O długotrwałości prac podstawowych oraz o Drogach Zamkniętych a Otwartych

Esej w wersji anglojęzycznej jest dostępny pod podanym linkiem na Medium.
For any English reader I prepare Eng version – here at Medium.
https://pleoroma.medium.com/on-the-longevity-of-essential-works-and-ways-booth-closed-open-5f992bde068d

Dlaczego pewna Praca musi trwać tak długo?

Dlaczego wciąż można wierzyć, że ukończy się projekty zaczęte w zupełnie innej fazie życia,
książki czy zamierzenia twórcze, które obejmują (i muszą) wiele etapów doświadczeń?

Alchemiczna praca jest pracą z fundamentalnymi energiami, podstawowymi problemami – są one najczęściej przedstawiane jako nierozwiązywalne albo spłycane do materialnych rozczarowań życiowych. Tymczasem, ja w 2022 roku rzeczywiście zamierzam ukończyć – czy raczej nadać pewne prezentowalne zewnętrznie oblicze – wieloletnie, życiowe może nawet w części plany twórcze.

alchemiczna pracownia, Praga 2019, fot. Marat Dakunin
Praga 2019, fot. MD

Prace twórcze i ich wartość

Picasso mawiał, że obraz skończony jest martw, więc dzieło w którymś momencie, choć nie skończone, należy uznać za sfinalizowane w sensie gotowości do prezentacji, w ważniejszym może sensie – gotowości do wydania odpowiednich owoców.
Bywa też jednak, szczególnie w pracach podstawowych, że owoce nie mogą pojawić się za życia twórcy. Nie jest to nigdy zbyt motywujące dla autorów, dlatego należy dołożyć starań nad ekonomią pracy, w czym między innymi kluczowe jest uczenie się na własnych błędach, elastyczność, umiejętność powrotu po latach stagnacji do pracy nad celem, uczenie się, jeśli ktoś potrafi, na błędach innych i korzystanie z mądrych wskazówek, odpowiednio wcześnie. Odważając się na zmiany w wewnętrznym podejściu i elastyczność w harmonizacji własnej osobowości będzie nam łatwiej doczekać prawdziwych owoców naszej pracy wcześniej, być może jeszcze za życia, choć – wydaje mi się niemożliwym, by jeszcze za jakiejś młodości. Dlatego tak ważne jest także pielęgnowanie tlącego się wewnętrznego ognia, choćby przygaszanego okresami mroczniejszymi.

Praga 2019, fot MD


Mawia się także, że sztuka choćby, mówi Prawdę: kłamiąc. Pracując nad prawdami podstawowymi, warto pamiętać, że tym bardziej należy wtedy dbać o zachowanie Prawdy i spójności wewnętrznej, i ograniczać, zbyt łatwe często, i zbyt łatwo uznawane za wartościowe czy znamionujące talent, fantazjowanie, na rzecz wyobraźni i ukształtowania bardziej wartościowej intuicji oraz umiejętności korzystania z jej przejawów w sposób najbardziej twórczy.

Trzy rodzaje pracy wartej prawdziwego człowieka

Co do rozumienia prac jako podstawowych, odwołać się muszę do klasyki, nazywając wartymi człowieka prawdziwie trzy rodzaje aktywności:
– praca z Prawdą – i archetyp naukowca,
– praca z Pięknem – i postawę twórcy
– oraz pracę z Dobrem – najbardziej może bezpośrednio wartościową ale i najtrudniejszą
we właściwym i niezanieczyszczonym ujęciu.

Oto są zadania godne człowieka: a wytrwać w każdym z nich w czystości, dane jest nielicznym. Nie jest oczywiście niczym złym łączenie tych filarów wartości postawowych w różnych formach pośrednich i współdzielonych, jak często dzieje się gdy nasza praca ma zarówno twórczy jak i poznawczy wymiar, a co rzadziej dzieje się gdy np. twórczość chcemy ożenić z dobrem. Przyjmuje się nawet czasem, że nie jest to konstytututywne dla sztuki, lekceważąc dawny wymóg kolakagatii – jedności piękna i dobra. Daje to co najwyżej nietrwałe i sztuczne rezultaty i rzadko przynosi prawdziwą satysfakcję, gdyż uznanie świata i ludzi za to kupione, jest czysto materialne i brak w nim podstaw do trwania i sycenia serca ludzkiego, które to dary przynoszą wyłącznie elementy duchowe.

Na drodze do realiacji prac jest i było i upojne doznanie i użycie, i stagnacja, i Nigredo (Noc Duszy i Noc Umysłu) – trwająca latami (i powracająca, nigdy nie zakończona w całości) nie dobami mierzona, i Albedo – gdy zdajemy sobie sprawę i przynosi nam pociechę, że to, co przeszkadzało nam w osiągnięciu spójności w działaniu i życiu, jak i w prezentowaniu tego, co uznawaliśmy za warte życia, w czasie depresji i rozpaczy się wypaliło, a to, co zostało, możemy jeszcze bardziej uszlachetnić realnie, bo wolne jest już od większości cienia
i małych egoizmów.

