Zło

Czas jest cykliczny, Wszechświat pulsuje (w najdłuższym z Cykli) jak serce, Natura rodzi się, obumiera (i zużywa, traci żywotność, tak, że od czasu do czasu musi nadejść święty ogień i wypalić miejsce, by mogło narodzić się nowe życie
INRI Ignis Natura Renovatur Integra ).

Okres tej jesieni można by nazwać wyjątkowo niekorzystnym i przypominającym najczarniejsze (niedawno wpadłem na Sol Niger, później wiele niż Nigredo) , gdyby jakikolwiek okres można byłoby tak nazwać. Tymczasem w takich trudniejszych czasach rodzi się zwykle najlepsza nauka, doświadczenia; jak inaczej można pokonać słabości, bez ich wpierw głębszego zakosztowania? Poznanie tego, co trzeba zmienić, poprawić – przed próbą zmiany, poprawy, wydaje się logiczne..
Trzeba to umieć zauważyć i wykorzystać.
Alchemicy mawiali – Nigredo, Otchłań, Czarne Noce Duszy, czasem czarne lata (ich powroty, ułamkowe, jako czarne miesiące, czarne pełnie, czarne noce) – to okres okrutny i powolny. Ale właśnie w nich rodzi się (wszelkie porody bywają trudne) Rozwiązanie, w nim zaczyna się praca.
Pewne znaki wskazują jednak, że być może to ostatnia taka (może będą inne, trudne – inaczej?) reminiscencja nocy (kilkuletniej) – jak burza przed tęczą, zima przed wiosną
(a jednak zima będzie (!) lepsza niż jesień!) .. jak nagłe polepszenie stanu chorego przed śmiercią.. Nie, to ostatnie nie pasuje (a może chodzi o śmierć niedoskonałej osobowości).
Jak widać, skoro nagłe polepszenie poprzedza finalne załamanie, to może nagłe pogorszenie poprzedza finalne (w sensie: trwałe w progresie, idące już stale – strzałką
w górę) powstanie.

Tekst może być chaotyczny i dziurawy, mogłem nie zauważyć, że pewne partie są oderwane lub, mimo zastrzegania zwięzłości, powtarzają się lekko. Niech już jednak taki zostanie opublikowany – bo nigdy się to nie stanie, a trzeba przełamać impas. Nie będę tu wracał, poprawiał, kasował coś czy dodawał w nieskończoność, zajmę się nowymi wpisami (tylko jeśli chodzi o ten blog, poza tym: otchłań innej pracy, nawet tylko internetowej, oraz – pisanie, nawet jeśli nie idzie – trzeba – większych całości, których nie należy pokazywać wcześniej niż ukończone).
Jednak zauważone dziś (18.12) literówki, poprawiam (i dziś też, 29. 12). Bywa – że literówka wskazuje na dodatkowe znaczenie, że nie pojawia się zupełnie przypadkowo i wyłącznie szkodzi tekstowi; tu jednak jest ich za dużo i mogą utrudniać rozumienie tekstu.

Większe partie wpisu napisałem pod koniec listopada (stukając na telefonie), ale nie opublikowałem.
Wpis na temat zasygnalizowany przez Komentatora Batona postanowiłem napisać na telefonie, a to z tego powodu, że temat skłania do wodolejstwa i powtarzania rzeczy dawno powiedzianych, co uważam za zbędne, o czym już wspomniałem. Pisanie na telefonie ma zmobilizować mnie do pewnej zwiezłości.
Świat jest przegadany i przepełniony zbędną mową, pustymi tekstami, powtarzanymi półprawdami, banałami (które, same w sobie, nie są złe, są nawet święte, ale dość pasywnie: czym bowiem jest tzw. banał czy „truizm”: jest to zwykle twierdzenie oczywiście prawdziwe, bardzo proste, i z tym właśnie problem praktyczny, bo tak proste, że zarazem tak trudne by się do niego jakoś zastosować, by je „wykonać”, że ludzie pogardliwie nazywają je banałami, zamiast odważyć się z nimi zmierzyć. Tak najkrócej często się rzecz przedstawia).
99,9% Internetu wypełnione jest bzdurami i nonsensami, na każdy temat, także na tematy najważniejsze.
Jak już jednak Komentator zaproponował tak trudne (bo tak podstawowe i tak ogólne) zagadnienie, to, żeby wpis miał jakikolwiek pożyteczny sens, musi być jakoś oryginalny. Banałów trochę zawierać musi, nie ma rady, bo muszę (chcę) pisać Prawdę, ale chciałem się też postarać, by napisać jak najwięcej rzeczy osobistych, z życia, samodzielnie przemyślanych czy przeżytych, jakoś indywidualnie sprawdzonych. Wtedy może być to pożyteczne.
No cóż, w innym komentarzu Baton nawet wspomina, że piszę tu zbyt osobiście. Pisze nawet, co bardzo ciekawe (że tak pisze i że akurat takiego sformułowania używa, i nie jest to przypadkowe), że:


“.. Wiele wpisów jest bardzo osobistych i może to wywołuje lęk przed komentarzami bo to jakby pisanie listu do jednej osoby a czyta je milony.. to w sumie dość popularna forma ale po śmierci autorów . Ja tego lęku nie mam więc jeszcze coś tu sobie popiszę za przyzwoleniem gospodarza. “

Co mogę na to powiedzieć?
Tak jest, bo ja już umarłem, 8 lat temu i mam to za sobą.
Coś jednak sprawia, że do tej pory nie bardzo mogę uczciwie powiedzieć, że narodziłem się ponownie. Choć kilka razy tak już się wydawało. A może się mylę, i ci, którzy nie przestaną mi przeszkadzać – specjalnie czynią mnie ślepym i bardziej krytycznym, bardziej auto-krytycznym? W tym złym sensie krytyczności, który nie mobilizuje, a obezwładnia.

Umrzeć nie wystarczy, trzeba się narodzić powtórnie.
(o Ponownych, Powtórnych, Drugich (itd.) Narodzinach pisałem na wcześniejszym blogu, prowadzonym w poprzednim roku).

[Kwestia linkowań: Emaila podawałem przynajmniej w kilku notkach, ale tak, że link krył się pod słowem, bez podawania treści linku (klasyczne podkreślenie czasem nie występuje), więc teraz na wszelki wypadek podam pełne adresy odniesień.
Tutaj – do wcześniejszego bloga (tag: ponowne narodziny): http://blog.cassiopaea.pl/tag/ponowne-narodziny/
A tutaj, przytoczenie całego emaila: poevision(małpa)poevision.com ]

Temat został podany mniej więcej takimi słowy: dlaczego Bóg dopuszcza by istnieli źli.

