej o osobnikach “przyzwyczajonych” do działania “w służbie innym” (a jednocześnie sobie, wg prawa, że “kto daje innym, daje sobie”): “uzależniony od kłamstwa” nie zgrzyta nam w uszach, jest obiegowe, powiedzenie jednak “uzależniony od prawdomówności” wydaje się niezdrowe, nawet na wyczucie językowe, prawda?
Wydaje się więc, że jeden sposób postępowania sprzyja zdobyciu realnej wolności (powiększaniu jej zakresu), a drugi nie sprzyja, wolność zabiera.
Są to oczywiście wielkie uproszczenia.

Stosunkowo wcześnie dostrzegłem także , że zło przyczynia się do dobra, w tym sensie że istnienie zła daje sposobność do czynienia dobra.

Trudno jednak powiedzieć by wszelkie “zło” można było uzasadnić albo wolnością bytów stworzonych albo potrzebą “kontrastu” dla dobra. Choćby kwestia sił wyższych sprowadzanych przez przyrodę czy też kwestia zapadalności na choroby – to proste obserwacje nie mędrca a jeszcze dziecka.

Zamiast wikłać się w szczegóły tego tematu mogę polecić pozycję książkową (z setek podobnych, ale tę “testowałem osobiście” i podejście autora zaliczyć można do bardziej rzetelnych i uczciwych, o co w tematyce dotyczącej i “Boga” i “zła”, paradoksalnie, niełatwo): John L. Mackie “Cud Teizmu. Argumenty za istnieniem Boga i przeciw istnieniu Boga.”

Pozycja dostępna dość szeroko, używane egz. w cenach ok. 5 – 15 zł.

Stosunkowo nie tak dawno zaakceptowałem fakt, że wolność nadana przez Boga (bytom świadomym, rozumnym) jest tak nieograniczona, że wcześniej wydawałoby mi się to niemożliwe/nieakceptowalne. Przykładowo: byty “służące samym sobie” (“złe”) mogą wywoływać zdarzenia, które normalnie przypisujemy siłom wyższym (siłom Natury), mogą też wpływać na występowania chorób, a także na takie fakty, jak przyjście na świat z deformacją/brakami intelektualnymi lub fizycznymi. Widzimy, jak na trudnym intelektualnie i empatycznie gruncie stawia nas wiedza, że coś takiego jest możliwe i że coś takiego się dzieje, na Ziemi, ludziom, tu i teraz oraz od dawien dawna.
Z tego, co dowiedziałem się w 2016 roku, w pewnym zakresie byty “złe” mogą też manipulować duszami innych bytów (co wydawało mi się wcześniej zbyt hardcorowe i zarezerwowane wyłącznie dla Źródła istnienia – to jest źródła danej duszy/dusz).

Pisząc “dowiedziałem się” nie mam na myśli tego, że “o czymś sobie przeczytałem”, a nawet, że coś wywnioskowałem z doświadczeń życiowych, lecz mam na myśli wiedzę, która została przekazana mi bezpośrednio (a stała się żywa w oparciu o doświadczenie różnego rodzaju) i wiedząc, że brzmi to zagadkowo i podejrzanie, zastrzegam, że wyjaśnienia już się pojawiały, choć często pomiędzy wierszami, i będą pojawiać się jeszcze, stopniowo, po trosze i w różnych aspektach, a podstawowa część wyjaśnień ujrzy światło publiczne w 2020.

Powyższe manipulacje należy w zasadzie odróżnić od sytuacji, gdy “negatywne uwarunkowania” typu chorobowego, zdarzeniowego itp. – mają miejsce w życiu (są przewidziane w doświadczeniu, na określonym etapie) danej osoby z przyczyn karmicznych. Są to wtedy konsekwencje własnych działań takiej istoty (a także działań, zaniechań lub konsensusów, ściągających pewne konsekwencje na większe grupy – także to zagadnienie jest niesłychanie kontrowersyjne i trudne do przyjęcia, jeśli nie otrzymało się na ten temat bardziej bezpośredniej wiedzy). Przykładem takich, bardziej generalnych i grupowych konsekwencji jest Upadek Człowieka (jako rodzaju, tutaj), który zdarzył się w czasach Pradawnych i do dziś powoduje – można powiedzieć – coraz gorszy stan ogólny (np wg schematu degradacji: Złoty – Srebrny – Brązowy – Żelazny wiek), upadek z którego w obecnym okresie Ludzie mają szansę się wydostać.
Będę o tym pisał oczywiście jeszcze nie raz, stopniowo coraz dokładniej.

Trudno jednoznacznie mówić o “źle”, jeśli rozumie się prawo karmy i zasadę jego działania (choć wydaje się prosta, może być jednak różnie rozumiana i często nie jest rozumiana właściwie). W tym kontekście, jeśli z prawa karmy wynika to, że spotyka nas “zło” ale wywołane działaniem innej jednostki, to można tutaj mówić, że jednostka ta, co do siebie, popada w negatywność, my sami jednak, doświadczeni takim złem, jeśli rozpoznamy, iż jest to skutek karmiczny (nawet bez świadomości czy akceptacji prawa karmy – w oparciu o intuicje i wyczucie tego, co egoistyczne z naszej strony), powinniśmy uwolnić się od “negatywnej” reakcji na to doświadczenie. W istocie otwiera się tutaj możliwość – poprzez zauważenie, że dana osoba, czyniąc nam “zło” przyczynia się jednak do naszej ewolucji (choćby wypełniając naszą karmę, czyli ją w jakimś zakresie niwelując) – do czegoś, co nazywa się “miłością naszych nieprzyjaciół”.