Ptaki wzlatują w górę: to, co w nas przyziemne się uwzniośla.

Ptaki zlatują w dół: to, co zbyt utopijne i zbyt fantazyjne, upragmatycznia się i utwardza, zbliża ku ziemi.

fot MD
fot MD

Intencje przez długi czas były zamknięte w hermetycznym naczyniu osobowości, by się oczyścić. Tak długi okres pozwalał na ich spokojne podgrzewanie (uważać trzeba na nagłe wybuchy entuzjazmu i bezpośredni ogień, gdyż poza farejwerkami i błyskotliwością mało przynosi pożytku). Świat tak bardzo zważa wyłącznie na pozory, uchwytne fenomeny, dlatego w większości rezygnuje i przedstawia innym jako nieosiągalne coś, co nam od początku wydawało się Najdroższe.

Praca Wewnętrzna i Zewnętrzna.

Rada nauczyciela: 
Praca ezoteryczna, duchowa, dzieli się na: 
 - Pracę na poziomie Zewnętrznym; 
- Pracę na poziomie Wewnętrznym. 

Będąc chciwy na wszelkie ezoteryczne, tajemnicze, ale stosowalne łatwo i od razu, mądrości i sekrety, otrzymywałem tymczasem - gdyż Niebo zrządziło, że trafiłem na najlepszy i najrzadszy rodzaj Nauczyciela: zagadkowe, w ogóle nie w temacie za bardzo, któy najbardziej mnie pochłaniał i pozornie banalne i zniechęcające złote myśli. Wśród nich i takie, które wydawały się tak proste i niekonkretne, że aż pozbawione treści, jak choćby uwaga rzucona przez nauczyciela (który najczęściej wypierał się czegokolwiek, co zbyt łatwo określało jego zalety - jest zasadnicza różnica między wypieraniem się zalet i przyznawaniem do wad młodocianego aspiranta, jak ja, gdzie ewentualne straty osładzane są od razu wyobrażeniem na swój temat, że zgodne jest z ideą skromnego genialnego, choćby początkującego, adepeta, na drodze, gdzie szeroko uznaje się, że cnotą jest pokora i przesada w zaniżaniu siebie i swych zasług. Różnica polega na tym, że, jak zawsze, gdy dwóch mówi to samo, to nie jest to samo, choć może dać, łudzący komfort naśladowcy. Różnica jest taka, że mistrz i prawdziwy adaptet mówi to co mówi, i prezentuje siebie albo rzeczy tak a nie inaczej, nie dlatego,  by sycić pewien oczekiwany powszechnie, lub wyobraźony przez siebie tylko jako właściwy wizerunek, ale po to, by osiągnąć maksymalną możliwość obrodzenia pożytkiem, wydania dobrych owoców.  Dlatego prawdziwy adept może chwalić się lub umniejszać sobie i owoce tego, gdy dojrzeje mądrość by je zerwać, będą wyśmienite, a owoce skromności czy szczerości, choćby SZCZEREJ - będą nikłe, i kwaśne, gdyż ich słodycz została już skonsumowana.  Trwający pożytek przynoszą działania, w tym słowa i porady, których słodycz jest prolongowana, tak dla odbiorcy, jak i dla nadawcy.  Piszę to, by czasem Nauczyciel odebrał odrobinę słodyczy należnej, za często dane bez żadnej spodziewanego zwrotnej korzyści. To kolejny warunek ich cenności.  A spodziewanie się korzyści często ukrywa się przed nami w słodyczy samego wrażenia, że stać nas na poświęcenie.  

Gdy wszystko wydaje się już prawie gotowe, jeśli nie przezorność, to los, zmusi nas jeszcze do wycofania i spojrzenia na zamierzeniami i siebie z dystansu: naczynie odstawia się na kolejny niekrótki okres, by sprawy “dusiły się we własnym sosie“.

W istocie to i my także, jak i całe życie, gotujemy się głównie w sosie własnym.
Gdy nieczystości się ulotnią i potrafimy zaakceptować to przyprawianie samego siebie – co zawsze jest najtrudniejsze – bo Zmian tak często pragnąć – najbardziej w sobie samym się boimy i opieramy.

konieczna jest cierpliwość

CZAS, CIERPLIWOŚĆ I BŁĄDZENIE

Powiedzenie, że wszelki pośpiech powoduje tylko zmarnowanie materiału, wywodzi się a alchemii.

Niecierpliwośc jest zrozumiała, tym bardziej, gdy egzaminowaliśmy swoje intencje już wielokrotnie, zyskaliśmy – jak się kiedyś wydawało – wszystko, co mieć można; straciliśmy – wszystko, w tym siebie samego – a jednak dopiero wtedy zobaczyliśmy Więcej.

Jest niebezpieczeństwo tak złożonego i długotrwałego procesu, które powoduje, że tak niewiele ludzi dociera nawet nie tyle do końca, bo nie ma Końca (i bardzo dobrze! – Niebios jest wiele, jak i piekieł, i tyle razy gdy jesteśmy pewni, że widzieliśmy już wszystko – nie traćmy nadziei, że potrafimy jeszcze samych siebie ZASKOCZYĆ).