Temat nastręcza tak duże trudności w zakresie pojeciowym, językowym i logicznym (a merytorycznie aksjologicznym), że każde opracowanie poniżej kilkunastu tomów gęstym drukiem, musi być uznane za wyrywkowe i może być zaatakowane z każdej strony. Żeby poruszyć temat w jednym wpisie muszę z konieczności oprzeć się na wielkich uproszczeniach oraz ultraselektywnie przedstawić sprawę.

Temat rozszerzę (nieporadnie) do postaci językowej: dlaczego nie przeczy wyobrażeniu Źródła Całego Istnienia jako “promującemu” (celowe, wielkie uproszczenie, oczywiście) takie wartości jak “dobro”, sprawiedliwość, prawda etc. – fakt, że istnieją byty, których konsekwencje działania można określić jako “złe”.

Nie bede definiować użytych pojęć, odwołując się do wyczucia intelektualno – uczuciowego każdego człowieka.

Warto jednak zauważyć, że pojęcie dobra i pojęcia zła są od dawna uważane za mylące (nie tyle relatywne co kłopotliwe) i podejmowane były próby innych, lepiej “funkcjonujących” określeń.

Przykładowo, mówi się (np. w szkole i wiedzy, reprezentowanej przez “Kasjopeańśki Eksperyment” – Cassiopaea.Org), o istotach:

  • Służących Samemu Sobie (Service to Self), co niejako zastępuje pojęcie “powodujących zło” (negatywność, entropię, chaos, cierpienia i zabór energii innych istot)
  • Służących Innym (Service to Others), których konsekwencje “działań” nie powodują negatywnych skutków, lecz z reguły odwrotne (wzrost, uporządkowanie, kreacja, wsparcie, doładowanie energetyczne).

Polski portal Kasjopea był obfity w treści i materiały i znajduje siię tutaj: warto sprawdzić i porzerzyć te wiadomości z tego akurat źródła, do którego mam duże zaufanie, potwierdzone nie raz, na wiele sposobów (link oczywiście kryje się pod podkreśleniem, na wszelki wypadek dodaję literalnie: quantumfuture.net/pl/index.htm (otworzy się w nowej zakładce) ).

(…)

Zastanawiając się jakie wyrywkowe z konieczności przedstawienie tematu byłoby pożyteczne, doszedłem do wniosku, że studium filozoficznego podejścia do tematu jest dostępne szeroko w bibliotekach i Internecie.

Dlatego przedstawię w wielkim skrócie moje własne, prywatne podejście do tematu, w pewnej kolejności chronologicznej tj. jak temat traktowałem dawniej (będąc młodszy),
a jak później (będąc starszy, i co naturalne, bardziej doświadczony, co nie gwarantuje automatycznie oczywiście tego, że mądrzejszy).

W okresie przedszkolnym i wczesnoszkolnym (szkoła podstawowa), temat istnienia “zła”, “zło czyniących” w kontekście Boga, jego dobroci i miłości (miłosierdzia) a także sprawiedliwości (i wszechmocy, która też była przyjmowana często jako atrybut ducha doskonałego, jakim jawił się antropologizującym – mimo tego “spiritualizmu”, cały czas, teologom, Bóg) był pod wpływem (w domu liberalnego) wychowania chrześcijańskiego (standard jest wiadomy..) . Ostatniej cechy: wszechmocy Boga nie będę bronił: widać bowiem, że chyba Źródło samo zrezygnowało z absolutnej wszechmocy, wycofało się w tej prerogatywach, inaczej nie pozostawiłoby miejsca dla konsekwencji wolności istot stworzonych.
Kabalistyczna koncepcja “cimcum” – Boga wycofującego się, dającego “pole, przestrzeń” na swe Stworzenie – w pewnej mierze z tym koresponduje.

We wspomnianym wyżej okresie, kwestie te poznawałem raczej teoretycznie i biernie (także dosłownie w sensie interakcji z rówieśnikami) oraz w oparciu o pewną literaturę – byłem jeszcze zbyt młody, by wchodzić w najbardziej wymierne tutaj doświadczenia życiowe, które mogą zaowocować wnioskami a nawet nabyciem pewnej mądrości z zakresu psychologicznych relacji (i często cichej wojny, pod przybranymi maskami społecznymi; sam okazałem się sobie zadziwiająco odporny na potrzebę brylowania w tradycyjnym społecznym sensie). Dom rodzinny i opieka rodzicielska chronią ale też ograniczają doświadczenia. Sięgałem nastomiast wtedy jeszcze nie do pozycji naukowych, stricte filozoficznych czy teologicznych, lecz odnajdywałem interesujące mnie zagadniania w literaturze pięknej. Teologia i psychologia są w niej często o wiele żywsze, przystępniejsze i poparte od razu doświadczeniem bohaterów i zgrabnie ukazaną przygodą emocjonalną czy intelektualną. Były to różnego rodzaju pozycje z zakresu beletrystyki ale nie tylko; także pewne antyczne opracowania historyczne, dokumentalne, zbiory mitów, podań i tradycji, i tym podobnych. Ważną rolę odgrywały komiksy.
Mając ok. 10 lat słuchałem – czytanej w odcinkach w radiu powieści Gora Vidala “Stworzenie Świata” i bardzo mi się, zarówno styl autora jak i tematyka tam obecna, podobała. Cyrus, tytułowy perski poseł, ma okazje odwiedzać wielu “mędrców” czasów antycznych (czasy historyczne wybrane są akurat tak, że jest to okres pod tym względem najbogatszy może w historii nam lepiej znanej) i z każdym dysputować na tematy takie, jak istota stworzenia świata, ale także obowiązki moralne człowieka i temat zła, który, jeśli nie pojawia się pierwszoplanowo, jest jednak zawsze niejako genetycznie obecny we wszystkich tych podstawowych rozważaniach.
Książkę czyta się lekko i szybko i myślę, że mogę ją polecić Każdemu.
Był pewien problem z dostępnością na rynku, a swój ostatni egzemplarz podarowałem.
Widzę jednak teraz, że pojawiło się chyba jakieś nowe wydanie (byle bez cenzury),
a i starsze wydania są dostępne w cenach zachęcających czyli 10 zł i poniżej.