Jak mi osobiście się wydaje, potraktowanie takiego “wroga/nieprzyjaciela” raczej jako “nieświadomego nauczyciela”, zaakceptowanie faktu bez zatrzymywania w sobie negatywnych emocji, umiejętności “wybaczenia” (bezwarunkowo, bez żadnych starań ze strony winowajcy ani zastrzeżeń z własnej strony), przy czym: skoncentrowanie się na nauce, jaką dana sytuacja, zdarzenie itp. mogą mieć na przyszłość dla nas, jest trudnym, ale najkorzystniejszym dla nas rodzajem reakcji.
Oczywiście nie znaczy to, że należy uprawiać jakiś “masochizm” i celowo wystawiać się czy prowokować negatywne doznania. Jest tutaj niebezpieczeństwo dostrzegane tak przez psychologię jak ezoterykę, i konieczna jest rozwaga (przezorność), i umiejętność odróżnienia. W szczególności, z osobnikami takimi, “nieświadomymi nauczycielami’ należy szukać asertywnego ograniczenia lub zerwania (jeśli to możliwe) kontaktu.
NIe da się obronić twierdzenia, powtarzanego czasem w różnych religiach, że cierpienie i “doznawanie zła” jest dobre, bo nas rozwija, czyni szlachetniejszym i już – i dlatego, należy cierpieć, dobrze jest cierpieć, czy rytualizować cierpienie na różne sposoby (co przecież było tak częste w historii).
Taki stosunek do rzeczy stanowi już wynaturzenie i tego rodzaju “cierpiętnictwo” ściąga samą cierpiącą osobę w negatywność, pozbawia ją energii, zamiast wzmacniać i trudno dopatrzeć się w tym jakichkolwiek pozytywów.
I słowa te nie odnoszą się do jakichś dawniejszych religii ofiarnych, przynajmniej nie tylko – odnoszą się jak najbardziej choćby (a może przede wszystkim!) do chrześcijaństwa, które zostało od źródeł i niemal od czasu powstania – zatrute. Choćby symbolicznie.

(…)

Następna dygresja i refleksja – kwestia SZKOŁY

Dlaczego Źródło (Bóg) nie czyni istot powołanych do wolności od razu doskonałymi czy bardziej doskonałymi, tj. “wybierającymi zawsze lub przeważnie “pozytywny” schemat “postępowania”, bardziej świadomymi, itd. itp.?

Poza oczywistą – nieoczywistą odpowiedzią, że przeczyłoby to de facto przydanej wolności, wydaje mi się, że fakt, iż – choćby ludzie – są z zasady, od chwili narodzin, projektem “niekompletnym”, “niedokończonym” i dopiero mają możliwość ewolucji (czy też stania się “człowiekiem” w węższym, bardziej ezoterycznym rozumieniu) w pozytywnym kierunku (lub regresji w negatywnym) – wynika z tego, że świat (a przede wszystkim, jak widzimy, świat materialny, gdzie dusza jest związana z materią i doświadcza materii) jest wielką szkołą,

W szczególności można powiedzieć, że takie “niedokończenie” bytów nie jest jakąś Bożą złośliwością (lub przeoczeniem czy fuszerką, na temat której układa się dowcipy – nie czyni też tego świata najgorszym ze swiatów – jak chciał i miał do tego swoje powody, choćby Schopenhauer i wielu innych wybitnych i dużo odczuwających myślicieli). Kwestia hierarchii doskonalenia się bytów, metafor i teorii zbliżonych do neoplatonizmu, gradacji promienia istnienia, “wygasania” wibracji, kabalistycznego “rozbicia naczyń” jest tutaj bardziej złożona i pewne podstawy kosmologiczne wydaje się posiadać.

Z powodów “psychologiczno-dydaktycznych” nauka określonych “umiejętności” kluczowych dla wysoko świadomej istoty, musi odbywać się od stanu pewnej “surowości” – po prostu inna nauka nie byłaby tak naprawdę nauką, a całość zamieniałaby się w projekt, który – w pośredni sposób, zmusza stworzone istnienia do “miłości” Boga – czego Źródło oczywiście nie chciało .

Kto z nas chciałby zmuszać do miłości?



Źródło dało w prawach Świata – Stworzeniom wolność w absolutnym rozmiarze (stąd przydanie tak absolutnego wymiaru wolności i możliwości jeśli chodzi o działania bytów na drodze “zła”).

Inaczej mówiąc “kochać trzeba się nauczyć” (dobrowolnie, oczywiście) – niemożliwe jest stworzenie “od razu” istoty, która “umie kochać”, gdyż tego rodzaju umiejętności rodzą się tylko poprzez zdobywanie doświadczenia istnieniowego, w szczególności poprzez kontakt z innymi istotami.

Gdyby były wszczepione – byłyby automatyzmami. Niewolą (choćby instynktu). A jednak kiedyś właśnie automatyzmy (“automatyzm namiętności”) wydawały mi się warte poszukiwania i ocalenia jako typowe dla “stanów zakochania”, którym magii odmówić nie sposób (i które współczesna nauka analizuje od strony biochemicznej). Napisałem na ten temat, 10 lat temu, niedokończoną książkę (“Dialektyka związków miłosnych”), która, jak wiele niedokończonych rzeczy z przeszłości, po latach okazuje się materiałem, który miałem wykorzystać w całości już innej, przerobione (a wcześniej przeżytej) gdy nadejdzie właściwy Czas.


Są to oczywiście wielkie uproszczenia.
Wiele osób może zauważyć, że pomijam tak zasadnicze, filozoficzne (i nie tylko) ujęcia czy też aspekty tematu, jak kwestia dualizmu w ogóle. Tak, pomijam, pisząc prosto od siebie, wybiórczo, z przyczyn poruszonych na wstępie – w tej chwili przynajmniej, może także dlatego, że teraz jeszcze nie mam pomysłu na omówienie tego rodzaju aspektów w sposób wystarczająco syntetyczny, skrótowy.

Także stosunkowo niedawno, trafiły do mnie bardziej generalne potwierdzenia, dotyczące tego, że “zło” istnieje także w sposób konieczny dla “ruchu” i “ewolucji” jednostek już na drodze pozytywnej. Okazało się, że potoczna oberwacja, iż życie, które jest całkowicie spokojne, zadawalające, w którym brakuje przeciwności wszelkiego rodzaju, popada w gnuśność i zastój, jest bardziej uniwersalnie prawdziwa.