I to normalne, że nikt na tej drodze nam nie towarzyszy, że wszyscy musieli dawno zwątpić, czy cokolwiek osiągniemy, mało tego: że naprawdę do czegoś istotnego zmierzamy, że zmierzaliśmy od początku, usilniej nawet pod osłoną wszelkich spojrzeń, niż na widoku.
Im dłużej jesteśmy w drodze, choćby z przerwani na błądzenia po opłotkach, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że im bardziej w Samotności musi przebiegać nasza praca, tym mniej Samotni się stajemy w sferach ducha.

A świat wydaje się doceniać tylko to, co widać: wszyscy chcą się chwalić i to dobra rzecz: chwalmy się, gdy coś na pochwałę zasługuje. Co do chwalenia się jednak – zob. ustęp wyżej na temat różnicy, gdy “dwóch mówi to samo”..
Tak często jednak okazuje się – po czasie – że to co było powodem do takich chwał i samozadowolenia i uznania innych – było nietrwałe, pożytku prawdziwego nie przyniosło,
a i nawet przykładu dla Ludzi dobrego nie dało, gdyż uznanie ich nie płynęło z głębi serc i prawdziwego zrozumienia, a tylko dzieliło opinię większości lub przyklaskiwało, wstydząc się zazdrości czy niedowierzeniu odczuwanemu w środku.

Jeśli chcemy dokonać czegoś wartościowego i trwałego, czegoś uniwersalnego, co będzie prawdziwym Darem dla Innych, musimy być w alchemicznej zgodzie z tym materią tego, nad czym pracujemy.

Tutaj w sztuce odpowiedź jest tylko jedna: Tak, konieczne jest – by dzieło było Kalokagatią Prawdy, Dobra i Piękna – symetria w umyśle, sercu i prawdzie wewnętrznej twórcy.

Choćby najmniejsze przekłamania zepsują efekt, najlepiej zacząć wtedy pracę od początku.

A przekłamania te najtrudniej dostrzec i najtrudniej wyeliminować, nie wystarczy bowiem być wiernym temu, co zawsze przychodziło z łatwością, jako odbicie naszej wrodzonej czy wcześnie ukształtowanej natury: nawet jeśli nienawidziliśmy zawsze Kłamstwa i gardziliśmy najmniejszą hipokryzją, nawet jeśli nasze deklarowane wartośći były zgodne z tym, jak zachowaliśmy się życiu, trzeba – paradoksalnie – wprowadzić w sobie Absolutną Uważność i Absolutną Roztropność, by wiedzieć, że często deklarowanie i czynienie podług zasady absolutnej prawdy czy sprawiedliowości, choćby zgodne z MATEMATYKĄ rozliczeń się ze światem i ludźmi, nie będzie jednak tym, co NALEŻY, gdy zabraknie nam odwagi i roztropności, gdy zabraknie nam obojętności na pozorne wrażenia, gdy przestraszmy się kosztów i wstydów, by zawsze czynić tak i tak modyfikować swoje realne oddziaływanie, by INTENCJE i SKUTKI były w jak najdoskolnalszej harmonii, z naciskiem na SKUTKI I WIELOASPEKTOWE PRAKTYCZNE OWOCE.

Oznacza to, że – niekiedy łatwa dla nas od początku – bo zbierzna z własną naturą, z pragnieniami serca, bezkompromisowość – tak w Prawdzie, jak choćby w formie przekazu – musi być – mimo tego i właśnie dlatego, że kosztuje to dodatkowy wysiłek i pozoronie osłabia naszą ideę – być modyfikowane i tak udoskonalone, że będzie przynosić DOBRO.

Wszelka wiedza po to jest – by przynosić Dobro – inaczej, daje tylko fajerwerki – też ważne – i też warto od czasu je wystrzelić, by także samego siebie pobudzić.

Tak często bowiem przychodzi zwątpienie.

Wszelkie zwątpienie też i po to jest, by nas nauczyć przezorności i metody. Dopiero gdy wiele lat zmagamy się z naszymi marzenami, a jednak ich nie utraciliśmy, widzimy, jak nieoceniona pomoc spotykała nas zawsze, przychodziła z Nieba – gdy tylko próbowaliśmy być wiernymi sobie. Tym cenniejsza, gdy pozornie nas wtedy rozbrajała, pozbawiała motywacji, straszyła trudnościami czy prozaicznym wymaganiem ciężkiego wysiłku.
Gdybyśmy od początku traktowali odpowiednio pewne wskazówki, jak choćby ta od Arkadiusza Jadczyka: “Tylko to, co przychodzi z wysiłkiem, jest cenne“, moglibyśmy pracować i osiągać efekty szybciej..

Ale czy aby?

Przecież ponoszą nas te chwile, gdy pracujemy z radością, napędem, wiarą, gdy wydaje się, że efekty mogą być niemal natychmiastowe, gdy wydaje się, że już znamy SEKRET.