Co ciekawe, elementy Zoroastrianizmu zostały wykorzystane wiele lat później, jako pewna symboliczna odpowiedź dla mnie – gdy pytałem, dlaczego rozmiar wolności dla Negacji Istnienia i jej przedstawicieli jest tak koszmarnie duży (nie mogłem się z tym pogodzić). To temat na ciekawy odrębny wpis, ciekawie też ilustrowany.

okładka starszego wydania książki – G. Vidal
Tylna okladka, chyba następnego wydania, sensacyjne lekko omówienie na tyłówce 4 strony okładki akcentuje zbytnio ciekawostki sensacyjne, erotyczne czy miltarne.

Stosunkowo wcześnie, jeszcze w okresie szkolnym, temat zaczął mnie interesować wprost jako zagadnienie teodycei.

Prywatnie teodyceę nazywałem “próbami rozgrzeszania Dobrego Boga z faktu,
że istnieje Zło”.

Jako jedno z pierwszych i podstawowych wyjaśnień przyjmował, niezbyt oryginalnie, że Bóg g dał człowiekowi (i innym świadomym istotom stworzonym – czego świadomość już jest oryginalniejsza i przyszła później) wolność. Skutkiem czego korzystają oni (i one) z tej wolności także powodując zło. Najprościej ujmując.
Sama jednak tematyka wolności wikła się w różne mniej lub bardziej zauważalne problemy.

Ograniczę się tutaj do 2 dopowiedzi:

1) a propos istot świadomych – wydaje się, że o wolności , w potocznym rozumieniu, można mówić tylko w przypadku istot nie tylko świadomych ale i rozumnych (a więc nie w przypadku zwierząt, którymi kierują instynkty); w szczególności o wolności można mówić w przypadku istot trójmózgowych (terminologia wprowadzona przez G. Gurdżijewa), tj. dysponujących trzema elementami składowymi swej “istoty”:
– intelektualną (umysłową)
– uczuciową
– fizyczno-cielesną (motoryczną, instynktową) [uproszczenie wielkiego rzędu]

2) a propos samej “wolności” różnych bytów- jak się wydaje, przynajmniej w przypadku gatunku i populacji ludzkiej, wolność ta jest w dużej mierze iluzoryczna i przynależy tylko niektórym osobnikom, w realnym tego słowa znaczeniu; i tutaj zauważyć można następujący schemat, że im bardziej ktoś dopuszcza się czynów służących sobie (patrz wyżej), “złych”, tym bardziej traci wolność, popada w swego rodzaju uzależnienie. Nie powiemy tak raczej o osobnikach “przyzwyczajonych” do działania “w służbie innym” (a jednocześnie sobie, wg prawa, że “kto daje innym, daje sobie”): “uzależniony od kłamstwa” nie zgrzyta nam w uszach, jest obiegowe, powiedzenie jednak “uzależniony od prawdomówności” wydaje się niezdrowe, nawet na wyczucie językowe, prawda?
Wydaje się więc, że jeden sposób postępowania sprzyja zdobyciu realnej wolności (powiększaniu jej zakresu), a drugi nie sprzyja, wolność zabiera.
Są to oczywiście wielkie uproszczenia.

Stosunkowo wcześnie dostrzegłem także , że zło przyczynia się do dobra, w tym sensie że istnienie zła daje sposobność do czynienia dobra.

Trudno jednak powiedzieć by wszelkie “zło” można było uzasadnić albo wolnością bytów stworzonych albo potrzebą “kontrastu” dla dobra. Choćby kwestia sił wyższych sprowadzanych przez przyrodę czy też kwestia zapadalności na choroby – to proste obserwacje nie mędrca a jeszcze dziecka.

Zamiast wikłać się w szczegóły tego tematu mogę polecić pozycję książkową (z setek podobnych, ale tę “testowałem osobiście” i podejście autora zaliczyć można do bardziej rzetelnych i uczciwych, o co w tematyce dotyczącej i “Boga” i “zła”, paradoksalnie, niełatwo): John L. Mackie “Cud Teizmu. Argumenty za istnieniem Boga i przeciw istnieniu Boga.”

Pozycja dostępna dość szeroko, używane egz. w cenach ok. 5 – 15 zł.

Stosunkowo nie tak dawno zaakceptowałem fakt, że wolność nadana przez Boga (bytom świadomym, rozumnym) jest tak nieograniczona, że wcześniej wydawałoby mi się to niemożliwe/nieakceptowalne. Przykładowo: byty “służące samym sobie” (“złe”) mogą wywoływać zdarzenia, które normalnie przypisujemy siłom wyższym (siłom Natury), mogą też wpływać na występowania chorób, a także na takie fakty, jak przyjście na świat z deformacją/brakami intelektualnymi lub fizycznymi. Widzimy, jak na trudnym intelektualnie i empatycznie gruncie stawia nas wiedza, że coś takiego jest możliwe i że coś takiego się dzieje, na Ziemi, ludziom, tu i teraz oraz od dawien dawna.
Z tego, co dowiedziałem się w 2016 roku, w pewnym zakresie byty “złe” mogą też manipulować duszami innych bytów (co wydawało mi się wcześniej zbyt hardcorowe i zarezerwowane wyłącznie dla Źródła istnienia – to jest źródła danej duszy/dusz).

Pisząc “dowiedziałem się” nie mam na myśli tego, że “o czymś sobie przeczytałem”, a nawet, że coś wywnioskowałem z doświadczeń życiowych, lecz mam na myśli wiedzę, która została przekazana mi bezpośrednio (a stała się żywa w oparciu o doświadczenie różnego rodzaju) i wiedząc, że brzmi to zagadkowo i podejrzanie, zastrzegam, że wyjaśnienia już się pojawiały, choć często pomiędzy wierszami, i będą pojawiać się jeszcze, stopniowo, po trosze i w różnych aspektach, a podstawowa część wyjaśnień ujrzy światło publiczne w 2020.