Bardziej ogólnie, w teoriach kosmogonicznych (dotyczących powstania, genezy Wszechświata), w tym porusząjących aspekty czysto fizyczne, zauważa się, że gdyby Świat stworzony byłby światem absolutnie doskonałym, byłby niejako światem martwym (pozbawionym ruchu, zmienności, typowej dla Życia).
Obrazowo i trochę pseudonaukowo można tutaj przywołać: różnicę potencjałów (plus, minus), która powoduje przepływ prądu elektrycznego.
Tak więc konieczność istnienia “negatywności” (cienia, ciemności, “zła”, rezultatów zachowań bytów świadomych) itd.) może być postrzegana jako bardziej podstawowa dla możliwości zaistnienia ŻYCIA i EWOLUCJI DUSZ w ogóle, jako celowego zakłócenia idealnej harmonii Stworzenia), przewidzianego przez Źródło, i koniecznego dla pozytywnej ewolucji elementów i bytów. A także, z pewnych względów dotyczących samego “Źródła” i podstawowych praw związanych z jego istotą.

Z różnych omówien tematu, wśród ezoterycznych, najbardziej reprezentatywne wydaje mi się omówienie tego tematu w dość nowej pozycji (2012, ebook późniejszy) – która mi samemu umożliwiła lepsze zrozumienie wielu teorii i pojęć wprowadzanych przez G. Gurdżijewa oraz ukazała nowe konsekwencje takiego rozumienia. Książka może wydawać się trudna, ale zaręczam, że moja znajomość języka angielskiego jest bardzo elementarna, a oczytanie wśród zarówno pozycji z zakresu hermeneutyki jak ezoteryki spektulatywnej (choć może bardziej jednak empirycznej – wszak wiedza Gurdżijewa brała się głównie z doświadczeń na ludziach) – mizerne. A jednak ksiażka wciąga i inspiruje, zasadnicze treści zrozumiałem lepiej, niż były one prezentowane bardziej z pierwszej ręki, czyli przede wszystkim w samych pismach G. Gurdżijewa.
Kosmologia i kosmogonia Gurdżijewa może wydawać się prymitywna, ale teogonia, nieodłącznie z nią związana już taka nie jest – z wszystkich znanych mi podejść i wyobrażeń na pewno warta jest uwagi.
Sam Gurdżijew pewne rzeczy celowo (a częśc może i niecelowo) plątał i komplikował
a nawet w ogóle nie przedstawił – dlatego wskazuje pozycję, która udanie te supełki stara się rozwiązywać i najistotniejsze braki uzupełnia w sposób nadzwyczaj iluminujący.

Książka ta jest autorstwa Mohammada Tamdgidi , pod tutułem:
Gurdjieff and Hypnosis: A Hermeneutic Study“, czyli po polsku: “Gurdżijew i Hipnoza. Studium hermeneutyczne”, (dostępna tylko w jęz. angielskim)

Choć pozycja ta jest zaawansowanym omówieniem, to jednak pewne kwestie, nie dość jasne u samego Gurdżijewa a także u jego wcześniejszych popularyzatorów (jak choćby P. D. Uspieńskiego) zostały tutaj ukazone i wyjaśnione przejrzyściej i lepiej,
i dotyczy to także zagadnień, które wprost łączą się z tematem, który tutaj rozważamy.
Fragmenty tych rozważań będę zapewne omawiał – być może na blogu, a być może jeszcze gdzie indziej, w następnym, 2020 roku.

(..)

Na koniec kilka luźniejszych dygresji w temacie.

Już Arystoteles stwierdzał, że “dobro jest celem wszelkiego działania” (o ile pamiętam w dziele napisanym dla syna Nikomacha). Można rozumieć to tak, że zasadniczo każdy działający będzie postrzegał swoje działanie jako zmierzające do czegoś, co nazywa dobrem, czy dobrym.
Wydaje mi się i chyba można to obserwować, że stosunkowo mały odsetek ludzi “chce czynić zło świadomie” (i złem, to co czyni i jakie skutki – świadomie – wywołuje, nazywa to przed samym sobą).
Są to głównie psychopaci, ludzie całkowicie pozbawieni empatii, sumienia etc.
Ale nawet psychopatom – to, jakie konsekwencje – dla innych – wywołują – bywa częściej po prostu raczej obojętne. Dążą do zaspokojenia swoich instynktów bez względu na to, jakim kosztem się to odbywa i dla nich samych jest to “dobre”, przyjemne, podniecające.
O wiele częściej można “stać się złym” w taki sposób, że stopniowo dochodzi do coraz większego zakłamania samego siebie, do coraz większego “rozszerzenia”/uelastycznienia czyjegoś sumienia.

Kwestia jest dość znana i omawiana na różnym tle (choćby w doktrynie chrześcijańskiej i kościele – tym polskim, katolickim, teoretycznie – co o tyle tragikomiczne, że de facto jakby w zupełnej opozycji do tego, co przedstawiciele tego kościoła sami czynią, choćby w wymiarze publicznie reprezentowanym, i co przecież wszyscy ludzie, którzy mają choćby jedno oko – widzą).

Kwestia brnięcia w błąd, w określoną drogę życiową, na której, poszczególne czyny i zaniedbania kumulują się i sprawiają, że coraz trudniej zmienić kierunek (i siebie zmienić), wycofać się jest znaną wiedzą i nader typową sytuacją życiową. Psycholodzy wiedzą, że człowiek robi często wszystko, by tylko nie musieć przemyśleć czegoś podstawowego od nowa, zweryfikować swojej postawy, a im dalej poszliśmy w kierunku samookłamań i zaniedbań tym trudniej nie tylko zawrócić, co nawet skorygować kierunek, więc najczęściej jest coraz gorzej.

Ze wszystkich kłamstw zatem – najszkodliwsze jest okłamywanie samego siebie.

[Tutaj poprawiłem – przykładowo – literówkę – “najszodliwsze”, która przypomniała mi, że kiedyś projekt filmowy nazwałem “szod”, od hebrajskiego słowa, oznaczającego “spustoszenie”, “nieszczącą moc potęgi” (a słowo to zmienia się, i odwrotnie, w słowo “Pan – Wszechmogący” (Szaddaj) po dodaniu malutkiej hebrajskiej literki “jod”.]. Zatem: albo wszechmoc albo wolność?

Nie tylko dla innych, ale także dla tego, kto sam się okłamuje, kto jest wewnętrznie zakłamany.