Takie chwili były i moje, i są wspaniałe. Takie chwile są potrzebne. Ale to te sprawy, formy, prace, starania, udoskonalenia a czasem w ogóle potrzeba zmiany kierunku czy sposobu radykalnego tak, że trudno zachować spójność z umysłowym i emocjonalnym, wypracowanym już i założonym jako jedne właściwie – które są TRUDNE, nieoczywiste, wytrącają z pędu i nie dają się stosować jako łatwe i przyjemne działanie – i to, w jakim zakresie potrafimy je wdrażać, nie tracąc głównego celu, decydują o finalnej wartości naszej pracy. Decydują też o finalnej zgodności z CELEM, czyli świadczą o naszej wierności samemu sobie.

A ta wierność musi się zmieniać, i jeśli nasza świadomość i uważność wzrosła – co jest darem, ale i PROBLEMEM, to dostosować do niej należy czynienie, co zwykle jest niewygodne.

Gdzie jest granica “wybaczania”, gdzie jest wewnętrzny bilans zysków i strat? Gdzie jest granica odporności na krytykę i gdzie można trochę poluzować? Jeśli jesteśmy na dobrej drodze, granica się przesuwa czyniąc coraz większe wobec nas wymagania.

Dlatego jest PRAWDĄ, że każdy następny krok w DOBRYM KIERUNKU jest trudniejszy.

Jakże to brzmi zniechęcająco.

A gdzie zasada: Każdy następny krok jest i powinien być łatwiejszy? Tak przecież zwykle zachęcają nas duchowi nauczyciele: mówią, tak – to trudne, bardzo trudne, ale zobaczysz, że w miarę wysiłku, będzie łatwiej.

Duchowi nauczyciele najczęściej od razu dodają też kilka fajnych darmowych bonusów na początek, inaczej mieliby mało uczniów, a liczy się ilość – taka jest większość nauczycieli – i uczniów. W istocie tylko PROCES – czyli lata pracy, i przerw, i mylnych dróg, i chorobliwych czy lewych ścieżek, bywa też lata rozpaczy, jeśli nasz wewnętrzny OGIEŃ jednak cały czas sie tlił, dają perspektywę.

Każdy następny krok jest trudniejszy.

Ale to i prawda, jak zawsze w WYŻSZEJ MATERII – sprawdza się logika CHMUR – logika Multimorficzna, logika DYNAMICZNA – więc jeśli jest prawda to jest i Prawdziwa, na swój sposób, na danym etapie, czy w danym kontekście, Prawda Przeciwna.

Nie tylko chmury pokazują różne kształty i amorficznie przechodzą w siebie, czasem –
rzadziej – także tył ptaka zamienia się w jego dziób, by nam powiedzieć, że zamknięte na zawsze
drogi mogą być otwarte dla oważnego i mądrego wysiłku, fot MD.

Jest bowiem też i łatwiej.

Idealne byłoboby wiedzieć, kiedy należy przejść z trybu ŁATWIEJ do trybu: – Trudno, teraz TRUDNIEJ. I wiedzieć, co i na jak długo załączać, by osiągnąć optymalny proces, nie tracąc nic z doskonalenia siebie, jak i z ekonomiki działania i wywierania rezultatów.

Ale lata zmagania się z moimi Marzeniami, choć wymagały przejścia epatów, gdy coś wydaje się niemożliwe, przez etapy, gdy Niemożliwe stało się Realne – ale jest zagrożone Nietrwałością, po etapy, gdy coś stało się z POWROTEM – NIEMOŻLIWE
(przykład: tak często wygląda droga Człowieka i jego stosunek do Miłości i możliwości stworzenia prawdziwego Związku Miłosnego).

Później, gdy ogień nie zagasał zupełnie podczas Nocny i Lat w dzikich ostępach, znów wiele może jawić się jako możliwe. Mogą pojawić się nowe terytoria i nowe drogi, które wcześniej były zupełnie poza mapą znanego świata.

Ale wróćmy do dialektyki:

TRUDNIEJ/ŁATWIEJ.

Doskonały nauczyciel od razu podpowiada wzór timingowy najczęściej sprawdzalny w postaci zasady:

– OKRESY ŁATWOŚCI SĄ SUPER, ALE RZADKO;

– NA CODZIEŃ SPRAWDZA SIĘ SAMODYSCYPLINA I CIĘŻKA PRACA.

Istnieją, jak ja, być może inni, ekwilibryści wysokiej liny i ekstremalnych gorącości (istnieją jednak różnoraki LWY, jak i różnoracy Mateusze, co widać nawet w telewizji).

Oni będą jechać do oporu tam, gdzie serce goni, i im łatwiej tym lepiej. Nazywa się to czasem wiernością sercu, a ja zamierzam wykorzystać z pożytkiem własne dawne badania nad tymi fenomenanami, gdzie określałem to m.in. jako “automatyzmy namiętności”. Gdy nad delikwentem czuwa odpowiedni Stróż niebieski (a czasem cały departament ds. agentów zadań specjalnych, wyposażonych, eksperymentalnie, w mieszankę ognia-z-wodą i ekperymentalnie krańcowo niskim zbalansowaniem pragmatycznym) musi on, by jakąś pożyteczną pracę wykonać, przejść przez wiele, długich, czasem wzajemnie sprzecznych etapów.