Powyższe manipulacje należy w zasadzie odróżnić od sytuacji, gdy “negatywne uwarunkowania” typu chorobowego, zdarzeniowego itp. – mają miejsce w życiu (są przewidziane w doświadczeniu, na określonym etapie) danej osoby z przyczyn karmicznych. Są to wtedy konsekwencje własnych działań takiej istoty (a także działań, zaniechań lub konsensusów, ściągających pewne konsekwencje na większe grupy – także to zagadnienie jest niesłychanie kontrowersyjne i trudne do przyjęcia, jeśli nie otrzymało się na ten temat bardziej bezpośredniej wiedzy). Przykładem takich, bardziej generalnych i grupowych konsekwencji jest Upadek Człowieka (jako rodzaju, tutaj), który zdarzył się w czasach Pradawnych i do dziś powoduje – można powiedzieć – coraz gorszy stan ogólny (np wg schematu degradacji: Złoty – Srebrny – Brązowy – Żelazny wiek), upadek z którego w obecnym okresie Ludzie mają szansę się wydostać.
Będę o tym pisał oczywiście jeszcze nie raz, stopniowo coraz dokładniej.

Trudno jednoznacznie mówić o “źle”, jeśli rozumie się prawo karmy i zasadę jego działania (choć wydaje się prosta, może być jednak różnie rozumiana i często nie jest rozumiana właściwie). W tym kontekście, jeśli z prawa karmy wynika to, że spotyka nas “zło” ale wywołane działaniem innej jednostki, to można tutaj mówić, że jednostka ta, co do siebie, popada w negatywność, my sami jednak, doświadczeni takim złem, jeśli rozpoznamy, iż jest to skutek karmiczny (nawet bez świadomości czy akceptacji prawa karmy – w oparciu o intuicje i wyczucie tego, co egoistyczne z naszej strony), powinniśmy uwolnić się od “negatywnej” reakcji na to doświadczenie. W istocie otwiera się tutaj możliwość – poprzez zauważenie, że dana osoba, czyniąc nam “zło” przyczynia się jednak do naszej ewolucji (choćby wypełniając naszą karmę, czyli ją w jakimś zakresie niwelując) – do czegoś, co nazywa się “miłością naszych nieprzyjaciół”.

Jak mi osobiście się wydaje, potraktowanie takiego “wroga/nieprzyjaciela” raczej jako “nieświadomego nauczyciela”, zaakceptowanie faktu bez zatrzymywania w sobie negatywnych emocji, umiejętności “wybaczenia” (bezwarunkowo, bez żadnych starań ze strony winowajcy ani zastrzeżeń z własnej strony), przy czym: skoncentrowanie się na nauce, jaką dana sytuacja, zdarzenie itp. mogą mieć na przyszłość dla nas, jest trudnym, ale najkorzystniejszym dla nas rodzajem reakcji.
Oczywiście nie znaczy to, że należy uprawiać jakiś “masochizm” i celowo wystawiać się czy prowokować negatywne doznania. Jest tutaj niebezpieczeństwo dostrzegane tak przez psychologię jak ezoterykę, i konieczna jest rozwaga (przezorność), i umiejętność odróżnienia. W szczególności, z osobnikami takimi, “nieświadomymi nauczycielami’ należy szukać asertywnego ograniczenia lub zerwania (jeśli to możliwe) kontaktu.
NIe da się obronić twierdzenia, powtarzanego czasem w różnych religiach, że cierpienie i “doznawanie zła” jest dobre, bo nas rozwija, czyni szlachetniejszym i już – i dlatego, należy cierpieć, dobrze jest cierpieć, czy rytualizować cierpienie na różne sposoby (co przecież było tak częste w historii).
Taki stosunek do rzeczy stanowi już wynaturzenie i tego rodzaju “cierpiętnictwo” ściąga samą cierpiącą osobę w negatywność, pozbawia ją energii, zamiast wzmacniać i trudno dopatrzeć się w tym jakichkolwiek pozytywów.
I słowa te nie odnoszą się do jakichś dawniejszych religii ofiarnych, przynajmniej nie tylko – odnoszą się jak najbardziej choćby (a może przede wszystkim!) do chrześcijaństwa, które zostało od źródeł i niemal od czasu powstania – zatrute. Choćby symbolicznie.

(…)

Następna dygresja i refleksja – kwestia SZKOŁY

Dlaczego Źródło (Bóg) nie czyni istot powołanych do wolności od razu doskonałymi czy bardziej doskonałymi, tj. “wybierającymi zawsze lub przeważnie “pozytywny” schemat “postępowania”, bardziej świadomymi, itd. itp.?

Poza oczywistą – nieoczywistą odpowiedzią, że przeczyłoby to de facto przydanej wolności, wydaje mi się, że fakt, iż – choćby ludzie – są z zasady, od chwili narodzin, projektem “niekompletnym”, “niedokończonym” i dopiero mają możliwość ewolucji (czy też stania się “człowiekiem” w węższym, bardziej ezoterycznym rozumieniu) w pozytywnym kierunku (lub regresji w negatywnym) – wynika z tego, że świat (a przede wszystkim, jak widzimy, świat materialny, gdzie dusza jest związana z materią i doświadcza materii) jest wielką szkołą,

W szczególności można powiedzieć, że takie “niedokończenie” bytów nie jest jakąś Bożą złośliwością (lub przeoczeniem czy fuszerką, na temat której układa się dowcipy – nie czyni też tego świata najgorszym ze swiatów – jak chciał i miał do tego swoje powody, choćby Schopenhauer i wielu innych wybitnych i dużo odczuwających myślicieli). Kwestia hierarchii doskonalenia się bytów, metafor i teorii zbliżonych do neoplatonizmu, gradacji promienia istnienia, “wygasania” wibracji, kabalistycznego “rozbicia naczyń” jest tutaj bardziej złożona i pewne podstawy kosmologiczne wydaje się posiadać.

Z powodów “psychologiczno-dydaktycznych” nauka określonych “umiejętności” kluczowych dla wysoko świadomej istoty, musi odbywać się od stanu pewnej “surowości” – po prostu inna nauka nie byłaby tak naprawdę nauką, a całość zamieniałaby się w projekt, który – w pośredni sposób, zmusza stworzone istnienia do “miłości” Boga – czego Źródło oczywiście nie chciało .

Kto z nas chciałby zmuszać do miłości?



Źródło dało w prawach Świata – Stworzeniom wolność w absolutnym rozmiarze (stąd przydanie tak absolutnego wymiaru wolności i możliwości jeśli chodzi o działania bytów na drodze “zła”).

Inaczej mówiąc “kochać trzeba się nauczyć” (dobrowolnie, oczywiście) – niemożliwe jest stworzenie “od razu” istoty, która “umie kochać”, gdyż tego rodzaju umiejętności rodzą się tylko poprzez zdobywanie doświadczenia istnieniowego, w szczególności poprzez kontakt z innymi istotami.