Poza wszystkim tym, co już zostało powiedziane – sprawia to, że taka osoba nie wie, kim tak naprawdę jest, nie widzi samej siebie.
Nie wiedząc zaś, kim jest – nie może się zmienić.
Tymczasem wszelka ewolucja człowieka jest związana z jego głęboką zmianą, inaczej czeka nas tylko regresja. Jest to widoczne nader wyraźnie w obecnej dobie.

Dlatego Izaak Syryjczyk pisał: ” Kto ma możliwość zobaczenia samego siebie, jakim naprawdę jest, szczęśliwszy jest niźliby widział anioły”.

15 lipca 2016

.

NCnNC – odc. 18 (+ Mały Satanista)

Misją Jezusa było przywrócenie, wzmocnienie, ukazanie tej drogi i praktyczne jej nauczanie, a także, ubocznie, ustanowienie pewnej kultury intelektualnej, na pewien określony okres historii i rozwoju ludzkiej cywilizacji.

Na temat tego okresu czasu Jezus zapytywał samego siebie, czy przy jego końcu: „będzie jeszcze można odnaleźć na Ziemi prawdziwą wiarę”?

Czy gdy przyjdzie (powtórnie) Syn Człowieczy -odnajdzie jeszcze wiarę na Ziemi? [Ewangelia Łukasza 18,1]
Takie słowa wypowiedziane przez Chrystusa świadczą, że wątpił on, czy wiara przetrwa.

Tutaj, choć głowa dalej słabo pracuję, napiszę kilka słów ode mnie. Pisałem już o tym zresztą nie raz. Chodzi o wiarę.
Wiara, można powiedzieć, to dwuznaczna sprawa.
Bardzo często przynosi (przynosiła w historii) więcej szkody, niż pożytku. Gdy wiara wyłącza myślenie – to bardzo źle!
Gdy wiara jednak dodaje nam sił i motywacji, by zgodnie z tym, co przemyśleliśmy i zgodnie z obiektywnym poznaniem świata, ludzi i stanu rzeczy – czynić – to wtedy, mogę powiedzieć, dobra to wiara!

Gdy filmowy “Chrystus” Stalker w filmie Tarkowskiego, pod sam koniec filmu, narzeka na tych towarzyszy, których oprowadzał po Zonie, narzeka: “Oni w NIC nie wierzą!”, płaczliwie to mówi, żona uspokaja go i kładzie do łóżka.

plakat do filmu

Jest w Stalkerze kilka scen i kilka wypowiadanych przez aktorów tekstów, które warte są przypomnienia i komentarza.. Zaplanowałem sobie omówienie ich (choćby: muzyki, która tajemniczo oddziałuje na ludzkie uczucia, postaci Samego Stalkera, tego, co to znaczy, że tam “spełniało się to najbardziej sekretne ludzkie życzenie”, wiersza napisanego przez tego, który został nagle obrzydliwie bogaty, zakończenia, (skargi) żony, motywu córki ..) w jednym z pierwszych odcinków moich klipów, warsztatów, prezentacji wideo, w formie wizualnej, może na YouTube, bo na Vimeo to przecież poza samymi twórcami, to kto zagląda?
No ale kiedy ja to zrobię? Ciągle to przesuwam, wszystko ciągle się przesuwa, tak nie może być, trzeba wszystko, co zaczęte pokończyć i to jeszcze – koniecznie – przed końcem roku!

łóżko Stalkera i jego żony, w łóżku córka
Stalker nie zawsze sypia w łóżku

No więc – wiara się przydaje, ale wiedza jest lepsza. I prawdziwa wiedza się nie wyradza – tak niebezpiecznie jak wiara, że może owocować zbrodnią.
A jak wiadomo – liczą się owoce!

..

Tak więc Jezus miał połączyć to, co ludzkie z tym co boskie, w nim samym, i w ten sposób, już w makroskali, przywrócić łączność pomiędzy niebem a ziemią, dla wszystkich ludzi. Musiał zmierzyć się z wszelkimi trudnościami związanymi z wewnętrzną ewolucją człowieka w nim samym, tak by człowiek mógł nawiązać kontakt
i stać się podmiotem także tego, co boskie. Musiał przejść przez wszystkie stadia tej ewolucji w sobie samym, poprzez próby i błędy, zanim stał się doskonały;
o niekończących się wewnętrznych próbach, zwodzeniach i pokusach z tym związanych, mamy tylko kilka, fragmentarycznych wyobrażeń, ledwo mgnień.

[Nie pisałem ja o moich pokusach, zwodzeniach i próbach, tutaj? Ni mgnienia nie dałem? No to dam! Tak właśnie pomyślałem, że to przecież świetnie się .. ogląda, czyta, to się świetnie sprzedaje, oglądanie, czytanie o cudzych perypetiach? – prawda?
Ale tylko wtedy, gdy nie jest to zwierzanie się z cierpień, gdy nie jest to narzekanie. Bo po to co komu?
O tego rodzaju rzeczach należy pisać dowcipnie i pouczająco! To jeżeli tak – to tylko wtedy gdy na formę odpowiednio mądrą i odpowiednio dowcipną wpadnę – to wtedy zamieszczę. Może nawet będzie to więcej niż jedno mgnienie, jesieni. ]

I wszystko to miało miejsce w długim okresie, o którym mamy tylko pośrednie, znikome wiadomości, niektóre wynikają z końcowej fazy jego nauczania, jak wiemy wszyscy, przerwanego nagle i tragicznie ukrzyżowaniem [jak to jest przedstawione w powszechnie znanych nam ewangeliach – podkreślam: Marat Dakunin. A pisałem już, że co do faktów z życia, w tym ukrzyżowania – to ewangelie są manipulacją, nie ma w nich Prawdy!]

Tylko kilka detali wiemy o wcześniejszym okresie, ponad trzydziestu latach życia Jezusa. Na temat tego okresu Jezus i ewangelie generalnie milczą.