ETAPY SŁUCHANIA MĄDROŚCI


Nie ma co liczyć, bo od początku zaczął z pożytkiem stosować najcenniejsze reguły. Będzie na początku dowodził, że wcale nie jest tak, że tylko wysiłek i trud przynosi cenne efekty, gdyż, w zgodzie z sobą, widzi po sobie, że można coś dostać za darmo i nawet niesprawiedliwie – jak sądzi. Mało tego, wcale nie oznacza to tylko megalomanii czy zaburzonego postrzegania. Może to być odzwierciedleniem tego, co sobie ceni, jak szlachetne w sobie, mianowicie – nie tak częstej i dla wielu trudnej – szczerości w przyznawaniu się do własnych treści, zwykle i powszechnie uznawanych przez ludzi jako wstydliwe (a często w ogóle niedostrzeganych w sobie, jako klasyczny cień). Tak było choćby ponad dekadę temu, gdy egzaminowałem różne teorie ezoteryczne i duchowe i podejrzliwie odrzucałem te, które dają zbyt dużo obietnic czy stawiają nas w lepszym świetle, bez odpowiedniego uzasadnienia. Ten realizm się opłaca.

A jednak też wiele możliwości, szczególnie z zakresu empatycznej rozległości rozumienia najbardziej złożonych zagadnień humanistycznych i teologicznych, wydawało się jako otrzymanych za darmo.

Na ich podstawie można było próbować czynić i tworzyć, z intencją wywołania pożytku i przyniesienia dobra, ale właśnie konsenwencje i prawdziwe owoce takich prób przynosiły naukę o tym, że jeśli coś dane jest za darmo, wartość pozostanie uśpiona czy też owoce będą w jakiś sposób zatrute lub niejadalne (raczej to drugie w wypadku szczerych intencji), jeśli odpowiedni wysiłek przy nabyciu komplementarnych umiejętności i odpowiedni trud włożony w konieczne zbilansowanie siebie i swoich metod, o to, czego nam brakuje, zostanie zignorowany.

Tak się jednak dzieje w przypadku mało zbilansowanych charakterów, które nie mają też odpowiedniej pożywki do inicjacji takiej harmonizacji wcześniej, gdyż pewne aspekty mają tak silne, że wystarczają na długie lata i potrafią zmylić, nie tylko świat i ludzi, ale przede wszystkim samego autora, że są samowystarczalni w takim naturalnym pędzie.

RODZAJE LUDZI I ICH MOCNE STRONY DUSZY – 1, 2 i 3 Droga

Tak dzieje się często choćby z ludźmi, którzy mają bardzo silny intelekt – bywa, że udanie osiągają bardzo wiele ograniczając się tylko do tej jednostronnej władzy duszy.

Podobnie, ludzie wielkich serc i empatii, dokonują często wiele.

Są też ludzie żelaznej woli, którzy potrafią determinacją zbudować całe systemy i epoki, nierzadko jednak bezduszne i bez serca.

Niektórzy jednak życiowi pechowcy, nigdy nie zadawalali się i nie mogli – władzą i realizacją jednej natury. W czysto intelektualnych zdobyczach, brakowało im serca i transcendencji. Z kolei w uczuciowościach i emocjonalizmach lub liryce czy społecznym dziełom tego rodzaju, widzieli często zbyt mocno naiwności i niespójności, zbyt jasno widzieli tam przekłamania czy nadużycia logiczne czy praktyczne.

Czwarta Droga

Dlatego potrzebowali czwartej drogi, lecz bywa też, że na czwartej drodze, element wysiłku i samodyscypliny oraz konieczność pracy nad harmonizacją siebie samego, odstraszały ich i wydawały się zbyt odległe temu, od czego zaczynali jako wierni sercu – od namiętności, od automatyzmu, od doznań.

Dlatego, kierowali się ku Piątej Drodze.

rycina z XIX w., fot MD
na ścianie alchemicznej pracowni, Praga 2019, fot MD

Piąta Droga

Zdarzyło się także, że – być może – Piąta Droga była w ich życiu z pewnych przyczyn zarówno:
Dana, jak i zamknięta.

Wydawało się, że sytuacja znów zamyka drogę wyjścia, przynajmniej tam,
gdzie zawsze majaczył horyzont marzeń – ku Doskonałości.

Tak się jednak mogło tylko wydawać, choć konieczne były kolejne Noce Umysłu,
Noce Serce i kolejne powodzie wątpliwości. Pewna konsekwencja, pewien wzór,
pewna faktura chmur, pewne ciche śpiewy ptasie, podpowiadały jednak, że ta
droga – jest zamknięta – i choć tego zmienić nie można, można jednak pójść nią po to, pójść nią powrótnie, po swoich śladach, z dodatkową latarnią i dodatkową mapą skarbów, by drogę też uczynić Otwartą dla Innych.