Gdyby były wszczepione – byłyby automatyzmami. Niewolą (choćby instynktu). A jednak kiedyś właśnie automatyzmy (“automatyzm namiętności”) wydawały mi się warte poszukiwania i ocalenia jako typowe dla “stanów zakochania”, którym magii odmówić nie sposób (i które współczesna nauka analizuje od strony biochemicznej). Napisałem na ten temat, 10 lat temu, niedokończoną książkę (“Dialektyka związków miłosnych”), która, jak wiele niedokończonych rzeczy z przeszłości, po latach okazuje się materiałem, który miałem wykorzystać w całości już innej, przerobione (a wcześniej przeżytej) gdy nadejdzie właściwy Czas.


Są to oczywiście wielkie uproszczenia.
Wiele osób może zauważyć, że pomijam tak zasadnicze, filozoficzne (i nie tylko) ujęcia czy też aspekty tematu, jak kwestia dualizmu w ogóle. Tak, pomijam, pisząc prosto od siebie, wybiórczo, z przyczyn poruszonych na wstępie – w tej chwili przynajmniej, może także dlatego, że teraz jeszcze nie mam pomysłu na omówienie tego rodzaju aspektów w sposób wystarczająco syntetyczny, skrótowy.

Także stosunkowo niedawno, trafiły do mnie bardziej generalne potwierdzenia, dotyczące tego, że “zło” istnieje także w sposób konieczny dla “ruchu” i “ewolucji” jednostek już na drodze pozytywnej. Okazało się, że potoczna oberwacja, iż życie, które jest całkowicie spokojne, zadawalające, w którym brakuje przeciwności wszelkiego rodzaju, popada w gnuśność i zastój, jest bardziej uniwersalnie prawdziwa.

Bardziej ogólnie, w teoriach kosmogonicznych (dotyczących powstania, genezy Wszechświata), w tym porusząjących aspekty czysto fizyczne, zauważa się, że gdyby Świat stworzony byłby światem absolutnie doskonałym, byłby niejako światem martwym (pozbawionym ruchu, zmienności, typowej dla Życia).
Obrazowo i trochę pseudonaukowo można tutaj przywołać: różnicę potencjałów (plus, minus), która powoduje przepływ prądu elektrycznego.
Tak więc konieczność istnienia “negatywności” (cienia, ciemności, “zła”, rezultatów zachowań bytów świadomych) itd.) może być postrzegana jako bardziej podstawowa dla możliwości zaistnienia ŻYCIA i EWOLUCJI DUSZ w ogóle, jako celowego zakłócenia idealnej harmonii Stworzenia), przewidzianego przez Źródło, i koniecznego dla pozytywnej ewolucji elementów i bytów. A także, z pewnych względów dotyczących samego “Źródła” i podstawowych praw związanych z jego istotą.

Z różnych omówien tematu, wśród ezoterycznych, najbardziej reprezentatywne wydaje mi się omówienie tego tematu w dość nowej pozycji (2012, ebook późniejszy) – która mi samemu umożliwiła lepsze zrozumienie wielu teorii i pojęć wprowadzanych przez G. Gurdżijewa oraz ukazała nowe konsekwencje takiego rozumienia. Książka może wydawać się trudna, ale zaręczam, że moja znajomość języka angielskiego jest bardzo elementarna, a oczytanie wśród zarówno pozycji z zakresu hermeneutyki jak ezoteryki spektulatywnej (choć może bardziej jednak empirycznej – wszak wiedza Gurdżijewa brała się głównie z doświadczeń na ludziach) – mizerne. A jednak ksiażka wciąga i inspiruje, zasadnicze treści zrozumiałem lepiej, niż były one prezentowane bardziej z pierwszej ręki, czyli przede wszystkim w samych pismach G. Gurdżijewa.
Kosmologia i kosmogonia Gurdżijewa może wydawać się prymitywna, ale teogonia, nieodłącznie z nią związana już taka nie jest – z wszystkich znanych mi podejść i wyobrażeń na pewno warta jest uwagi.
Sam Gurdżijew pewne rzeczy celowo (a częśc może i niecelowo) plątał i komplikował
a nawet w ogóle nie przedstawił – dlatego wskazuje pozycję, która udanie te supełki stara się rozwiązywać i najistotniejsze braki uzupełnia w sposób nadzwyczaj iluminujący.

Książka ta jest autorstwa Mohammada Tamdgidi , pod tutułem:
Gurdjieff and Hypnosis: A Hermeneutic Study“, czyli po polsku: “Gurdżijew i Hipnoza. Studium hermeneutyczne”, (dostępna tylko w jęz. angielskim)

Choć pozycja ta jest zaawansowanym omówieniem, to jednak pewne kwestie, nie dość jasne u samego Gurdżijewa a także u jego wcześniejszych popularyzatorów (jak choćby P. D. Uspieńskiego) zostały tutaj ukazone i wyjaśnione przejrzyściej i lepiej,
i dotyczy to także zagadnień, które wprost łączą się z tematem, który tutaj rozważamy.
Fragmenty tych rozważań będę zapewne omawiał – być może na blogu, a być może jeszcze gdzie indziej, w następnym, 2020 roku.

(..)

Na koniec kilka luźniejszych dygresji w temacie.

Już Arystoteles stwierdzał, że “dobro jest celem wszelkiego działania” (o ile pamiętam w dziele napisanym dla syna Nikomacha). Można rozumieć to tak, że zasadniczo każdy działający będzie postrzegał swoje działanie jako zmierzające do czegoś, co nazywa dobrem, czy dobrym.
Wydaje mi się i chyba można to obserwować, że stosunkowo mały odsetek ludzi “chce czynić zło świadomie” (i złem, to co czyni i jakie skutki – świadomie – wywołuje, nazywa to przed samym sobą).
Są to głównie psychopaci, ludzie całkowicie pozbawieni empatii, sumienia etc.
Ale nawet psychopatom – to, jakie konsekwencje – dla innych – wywołują – bywa częściej po prostu raczej obojętne. Dążą do zaspokojenia swoich instynktów bez względu na to, jakim kosztem się to odbywa i dla nich samych jest to “dobre”, przyjemne, podniecające.
O wiele częściej można “stać się złym” w taki sposób, że stopniowo dochodzi do coraz większego zakłamania samego siebie, do coraz większego “rozszerzenia”/uelastycznienia czyjegoś sumienia.