Są różne new-ageowe (czy inne, jak to nazwać, to mniej istotne) przekazy, na temat tego, co w tych latach nieznanych się działo. M.in. jakieś historie, że był w Tybecie, że uczył się w buddyjskim klasztorze itd. (hinduizm bardzo lubi przytulać obcych "bogów" - odwrotnie do "ekskluzywnych" i zazdrosnych religii zachodu; a co do buddyzmu - to w zasadzie jest przecież ateizmem, więc też może przytulić "obcego" - trochę inaczej..). 
Wszystkie takie historie - nagle odnalezione czy nam w przestrzeni nowych publikacji (5 Ewangelia itd. ?) papierowych czy internetowych, podane, nic wspólnego z faktami i Prawdą nie mają. Tak twierdzi źródło Kasjopejańskie.
I ja mu wierzę..
(Zabawnie to wierzę tutaj zabrzmiało, w kontekście powyższych wynurzeń na temat wiary, prawda? No cóż, nie można wiedzieć i zweryfikować wszystkiego, nie można wszystkiego w szczegółach poznać tak, by mieć czysto rozumowe przekonanie. Ale wiara - taka jak ta tutaj, moja, powinna mieć jednak inne podstawy niż jakieś "przeczucie" czy "zaufanie autorytetowi" (który daną sprawę poddaje do wierzenia - często nie dopuszczając sprzeciwu, często nie przewidując możliwości zadania jakichś pytań, a jeśli to tylko pytań potwierdzających, wygodnych dla już ogłosznej treści "do wierzenia", czyli pytań tendencyjnych, bo zawierających w sobie czy narzucających pewną istotną treść odpowiedzi). Wiara - podobnie jak indukcja (wnioskowanie od szczegółu do ogółu), by być dopuszczalną (bardziej), zyskać jakąś prawomocność, powinna być oparta na różnych dodatkowych przesłankach. Na przykład na koherencji - mam na myśli to, że co prawda, nie mamy bezpośredniego dowodu na coś, ale za tym, że to coś ma się tak, a nie inaczej, przemawia wiele innych faktów i rzeczy, które już bardziej mamy udowodnione, po prostu się z nimi "klei", do ogółu pasuje - a nie jest z tym wszystkim, co już zebraliśmy i wiemy na bardziej udokumentowanej podstawie, sprzeczne.
[Nie wiem czy dobrze robię, pozwalając sobie tutaj na szersze "od siebie" uwagi - bo cały czas bardzo jestem rozkojarzony i bardzo ogłupiały].


Nie wiemy gdzie mógł pobierać nauki podczas całego tego okresu ani od kogo mógł otrzymać wskazania dotyczące swojej misji i wypełnienia finalnego dramatu, w którym musiał odegrać główną rolę. Zapowiedź tego wszystkiego została ogłoszona przez Jana Chrzciciela, który jednak nie znał wcześniej Chrystusa, a także można ją odnaleźć w licznych symbolicznych wydarzeniach, opisanych w ewangeliach, jak choćby przy okazji przemiany wody w wino, poprzez słowa, które Jezus skierował do swojej matki: „Mój czas jeszcze nie nadszedł” (Jezus zwrócił się wtedy do Marii – „kobieto”, a nie „matko”).

Jednak i tak, niektórzy religijni ludzie, wyobrażają sobie, że Nauczyciel został ukrzyżowany z powodu Piłata (i / lub Żydów) – tak po prostu, niejako koleją pewnego przypadku.

Takie stanowisko jest oczywiście absurdalne. Jezus musiał odegrać zaplanowaną rolę, która została mu wcześniej przypisana. Zostało to zaplanowane, zaaranżowane.

Widać to jeszcze lepiej na przykładzie roli, którą musiał odegrać Judasz. Nie tylko misja Chrystusa została wcześniej dokładnie przygotowana. Także przecież apostołowie nie byli po prostu przypadkowo dobranymi ludźmi – nie zostali wybrani przypadkowo, ale też nie narodzili się i nie wzrastali przypadkiem, to wszystko było częścią zaplanowanej misji.

[Wg mnie powyższe słowa zawierają w sobie zarówna Prawdę jak i nieprawdę. Co – jest czym i dlaczego, to powinno wynikać ze wszystkiego, co tutaj piszę. Ale jeszcze o tym konkretniej napiszę (napisałem, też, ale nie wskazałem tam tego). Tak to jest bowiem, że pewne rzeczy – choć od początku są widome, kojarzy się i WIDZI – stają się później dopiero WIADOME – (widzi, że oznaczają TO COŚ – i rozumie to) dopiero PO FAKCIE – gdy coś się stanie już tak widome, że nierzadko: spada na głowę!
I o tym też napiszę! – bo to bardzo ważne i pouczające!]

jest to fragment nieba, jak to u mnie standardowo..

Teraz: w najwcześniejszych nawiązaniach do okresu dojrzewania Chrystusa, jest powiedziane, że „wzrastał w mądrości i postawie (rozwadze moralnej)”.
Jezus rozwijał się etapami.

U Łukasza jest powiedziane „Dziecię wzrastało i przepełniało..w łasce” (Łukasz, 2, 52).
Łukasz, który nigdy nie widział i nie poznał Jezusa, także odnotowuje jego pierwsze słowa, gdy został znaleziony w Świątyni w wieku lat dwunastu przez jego ojca i matkę, po poszukiwaniach trwających 3 dni
[te 3 dni, naśladujące 3 dni związane ze Zmartwychwstaniem, także tutaj wyrażają pewną całość, kompletność etapów, w tym wypadku etapu dojrzewania].

Jego matka miała powiedzieć: „Synu, dlaczego nas tak traktujesz? Czy wiesz, że z ojcem poszukiwaliśmy cię zatroskani?”.
Na co Jezusa miał odpowiedzieć: „Czyż nie wiedzieliście, że jestem w domu mego Ojca”?
Odnotujemy, że uwidacznia się tutaj różnica między „ojcem na ziemi” a
„Ojcem w Niebie” – to jest różnica pomiędzy pierwszymi, ziemskimi narodzinami
i wyższymi, Drugimi Narodzinami, które to są, jak powiedzieliśmy, centralnym przedmiotem nauczania Chrystusa.

Nawet w wieku 12 lat, ci, którzy słuchali go w Świątyni byli zdumieni jego rozumieniem spraw bożych (Pisma, Tory) i mądrością odpowiedzi.