Lecz mając już tyle “obrazków z podróży”, budząc się dzisiaj ze snu,
gdzie Miła Moja była przy mnie, nie widzę tego w ten sposób.

Gdyby próbować wykonać coś takiego tylko dla Ludzi, dla Innych,
nawet gdyby starczyło dla takiej pracy całego naszego serca
(nawet lwie serca mają swoja limity, a zbyt napęczniałe, chorują),
brakło by Ognia. Brakło by mocy, siły, woli, bo skąd ją czerpać,
jeśli konieczna jest tak czysta i tak szczera?

Dlatego moje serce widzi to inaczej, choć prawie 20 lat mineło,
od kiedy mogło spojrzeć bezpośrednio, oczy w oczy.
Moje serce widzi to jako droga Jedyna, jedyna droga do mojej Jedynej.

Życie czasem musi ułożyć się tak, by zmotywować do pracy nad Niemożliwym,
i nie może być okrutne, zabierając Miłość, i ofiarowując w zamian: Dobro.

Albowiem nie jest to to samo.

I nie można siebie tutaj oszukać
(choć innych – bardzo często i aż nazbyt łatwo).

sloneczne istoty mają długie okresy Zimy, niestety

Planuję migrację bloga na inny serwer, domena pozostanie ta sama tj. https://bl8g.pl

Zło

Czas jest cykliczny, Wszechświat pulsuje (w najdłuższym z Cykli) jak serce, Natura rodzi się, obumiera (i zużywa, traci żywotność, tak, że od czasu do czasu musi nadejść święty ogień i wypalić miejsce, by mogło narodzić się nowe życie
INRI Ignis Natura Renovatur Integra ).

Okres tej jesieni można by nazwać wyjątkowo niekorzystnym i przypominającym najczarniejsze (niedawno wpadłem na Sol Niger, później wiele niż Nigredo) , gdyby jakikolwiek okres można byłoby tak nazwać. Tymczasem w takich trudniejszych czasach rodzi się zwykle najlepsza nauka, doświadczenia; jak inaczej można pokonać słabości, bez ich wpierw głębszego zakosztowania? Poznanie tego, co trzeba zmienić, poprawić – przed próbą zmiany, poprawy, wydaje się logiczne..
Trzeba to umieć zauważyć i wykorzystać.
Alchemicy mawiali – Nigredo, Otchłań, Czarne Noce Duszy, czasem czarne lata (ich powroty, ułamkowe, jako czarne miesiące, czarne pełnie, czarne noce) – to okres okrutny i powolny. Ale właśnie w nich rodzi się (wszelkie porody bywają trudne) Rozwiązanie, w nim zaczyna się praca.
Pewne znaki wskazują jednak, że być może to ostatnia taka (może będą inne, trudne – inaczej?) reminiscencja nocy (kilkuletniej) – jak burza przed tęczą, zima przed wiosną
(a jednak zima będzie (!) lepsza niż jesień!) .. jak nagłe polepszenie stanu chorego przed śmiercią.. Nie, to ostatnie nie pasuje (a może chodzi o śmierć niedoskonałej osobowości).
Jak widać, skoro nagłe polepszenie poprzedza finalne załamanie, to może nagłe pogorszenie poprzedza finalne (w sensie: trwałe w progresie, idące już stale – strzałką
w górę) powstanie.

Tekst może być chaotyczny i dziurawy, mogłem nie zauważyć, że pewne partie są oderwane lub, mimo zastrzegania zwięzłości, powtarzają się lekko. Niech już jednak taki zostanie opublikowany – bo nigdy się to nie stanie, a trzeba przełamać impas. Nie będę tu wracał, poprawiał, kasował coś czy dodawał w nieskończoność, zajmę się nowymi wpisami (tylko jeśli chodzi o ten blog, poza tym: otchłań innej pracy, nawet tylko internetowej, oraz – pisanie, nawet jeśli nie idzie – trzeba – większych całości, których nie należy pokazywać wcześniej niż ukończone).
Jednak zauważone dziś (18.12) literówki, poprawiam (i dziś też, 29. 12). Bywa – że literówka wskazuje na dodatkowe znaczenie, że nie pojawia się zupełnie przypadkowo i wyłącznie szkodzi tekstowi; tu jednak jest ich za dużo i mogą utrudniać rozumienie tekstu.