Kwestia jest dość znana i omawiana na różnym tle (choćby w doktrynie chrześcijańskiej i kościele – tym polskim, katolickim, teoretycznie – co o tyle tragikomiczne, że de facto jakby w zupełnej opozycji do tego, co przedstawiciele tego kościoła sami czynią, choćby w wymiarze publicznie reprezentowanym, i co przecież wszyscy ludzie, którzy mają choćby jedno oko – widzą).

Kwestia brnięcia w błąd, w określoną drogę życiową, na której, poszczególne czyny i zaniedbania kumulują się i sprawiają, że coraz trudniej zmienić kierunek (i siebie zmienić), wycofać się jest znaną wiedzą i nader typową sytuacją życiową. Psycholodzy wiedzą, że człowiek robi często wszystko, by tylko nie musieć przemyśleć czegoś podstawowego od nowa, zweryfikować swojej postawy, a im dalej poszliśmy w kierunku samookłamań i zaniedbań tym trudniej nie tylko zawrócić, co nawet skorygować kierunek, więc najczęściej jest coraz gorzej.

Ze wszystkich kłamstw zatem – najszkodliwsze jest okłamywanie samego siebie.

[Tutaj poprawiłem – przykładowo – literówkę – “najszodliwsze”, która przypomniała mi, że kiedyś projekt filmowy nazwałem “szod”, od hebrajskiego słowa, oznaczającego “spustoszenie”, “nieszczącą moc potęgi” (a słowo to zmienia się, i odwrotnie, w słowo “Pan – Wszechmogący” (Szaddaj) po dodaniu malutkiej hebrajskiej literki “jod”.]. Zatem: albo wszechmoc albo wolność?

Nie tylko dla innych, ale także dla tego, kto sam się okłamuje, kto jest wewnętrznie zakłamany.

Poza wszystkim tym, co już zostało powiedziane – sprawia to, że taka osoba nie wie, kim tak naprawdę jest, nie widzi samej siebie.
Nie wiedząc zaś, kim jest – nie może się zmienić.
Tymczasem wszelka ewolucja człowieka jest związana z jego głęboką zmianą, inaczej czeka nas tylko regresja. Jest to widoczne nader wyraźnie w obecnej dobie.

Dlatego Izaak Syryjczyk pisał: ” Kto ma możliwość zobaczenia samego siebie, jakim naprawdę jest, szczęśliwszy jest niźliby widział anioły”.

15 lipca 2016

.

Please follow and like us:
error0
fb-share-icon0
Tweet 20
fb-share-icon20

3 i 4 (ale też 22) – Te, Deum

William Blake, grafika z początku “Jerusalem”

Dziś jest Czwartek, 10.10. i wypada weń wigilia.

— No.. Spóźniony ten bloger trochę (pomyśli uważny Czytelnik* i uśmiechnie się pod wąsem; lub meszkiem..).

*choćby taki, który był już (albo będzie, na jedno wychodzi, gdyż Było, Jest i Będzie, jednym jest .. albo będzie?) na innej wigilii (tu/tam**).

** “Parsifal:
– Zrobiłem niewiele kroków, a zdaje się, że przebyłem szmat drogi.

Gurnemanz:
– Widzisz, mój synu, tutaj przestrzenią stał sie czas.

(Philip K. Dick “Valis”)***

[Trochę z innej beczki: Podoba mi się idea, że po śmierci nasza Czaso-Przestrzeń zamienia się, na pewien “okres” w Przestrzenio-Czas” i jest to tzw. Przegląd Życiowy, służący rozwojowi naszej świadomości (tudzież odczuwania i rozumienia emocjonalnego, co zawiera się w świadomości ale warto podkreślić) – chodzimy wtedy po różnych sytuacjach z naszego przeżytego już życia jak po pokojach, oglądamy esencjonalne sytuacje, “odczuwamy” co czuła “druga osoba” podczas danej interakcji emocjonalnej,..etc.etc.. innymi słowy: poprzez aktywny uczestniczący przegląd “odbytego szkolenia w danej klasie” – utrwalamy wiadomości ..choć nie zawsze tak to zgrabnie i fajnie wygląda, bo – jak wiemy – w szkołach bywają i prymusi ale także i leserzy, drugoroczni i…
[tak mniej więcej pamiętam została ta kwestia obrazowo przedstawiona w przekazie zwanym “Ra*”, z którym zetknąłem się kiedyś przypadkowo i mogłem go porównać z innymi przekazami na temat pierwszego okresu życia po-śmierci. Oczywiście, logicznym jest też, że okres/stan/przestrzeń “Bardo
” jest zróżnicowany i zależy/bazuje na bagażu kulturowo-wierzeniowo-wizualno-poznawczym danej osobowości (wykształconej w danym życiu aspektu duszy] (takie moje uproszczone ujęcie)

PS
Lwy i Tygrysy mogą skakać w Bardo…(wzwyż, co jest naturą skoku..) – czy to nie interesujące?
Kto jest zainteresowany?

Może kiedyś poskaczemy wspólnie..
nawet i przed bardo. Ba!



***[tą niezamierzoną synchronicznością – przyznaję, że pamiętam o tym, że następny odcinek “Nowego Człowieka” ma się zacząć fragmentem powieści Philipa K. Dicka; te słowa zaś pochodzą z “Valis”, innej jego książki, która jest ciut zbyt potencjalno-sur(sic!)realistycznie rozstrzepana, by ją tutaj przywoływać z pożytkiem dla Czytelnika (dla rozrywki jego to i nawet, ale dla Sprawy – wprowadzić mogłaby za dużo zamętu, jakby go i w okół (eh) realnym świecie nie było nazbyt dużo****

*** *Sprawa Ta, sercu droga, Pleoroma, to – poza szerszymi opisami (które do końca 3-2-um [zob. niżej] ]się opublikują już) – innymi, krótszymi słowami, sprawa uporządkowania Na Nowo czyli Odmienienia tej części chaosu, której tak nazbyt dużo.


(c) prof. dr hab. Arkadiusz Jadczyk (można poczytać i pooglądać np. tutaj..)

A jednak, będę się upierał, że dziś jest wigilia.
Wiigila to tzw. dzień poprzedzający.
Co jednak poprzedza?
Na pewno – przychodzi po – wyjątkowo długim okresie nieopublikowania tutaj żadnego wpisu. Tak, to prawda. Ale z tym i ta cała heca związana.