I tutaj napiszmy coś, co warto wiedzieć: w swojej autobiografii, Józef Flawiusz, historyk żydowski utrzymywany suto przez Flawiuszy, tak – ten – jeden z tak bardzo nielicznych historyków starożytnych, którzy wspominają w ogóle o kimś takim jak Jezus Chrystus (pozostali to: Swetoniusz, Tacyt.. i ..) i cokolwiek na temat wydarzeń odnotowanych w ewangeliach, pisze, że on sam to (Józef, Flawiusz – nazwany tak od swych mecenasów
i sponsorów) – tak bystry był, że mając 14 lat – biegle rozprawiał z uczonymi w piśmie.
Co nam to mówi? Czyżby to przypadek, koincydencja?

Maurice Nicoll kończy ten ustęp:
Tak więc, idea, że Jezus wzrastał, rozwijał się wewnętrznie, jest dość wyraźna. I powinno być także dość jasne, że musiał minąć stosunkowo długi okres czasu, by jego rozwój stał się pełny i aby osiągnąć taką doskonałość, nazywaną w ewangeliach chwilą jego wywyższenia.

Tutaj kończę parafrazę tego fragmentu z “New Man” Maurice’a Nicoll’a.

Światło w konarach drzew rysuje czasem obrazki. Co tutaj widzimy? Czy coś związanego z wiarą? Po lewej, kiedyś, wydało mi się, że to Madonna z dzieciątkiem. Po prawej – Chrystus w koronie cierniowej – na kolanach (spętany łańcuchami). Ale też mi się zdało, kiedyś, że ta korona cierniowa to jak ufo trochę wygląda.. A jak inaczej spojrzeć to wcale nie Chrystus ale coś innego – i głowa gdzie indziej. Co widzicie na tych obrazkach, jeśli coś widzicie? Jak myślicie, jakie jest ich źródło?

Obrazek można zobaczyć większy, wygodniej, klikając powyżej myszki prawym klawiszem i: otwórz grafikę w nowej karcie (itp., w zależności od przeglądarki internetowej)

Co widzicie na tych obrazkach, jeśli coś widzicie?

Jak myślicie, jakie jest ich źródło?

Po namyśle postanowiłem tego wpisu tak nie kończyć, ale dodać jeszcze – obrazki – oraz kilka zdań wyjaśnień (choć ryzykuję, bo w nie najlepszej jestem dalej formie intelektualnej).

ten obrazek dodaję dla siebie, dla chwili jasności umysłu

No więc, cały przekaz ewangeliczny, a co za tym idzie, całe dzieło objaśniania przypowieści ewangelicznych – jednak jest – jak widać, nieodłącznie w kontekście ewangelicznych kolei życia, w tym tzw. ukrzyżowania. Ukrzyżowania miały miejsce: była to stosowana wtedy przedśmiertna tortura. Narzędzie egzekucji: tortury kończące się śmiercią. Natomiast jeśli chodzi o “ukrzyżowanie Syna Bożego” i jego eschatologiczny, teologiczny, filozoficzny sens – to muszę jasno napisać, że taki sens nie istnieje. Przedstawianie tak wydarzeń to kłamstwo. Bardzo szkodliwe, psychologicznie, na różnych poziomach, bardzo złe owoce dające, co widzimy z historii.
Sens to ma – ta cała historia – ale raczej taki, jaki w erystyce mają najbardziej odwracające kota ogonem (sofistyczne – ktoś by powiedział) argumenty!
(erystyka różni się od dialektyki tym, że w erystyce dozwolone są wszelkie metody by wygrać spór – nie chodzi bowiem o Prawdę – ale o zwycięstwo w sporze).
Inaczej: jest to dzieło przewrotnej inteligencji stworzone i podane – do wierzenia, bo jak się szerzej w obszarze “wiedzy” rozejrzeć to nijak przemawiających za tym argumentów czy dowodów historycznych nie można znaleźć, a jeśli już – to sprokurowane lub sfałszowane! I inteligencja tego pomysłu jest doprawdy diabelsko celna!

Niniejsza fotografia jest podkolorowana przeze mnie. To jest jeden wyjątek – i go zaznaczam. Żadnych kształtów na fotografiach tutaj prezentowanych nigdy nie zmieniam, nic nie dodaję, nie wymazuję, nie poprawiam. Tutaj także żadne kształty, formy, tworzone przez chmury – nie zostały zmienione! Zastosowałem tylko filtr gradacyjny, który częściowo podkolorował miejscowo (na czerwono itd.). Może to zresztą niedobrze, że podkolorowałem. Następnym razem dostarczę oryginał i może omówię dodatkowo.

Jak tutaj wyżej stwierdza mocnymi słowy Maurice Nicoll – Jezus musiał przejść cały proces doskonalenia.
Skoro “nawet On”, to oczywiście i każdy z nas. Był w moim życiu taki okres, w którym – tak mi się wydawało wtedy, intelektualnie dla mnie satysfakcjonująco wypracowałem sobie odpowiednie sensy teologiczne i filozoficzne – dotyczące ofiary “Syna Boga” – ukrzyżowania. W dużej mierze na zasadzie “absolutnego stania się człowiekiem do końca – w sensie także największego cierpienia, właściwego dla człowieka” oraz rodzaju “rozgrzeszenia / pokuty Boga (Boga Ojca)”.
Jest dla mnie – nadal – kwestią wielkiego zadziwienia – że można na poważnie porządkować sobie myślowo pewne “fakty”, które się zasłyszało – od dzieciństwa –
i w które się “jakoś wierzy” – tak, że wydają się intelektualnie zadowalająco uzasadnione.
Jest pewnym paradoksem, że koleje losu (koleje blogowego pisania) spowodowały,
że o tak istotnej kwestii – wypadło mi pisać – w tak kiepskim, auto-diagnostycznie, stanie umysłu. Może jednak tak powinno być? Czy masz szukać uzasadnień dla “nie zrobienia”? – chyba nie byłoby to właściwie.
Ale na tym – wyżej – szczupłym wyjaśnieniu – pozostanę.