Większe partie wpisu napisałem pod koniec listopada (stukając na telefonie), ale nie opublikowałem.
Wpis na temat zasygnalizowany przez Komentatora Batona postanowiłem napisać na telefonie, a to z tego powodu, że temat skłania do wodolejstwa i powtarzania rzeczy dawno powiedzianych, co uważam za zbędne, o czym już wspomniałem. Pisanie na telefonie ma zmobilizować mnie do pewnej zwiezłości.
Świat jest przegadany i przepełniony zbędną mową, pustymi tekstami, powtarzanymi półprawdami, banałami (które, same w sobie, nie są złe, są nawet święte, ale dość pasywnie: czym bowiem jest tzw. banał czy „truizm”: jest to zwykle twierdzenie oczywiście prawdziwe, bardzo proste, i z tym właśnie problem praktyczny, bo tak proste, że zarazem tak trudne by się do niego jakoś zastosować, by je „wykonać”, że ludzie pogardliwie nazywają je banałami, zamiast odważyć się z nimi zmierzyć. Tak najkrócej często się rzecz przedstawia).
99,9% Internetu wypełnione jest bzdurami i nonsensami, na każdy temat, także na tematy najważniejsze.
Jak już jednak Komentator zaproponował tak trudne (bo tak podstawowe i tak ogólne) zagadnienie, to, żeby wpis miał jakikolwiek pożyteczny sens, musi być jakoś oryginalny. Banałów trochę zawierać musi, nie ma rady, bo muszę (chcę) pisać Prawdę, ale chciałem się też postarać, by napisać jak najwięcej rzeczy osobistych, z życia, samodzielnie przemyślanych czy przeżytych, jakoś indywidualnie sprawdzonych. Wtedy może być to pożyteczne.
No cóż, w innym komentarzu Baton nawet wspomina, że piszę tu zbyt osobiście. Pisze nawet, co bardzo ciekawe (że tak pisze i że akurat takiego sformułowania używa, i nie jest to przypadkowe), że:


“.. Wiele wpisów jest bardzo osobistych i może to wywołuje lęk przed komentarzami bo to jakby pisanie listu do jednej osoby a czyta je milony.. to w sumie dość popularna forma ale po śmierci autorów . Ja tego lęku nie mam więc jeszcze coś tu sobie popiszę za przyzwoleniem gospodarza. “

Co mogę na to powiedzieć?
Tak jest, bo ja już umarłem, 8 lat temu i mam to za sobą.
Coś jednak sprawia, że do tej pory nie bardzo mogę uczciwie powiedzieć, że narodziłem się ponownie. Choć kilka razy tak już się wydawało. A może się mylę, i ci, którzy nie przestaną mi przeszkadzać – specjalnie czynią mnie ślepym i bardziej krytycznym, bardziej auto-krytycznym? W tym złym sensie krytyczności, który nie mobilizuje, a obezwładnia.

Umrzeć nie wystarczy, trzeba się narodzić powtórnie.
(o Ponownych, Powtórnych, Drugich (itd.) Narodzinach pisałem na wcześniejszym blogu, prowadzonym w poprzednim roku).

[Kwestia linkowań: Emaila podawałem przynajmniej w kilku notkach, ale tak, że link krył się pod słowem, bez podawania treści linku (klasyczne podkreślenie czasem nie występuje), więc teraz na wszelki wypadek podam pełne adresy odniesień.
Tutaj – do wcześniejszego bloga (tag: ponowne narodziny): http://blog.cassiopaea.pl/tag/ponowne-narodziny/
A tutaj, przytoczenie całego emaila: poevision(małpa)poevision.com ]

Temat został podany mniej więcej takimi słowy: dlaczego Bóg dopuszcza by istnieli źli.

Temat nastręcza tak duże trudności w zakresie pojeciowym, językowym i logicznym (a merytorycznie aksjologicznym), że każde opracowanie poniżej kilkunastu tomów gęstym drukiem, musi być uznane za wyrywkowe i może być zaatakowane z każdej strony. Żeby poruszyć temat w jednym wpisie muszę z konieczności oprzeć się na wielkich uproszczeniach oraz ultraselektywnie przedstawić sprawę.

Temat rozszerzę (nieporadnie) do postaci językowej: dlaczego nie przeczy wyobrażeniu Źródła Całego Istnienia jako “promującemu” (celowe, wielkie uproszczenie, oczywiście) takie wartości jak “dobro”, sprawiedliwość, prawda etc. – fakt, że istnieją byty, których konsekwencje działania można określić jako “złe”.

Nie bede definiować użytych pojęć, odwołując się do wyczucia intelektualno – uczuciowego każdego człowieka.

Warto jednak zauważyć, że pojęcie dobra i pojęcia zła są od dawna uważane za mylące (nie tyle relatywne co kłopotliwe) i podejmowane były próby innych, lepiej “funkcjonujących” określeń.

Przykładowo, mówi się (np. w szkole i wiedzy, reprezentowanej przez “Kasjopeańśki Eksperyment” – Cassiopaea.Org), o istotach:

  • Służących Samemu Sobie (Service to Self), co niejako zastępuje pojęcie “powodujących zło” (negatywność, entropię, chaos, cierpienia i zabór energii innych istot)
  • Służących Innym (Service to Others), których konsekwencje “działań” nie powodują negatywnych skutków, lecz z reguły odwrotne (wzrost, uporządkowanie, kreacja, wsparcie, doładowanie energetyczne).

Polski portal Kasjopea był obfity w treści i materiały i znajduje siię tutaj: warto sprawdzić i porzerzyć te wiadomości z tego akurat źródła, do którego mam duże zaufanie, potwierdzone nie raz, na wiele sposobów (link oczywiście kryje się pod podkreśleniem, na wszelki wypadek dodaję literalnie: quantumfuture.net/pl/index.htm (otworzy się w nowej zakładce) ).