Wigilia etymologicznie oznacza  vigilia znaczy ‘czuwanie, stróżowanie, warta’ (od: vigil ‘straż’, vigiliare ‘czuwać’).  Dzień poprzedzający Boże Narodzenie zaczęto tak nazywać w dawnych wiekach dlatego, że w tę wyjątkową noc pierwsi chrześcijanie spędzali czas na vigiliach, czyli na dwunastogodzinnym czuwaniu i modlitwie (od szóstej po południu do szóstej rano; vigilia była ‘częścią nocy równą trzem godzinom’). Owe vigilie dzielono umownie na cztery wieczorno-nocne okresy: zmierzch, północ, kuropianie i ranek. Wraz z nastaniem zmierzchu kończył się okres adwentu (Adwentu). Vigilia była częścią nocy równą 3 godzinom.
[przypomina Maciej Malinowski w poradach językowych]


Będą zatem trzy ważne dni (niekoniecznie świąteczne, poza tym – jak zwykle – mówiąc o sprawach ducha a nawet sacrum – niekoniecznie muszę mówić w duchu jakiejś religii czy “wiary” (czy o niej). Nie raz już tutaj zaznaczałem, że nie jest to konieczne.
Ale.. to możliwa jest wigilia.. nie tylko bez “Bożego Narodzenia” ale i bez – świąt – w sensie – religijnym właśnie?
Nie wiem czy jest możliwa w szerokiej świadomości zbiorowej, ale ja właśnie piszę o niej indywidualnie, przedstawiam niejako propozycję dla Waszej – zapewne niezbyt szerokiej ale elitarnej, świadomości zbiorowej. Ci, którzy czytacie i się zastanawiacie.

Piątek (11.10), sobota (12.10) i niedziela (13.10) będą tymi dniami – i dziś, poprzedza je właśnie wigilia. Ale jakie to święto, co to za Triduum?
Kogo to znowu powiesili.. czy usmaż.. ukrzyżowali?
Na pamiątkę kogo, komu wyrwano serce, czekamy z drżącymi sercami odświętnego dnia?

A więc nastąpią Trzy dni po dniu dzisiejszym, czyli Wigilii (tego 3-2-um).

Co to za święto, co to za święte dni, co to za okazja?

Żadna. Jutro (Piątek) będę pracował, w Sobotę będę pracował i w Niedzielę będę pracował.
I co, tylko tyle?
I jak to – jakoś tak, że nawet odwrotnie: zamiast “dzień święty święcić” – to harować? Tyrać? Groszorobić? (to akurat nie), Pracować w takie – nieświęta, ale święta?

Trzeba. Bo jest potrzeba a Czas płynie.
Choć tak naprawdę to wszystko Stoi w miejscu,
i wszyscy stoimi w bezruchu – w bezczasie, w miejscu,
i tylko – w przestrzeni – w kierunku naszego serca – przesuwa się grot..Nie,
przesuwa się Taran, który (je przebije), nas wszystkich wgniecie w Podziemię i zmiecie z tej Planety.

Tak więc konieczne jest 3-2-um, jak słychać (to nie zbliża się bynajmniej na łapkach kota, ale łapki kota trochę łagodzą sprawę, bo niosą pomoc, wiedzę i wsparcie – w granicach wolnej woli – tym, którzy ją jeszcze mają).

Trochę hermetyczny się ten wpis robi. I przez tę chwilę, póki jest sam, niech i taki będzie, hermetyczne zamknięcia sprzyjają aseptycznym warunkom gdy planuje się operację na żywym sercu.

Pamiętam, że Ostatnio – czyli stosunkowo Dawno (ach ten Niemiłosierny Heropass – Czas) pisałem, że następny (wypadałoby więc, że ten) wpis rozpoczniemy od dobrej prozy i mogłem już niejednego zwolennikowi intelektualnej profetyczności i spekulatywnego wizjonerstwa (bo przecież nie fantastyki… fantastyka to jest to, co piszą w gazetach i pogadują w telewizjach) narobić smaka na grubego Konia.

Ale co się odwlecze to nie.. (bo przecież Czas nie istnieje, a tylko szerokość naszego rozumienia, świadomości i głębokość naszego odczuwania i współpromieniowania (tym, co powołuje istniania, i jest obrzydliwie nadużywanym pojęciem na literę zgodną z moim inicjałem imienia).
Dobiega końca zatem (dosłownie, zostało jej 5x60xdrgań atomu Cezu) ta wigilia trzech dni pracy, w trakcie których, mogę powiedzieć, że zdarzyło się już to, co miało,
czyli:
– m.in. spacerowałem z Pelikanem,

Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Mój dom – widać akurat moje piętro (7).

– dokończyłem podstawowe robótki pajęcze na Trzecią Noc i Trzeci Dzień, Niedzielę Wolnego Wyboru (przynajmniej podstawowe zajawki na trzech najważniejszych jeszcze łysych czyli P1, P2 oraz SITS- wg schematu webringu Pleoromy – brakujące z https://dakunin.com) ,

pojawiłem się w wielu miejscach naraz ciałem i licem (chyba jednak nie skorzysta(łem) ze starego lecz założę(łem) nowy kanał YT w tym celu, oraz na Vimeo);

[tutaj będzie link w Niedzielę 13.10]

po to, by każdy:

Kto szuka,
mógł znaleźć.

Albowiem, jeśli nie zrobione i nie Istnieje tam – gdzie ma być znalezione – ten, który szuka – nie znajdzie! A jak tak może być? Ja się pytam?
Tak być nie może.
Bóg musi brać odpowiedzialność za słowa i obietnice.

Dlatego trzeba temu Bogu pomagać.

New Demiurg Industries – Marat Dakunin A.D. ca 1998

[W tej Zapowiedzi Triduum czyli Przemyśleniach Wigilijnych – napisanych magicznie – by zwielokrotnić Siłę (8) – wystąpiły(ją) także cyferki: 10, 1, 2, 3 i 4 (oraz jak zawsze 5 i 8) i robocze (22) [jak zauważyłem postfactum.. tean stpe non spein wielachwicz chtran

Powerful and Beautiful Artwork (c) Jacqueline Payne https://www.facebook.com/jacqueline.payne.758

And 7, 5 and 8 are not by chance here..