Może tylko dodam jedno, prywatne, intymne, wspomnienie.
Zadziwiające wręcz, jak różne ważkie sprawy z dzieciństwa (z okresu od kiedy się pamięta, ok. 4 lat w moim wypadku) zacierają się nam w pamięci. Gdy jakoś sobie o tych kwestiach przypomnimy – okazuje się, że (!) odpowiadają one na nasze obecne, dorosłe (bardziej dojrzałe, czy może lepiej: zadane przez bardziej doświadczone socjalizowane – choć ja jestem coś jakby pustelnikiem od ok. 8 lat – “ja”) pytania, zwykle poprawnie. Podsuwają nam właściwe rozwiązania. W moim wypadku, mogę powiedzieć: zgadzają się, harmonizują, z tym – co spotykam, jako daną informację – będąc już “dorosły”.

symbol całodobowej apteki

No więc, byłem ostatnio z Mamą na pięknej wycieczce (udało mi się ją zaplanować i zorganizować tak, że chyba mama rzeczywiście ma teraz dobre wspomnienia). Był czas na kilka rozmów, tak jak dorośli rozmawiają między sobą. Bardzo rzadko, czasem do końca życia, jest okazja, by dzieci mogły w ten sposób porozmawiać ze swoimi rodzicami. I tym razem, pośród różnych tematów i wspomnień (niektóre dotyczyły młodości mamy i okresu “przed poznaniem Taty” – taka tematyka chyba jest szczególnie rzadka w rozmowach między rodzicielami a potomkami) mama przypomniała mi, jaki byłem nieznośny, niewychowany, w okresie gdy pierwszy raz miałem chodzić na zajęcia z religii.
Był to okres ok. 6 roku życia. 7 lat – to już pierwsza klasa szkoły podstawowej i przygotowanie do I Komunii Świętej.
Pamiętam salkę przy plebanii (parafia św. Mateusza), do której dzieci chodziły na religię – szkoła była nieopodal (nie chodziłem do przedszkola, ale do “Zerówki” już chodziłem).
Mama opowiedziała mi jak bardzo narzekała na mnie babcia, mówiąc rodzicom, Mamie, jaki jestem “nieznośny” i “niewychowany” – gdy chciała mnie zaprowadzić na lekcję religii. Ponoć przy tej okazji opowiadałem jakieś koszmarne głupoty, od których włos się jeżył Babci na głowie, a oczy przygodnych ludzi to słyszących (sióstr zakonnych, księdza, czy innych rodziców odprowadzających dzieci do salki katechetycznej) stawały w słup. Coś że “to kłamstwo”, “ksionc kłamie!”, że “pluję na krzyż, wcale nie święty!’ i tym podobne.
I skąd coś takiego w 6-latku. Poddanym przecież wychowaniu. Babcię ogarnęła – przy kilku takich występach – taka zgroza, że od tej pory, Mama, choć rano miała obowiązkowy dojazd do pracy (zootechnicznego zakładu doświadczalnego) długi i bardzo uciążliwy, to jednak musiała mnie odstawiać na te lekcje religii. Babcia tego – absolutnie przeżywać nie chciała.

Mama (daleko w tle) na Pilsku – krzyże na górze Pilsko nieopodal Korbielowa, rok 2017
tutaj można zobaczyć większe i powiększać sobie lupką https://www.flickr.com/photos/maratphdakunin/37382563476/
niebo i chmury
Jerozolima 2019, Droga Krzyżowa w Jerozolimie: za odpowiednią opłatę pielgrzymi mogą dostać (z jakiegoś biznesu który takie krzyże trzyma i wypożycza) duży krzyż do poniesienia – ale jeden, więc wszyscy chcą nieść – i tak idzie się lżej…hm…
Jerozolima, styczeń 2019 – ten pan jednak dostał swój osobisty krzyż, widać musiał swoje zabulić..

W “Alfa Omega” (film fabularny z akcją surrealistyczno – symboliczną, reż. Marat Dakunin, Polska 2007) też jest nawiązanie (i teraz zdaję sobie sprawę, że to była raczej, w sferze “zaakceptowanego stanu rzeczy” – prekognicja. Choć zależy w którą stronę patrzeć, bo jeśli w stronę dziecięcą – to raczej – późnawa reperkusja..).

Natomiast w prawie arcydziele filmowym Alejandro Jodorowsky’ego “Święta Góra” (1973 r.) jest cały symboliczny, błyskotliwie prowadzony i takoż zilustrowany scenograficznie, wątek..

kadry z filmu “Święta Góra” (Holly Mountain) w reż. Alejandro Jodorowsky’ego.

Nowy Człowiek na Nowe Czasy – odc. 16 – Czy ewangelie to Prawda?

Zamieszczam okładkę, pierwszą stronę wstępu i pierwszą stronę rozdziału biografii ucznia Gurdżijewa, Maurice’a Nicoll’a (aut. Samuel Copley)

Maurice Nicoll miał specjalny szacunek do ewangelii i włożył wielki wkład w ukazanie ich prawdziwego, wewnętrznego, ezoteryczno – psychologicznego znaczenia.

Chciałbym tutaj podkreślić jeszcze raz, że nie zajmuję się wiarą, nie zajmuję się religią, kontynuując tutaj cykl “Nowy Człowiek na Nowe Czasy” prezentuję parafrazę dzieła Maurice’a Nicoll’a “Nowy Człowiek”, z moim, często obfitym, komentarzem.

Mój komentarz oraz pewne dopowiedzenia (unikam natomiast oczywistych zmian, które wykrzywiłyby lub przekłamały tekst oryginału) mają na celu odciążyć prezentowane treści ze znaczeń religijnych i odwołań do dogmatów czy też faktów (choćby z życia Jezusa), które przyjęło się przez wiele wieków uważać za Prawdziwe.

Choć może powinienem doprecyzować, bo słowo “odciążyć” w odniesieniu do oryginalnego opracowania Nicoll’a jest niesprawiedliwe. Nie o to chodzi, że jego rozumieniu i jego wyjaśnieniom psychologii i znaczeń ewangelicznych można coś zarzucić, chodzi o to, że – czytelnik może naturalnie iść w kierunku swoich dogmatycznych i faktograficznych skojarzeń. Jest też jeszcze jedna kwestia: Nicoll mianowicie – gdy pisał to co pisał, nie dysponował jednak pewną wiedzą, opartą na nowszych badaniach naukowych i innych, dotyczącą historiografii biblijnej ale i dotyczącą innych, zweryfikowanych pozytywnie przekazów. Gdyby dysponował, zapewne wtedy sam, pewne kwestie odpowiednio by zaakcentował.
Ponieważ jest – jak jest – staram się czynić to ja – w parafrazie – a czynię to tylko i wyłącznie ze względu na Prawdę i Dobro Czytelnika.
Brzmi to bardzo zagadkowo, za co przepraszam, ale temat jest bardzo poważny

i jednak obszerny – podjęty zostanie w przyszłości, gdy przyjdzie na to pora i miejsce.