Please follow and like us:
error0
fb-share-icon0
Tweet 20
fb-share-icon20

Nowy Człowiek na Nowe Czasy – Odcinek 15

Zaczynamy więc następną część – po wstępie – “Nowego Człowieka”,
psychologicznej interpretacji przypowieści ewangelicznych
(ich ezoterycznego, “wewnętrznego” znaczenia) pióra ucznia
G. Gurdżijewa, Maurica Nicoll’a.

Jest to parafraza – tłumaczenie niedokładne (w pewnym sensie twórcze),
z moim – raz obfitszym, raz bardziej lakonicznym, komentarzem.

Przypomnę też, że Jezus, jaki się tam (i tutaj) pojawia
– szczególnie w moim komentarzu – jest jednym z tych,
na pewno bardzo znaczącym, którzy ten Wyższy Poziom bycia osiągnęli.

)Abstrahuję tutaj w znacznej mierze od wszelkich religii i wierzeń, skupiam się na warstwie psychologicznej i praktycznego doskonalenia człowieka – jego umysłowości (jego Rozumienia – co wielokrotnie podkreśla Nicoll, człowiek jest w istocie tym, czym jest jego rozumienie), jego uczuć (w tym przede wszystkim uczuć moralnych, jego wewnętrznej etyki – która oczywiście najdonioślejsze znaczenie ma wtedy, gdy jest praktyczna, gdy przejawia się na zewnątrz).

Naszym ideałem jest człowiek – monolit, który udoskonalił swoje “Ja”, ograniczył – wyeliminował inne, współgrające w nim “osobowości” (demoniczny legion małych “ja”), czego ukoronowaniem jest osiągnięcie prawdziwego kontaktu ze swoim “Wyższym Ja” – Duszą – osiągnięcie bycia Indywidualnego (Indywidualność jest czymś więcej niż osobowość”).

Naszym ideałem jest też przeciwieństwo hipokryty – człowiek który mi osobiście, co do tej cechy, czy też więcej niż cechy – tego rysu nadającego mu czy spajającego jego Indywidualność – jest i był bliski od dawna (rysu kamiennego, ostrego – o “krystalizacji” jako swoistym udoskonaleniu osobowości pisał często prof. Arkadiusz Jadczyk. Zob. przykładowo piękny wpis blogowy “.. O tym jak znaleźć prawdziwą miłość Duszy)

Taki oto wstęp do tej dalszej części właśnie (2:03 w nocy, 12 września AD 2019) udało mi się zaimprowizować.. i na teraz, wydaje mi się, że oddaje on satysfakcjonująco to, co myślę w tym temacie.

I myślę, że tym razem – na tym wstępie, pozostanę, dodam jedynie do tego, krótkiego w treści odcinka – kilka elementów wizualnych.
Choćby – takiego oto – Jezusa..

Plakat do filmu “Stalker” Andreja Tarkowskiego
jw.
jw.
jw.

i

jw.

Please follow and like us:
error0
fb-share-icon0
Tweet 20
fb-share-icon20

A nad nami III – Węży, Lwy, Anioły i Oczy

Dziś Węże, Smoki będą kiedy indziej..

Węży sporo, coraz więcej.. a nigdy nie brakowało..
(i mała rada: jak się czegoś boisz, spróbuj wyobrazić to sobie humorystycznie..)
Walka to za duzo powiedziane – tutaj raczej Struś wrzeszczy w panice, a Wąż atakuje i kąsa..Dlatego:

Nie warto być strusiem i chować głowę w piasek.
Bardzo to niedobra strategia ochrony.
Źródło wiele razy powtarzało, jakie to ważne, i że czasem nawet wystarczy:

WIEDZA OCHRANIA
IGNORANCJA SPROWADZA ZAGROŻENIE

ludzie i strusie..
strusie i ludzie..
No dobra, może i jakieś smoki się zawieruszyły, ale to jedna rodzina..
Smoków to w ogóle mam setki, tysiące..

Nie wszystkie oczy patrzą złośliwie..

niektóre dość komicznie…

Ale są takie, które chłodno obserwują.. i raczej mało przyjaźnie.

“Gad” ma pewne cechy symboliczne (podobnie jak Lew), te cechy to m.in. zimnokrwistość, hierarchia, terytorialność.. Ośrodek gadzi w mózgu człowieka za te cechy ponoć odpowiada. Niektóre gady bywa, że zjadają swoje młode. U Lwów – odwrotnie, rodzina się broni i dla siebie poświęca!

Lwy walczą z Wężami.

Lwy w tym ważnym Czasie o nas nie zapomniały i chcą nam, ludziom, pomóc.

Warto uważnie obserwować zewnętrzny świat, obiektywną rzeczywistość wokół siebie. Bo my sami – raczej na pewno jesteśmy czujnie obserwowani i.. kontrolowani. A są zakusy, by jeszcze bardziej poddać nas totalnej kontroli.

Ale są miejsca, gdzie możemy się poczuć – jak pod skrzydłami Anioła.

I zawierzyć opiece Miłości i Opatrzności Bożej.

Ale, ale – gdy się nam mówi, by się modlić – to się nas często zwodzi.
Sama modlitwa i prośby nie wystarczą! Trzeba się zorganizować i robić, wpływać na zmianę Rzeczywistości! Inaczej – pusta modlitwa – to diabłu raczej potrzebna!

Jutro wyjeżdzam z Mamą w długo oczekiwaną podróż do alchemicznej Pragi i nie tylko.

w Pradze byłem już w marcu tego roku, ale trochę zimnawo było i nieźle wiało.. I sms od brata, którego nie znałem, Lapis Agntor, dowiedziałem się, że nieszczęśliwie zmarła. Miała 30 lat. Jak wróciłem, pojechałem na jej pogrzeb w Bytomiu.

Pozdrawiam Wszystkie Mamy – nie wszystkie wiecie jaką władzę posiadacie!

Wykorzystujcie tę władzę zawsze Dobrze!

33 minuty po Północy, dnia następnego (19 sierpnia AD 2019)
..no, już 34… (OO:35)

Postanowiłem dodać jeszcze kilka fotografii z ostatnich dni, na których też – piękne niebieskookie węże (i nie tylko).

A mama, ..to mnie raczej nie traktuje poważnie..,
no, ale tak już jest.. nikt nie jest prorokiem we własnym domu : – )

Marat Dakunin

Mateusz

Please follow and like us:
error0
fb-share-icon0
Tweet 20
fb-share-icon20