Wg mojej wiedzy – prawdziwe one nie są, a całe ewangelie są kompilacją,
i to kompilacją nie tylko ze złą wolą modyfikowaną i redagowaną, ale nawet ze złą wolą, manipulacyjną, stworzoną.
Pisałem o tym tutaj na tym blogu, niekiedy jednak nie wprost, w metaforycznej i literackiej formie – na przykład tutaj – pisząc o LEWICIE.

Niemniej, techniki manipulacji od dawna pozostają podobne i Prawdę (w różnym procencie i zagęszczeniu) łączy się z kłamstwem.

Ewangelie, choć, z tego co wiem, co do życia i faktów z życia Jezusa i innych faktów tam podawanych, są zmyśleniem i wzorują się na różnych innych dawnych historiach, hagiografiach i mitach, to jednak – posiadają tą znaczną część Prawdy Odwiecznej, by mogły oddziaływać duchowo i przemawiać do człowieka, do ludzi – od wieków.

Ta Prawdziwa część to przede wszystkim przypowieści i parabole ewangeliczne, które mieszczą niedającą się przecenić i zawsze (szczególnie teraz, w obecnych Czasach!) aktualną wiedzę o psychologii człowieka i jego duchowym i moralnym rozwoju.

Jednak manipulacje i zakłamania winne są w znacznej mierze (i symbolicznie) temu, jak przemawiają i dlaczego całe chrześcijaństwo od ponad 1500 lat wygląda jak jedna wielka parodia tego, co zostało naprawdę przekazane, szczególnie w sferze etycznej.

Żal Mateusza Lewity

Wstęp 1

1 Ewangelie to późne dokumenty, z II wieku „naszej ery”.

2 Już nawet nie o to chodzi, że redagowane, tłumaczone,

3 przycinane, zmieniane i manipulowane.

4 Skłamane. Czasem w dobrych intencjach, czasem w złych.

5 Choć lepiej powiedzieć: czasem bez złych intencji.

6 Niby opisują fakty, które działy się.. sto lat wcześniej.

7 W II wieku pisanie różnych hagiografii

8 było rodzajem popularnej konwencji.

9 Reputacja Józefa Flawiusza, głównego świadczącego

10 o historycznym Jezusie,

11 jako historyka, jest fatalna.

12 Z terenu Izraela i Syrii nie mamy innych dokładniejszych źródeł.

13 Banalna prowincja,

14 co to kogo interesowało, Swetoniusza?

15 Józef Flawiusz taki mądry był, taki bystry, że już w wieku 14 lat (!),

16 nadstawcie uszu,

17 dyskutował w Świątyni z Uczonymi w Piśmie.

18 Tak zaświadcza w swojej autobiografii.

19 Cudnie, nieprawdaż?

20 Albrecht Dürer to ładnie namalował.

21

22 Malarze znani są z tego, że pięknie malują rzeczy, które nie istnieją.

23 A może nigdy nie istniały?

24 Malarze znani są z tego, że czasem malują rzeczy, które nie istnieją.

25 Tylko się zdawały.

26 A może dopiero mają zaistnieć?

27 Artyści są znani z tego, że marzą. Znani są z wyobraźni.

28 Ale, oprócz rąk umysłu, używają serca, więc może coś widzą lepiej?

29 Bez czczej fantazji, na ostrzu jaźni, w źrenicy.

30

cyt. Franiszek z Asyżu, grafika William Blake, dot. fot. i kolaż Marat Dakunin

31 Chrystus był jeszcze mądrzejszy niż Józef Flawiusz.

32 Z ewangelii wiemy, że dyskutował w Świątyni z Uczonymi w Piśmie

33 w wieku lat 12 (!!).

34 Śpiewnie. ..

35 Ekhm.. ***

36 Flawiusze..

37 Pierwszy z nich, Wespazjan był dobrym cesarzem.

38 Niskiego pochodzenia ród sięgnął pryncypatu. Parweniusze..

39 Wespazjan za młodu trudnił się handlem mułami,

40 co byłoby nie do pomyślenia dla patrycjusza

41(co wzbudza do niego we mnie sympatię).

42 Plebejusze objęli Cesarstwo.

43 Koniolub Grubas pisał, że Imperium wcale się nie rozpadło.

44 Tytus za młodu fałszował dokumenty państwowe.

45 Niezbyt to dobry prognostyk, jak dla przyszłego władcy.

46 Tytus spalił Żydom świątynię. Zły ten Tytus

47 Ekhm.

48 JHWH . ***

49 Ale Domicjan to był już psychopata.

50 Zabijał rylcem pszczoły.

51 Brata Tytusa może otruł może nie, nie moje czasy.

52 Niemniej sprawa rogata.

53 Jak widać coś się tutaj psuje z biegiem czasu.

54 I Hezjod zaświadcza także: Złoty Wiek,

55 Później Srebrny, Brązowy czy Miedziany

56 I najgorszy Żelazny.

57 Coś tu cyklicznie kuka. Jakaś Buka. ***

58 I wtedy Bóg rzekł: 59 Kłamcy i manipulanci.

60 Zafałszowali, zepsuli.

61 A ludzie dali się zwieść.

62 Zostali zwiedzeni.

63 Trzeba to jakoś naprawić.

64 Zrobimy im dowcip.

65 I nawet te fakty, niektóre, które zmyślili, nakłamali

66 i nazwali ewangelią – uczynimy przepowiednią. . .

67 Żeby oddzielić ziarno od plew.

68 Na polach i w winnicach pana pracy dużo,

69 a robotników niewielu.

70 Smutek mnie jakowyś ogarnia,

71 Nostalgia. Mam zmienne nastroje.

72 Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.

73 Ale nie jest jakoś strasznie trudno.

74 Tylko Żal aż ściska gardło.

75

Pewna czarownica z Poznania mi to wysłała i twierdzi, że to Ya.
76

77

15 lipca 2016 AD, przed 6 rano, okno 2 pokoju

1977-