(…)

Zastanawiając się jakie wyrywkowe z konieczności przedstawienie tematu byłoby pożyteczne, doszedłem do wniosku, że studium filozoficznego podejścia do tematu jest dostępne szeroko w bibliotekach i Internecie.

Dlatego przedstawię w wielkim skrócie moje własne, prywatne podejście do tematu, w pewnej kolejności chronologicznej tj. jak temat traktowałem dawniej (będąc młodszy),
a jak później (będąc starszy, i co naturalne, bardziej doświadczony, co nie gwarantuje automatycznie oczywiście tego, że mądrzejszy).

W okresie przedszkolnym i wczesnoszkolnym (szkoła podstawowa), temat istnienia “zła”, “zło czyniących” w kontekście Boga, jego dobroci i miłości (miłosierdzia) a także sprawiedliwości (i wszechmocy, która też była przyjmowana często jako atrybut ducha doskonałego, jakim jawił się antropologizującym – mimo tego “spiritualizmu”, cały czas, teologom, Bóg) był pod wpływem (w domu liberalnego) wychowania chrześcijańskiego (standard jest wiadomy..) . Ostatniej cechy: wszechmocy Boga nie będę bronił: widać bowiem, że chyba Źródło samo zrezygnowało z absolutnej wszechmocy, wycofało się w tej prerogatywach, inaczej nie pozostawiłoby miejsca dla konsekwencji wolności istot stworzonych.
Kabalistyczna koncepcja “cimcum” – Boga wycofującego się, dającego “pole, przestrzeń” na swe Stworzenie – w pewnej mierze z tym koresponduje.

We wspomnianym wyżej okresie, kwestie te poznawałem raczej teoretycznie i biernie (także dosłownie w sensie interakcji z rówieśnikami) oraz w oparciu o pewną literaturę – byłem jeszcze zbyt młody, by wchodzić w najbardziej wymierne tutaj doświadczenia życiowe, które mogą zaowocować wnioskami a nawet nabyciem pewnej mądrości z zakresu psychologicznych relacji (i często cichej wojny, pod przybranymi maskami społecznymi; sam okazałem się sobie zadziwiająco odporny na potrzebę brylowania w tradycyjnym społecznym sensie). Dom rodzinny i opieka rodzicielska chronią ale też ograniczają doświadczenia. Sięgałem nastomiast wtedy jeszcze nie do pozycji naukowych, stricte filozoficznych czy teologicznych, lecz odnajdywałem interesujące mnie zagadniania w literaturze pięknej. Teologia i psychologia są w niej często o wiele żywsze, przystępniejsze i poparte od razu doświadczeniem bohaterów i zgrabnie ukazaną przygodą emocjonalną czy intelektualną. Były to różnego rodzaju pozycje z zakresu beletrystyki ale nie tylko; także pewne antyczne opracowania historyczne, dokumentalne, zbiory mitów, podań i tradycji, i tym podobnych. Ważną rolę odgrywały komiksy.
Mając ok. 10 lat słuchałem – czytanej w odcinkach w radiu powieści Gora Vidala “Stworzenie Świata” i bardzo mi się, zarówno styl autora jak i tematyka tam obecna, podobała. Cyrus, tytułowy perski poseł, ma okazje odwiedzać wielu “mędrców” czasów antycznych (czasy historyczne wybrane są akurat tak, że jest to okres pod tym względem najbogatszy może w historii nam lepiej znanej) i z każdym dysputować na tematy takie, jak istota stworzenia świata, ale także obowiązki moralne człowieka i temat zła, który, jeśli nie pojawia się pierwszoplanowo, jest jednak zawsze niejako genetycznie obecny we wszystkich tych podstawowych rozważaniach.
Książkę czyta się lekko i szybko i myślę, że mogę ją polecić Każdemu.
Był pewien problem z dostępnością na rynku, a swój ostatni egzemplarz podarowałem.
Widzę jednak teraz, że pojawiło się chyba jakieś nowe wydanie (byle bez cenzury),
a i starsze wydania są dostępne w cenach zachęcających czyli 10 zł i poniżej.

Co ciekawe, elementy Zoroastrianizmu zostały wykorzystane wiele lat później, jako pewna symboliczna odpowiedź dla mnie – gdy pytałem, dlaczego rozmiar wolności dla Negacji Istnienia i jej przedstawicieli jest tak koszmarnie duży (nie mogłem się z tym pogodzić). To temat na ciekawy odrębny wpis, ciekawie też ilustrowany.

okładka starszego wydania książki – G. Vidal
Tylna okladka, chyba następnego wydania, sensacyjne lekko omówienie na tyłówce 4 strony okładki akcentuje zbytnio ciekawostki sensacyjne, erotyczne czy miltarne.

Stosunkowo wcześnie, jeszcze w okresie szkolnym, temat zaczął mnie interesować wprost jako zagadnienie teodycei.

Prywatnie teodyceę nazywałem “próbami rozgrzeszania Dobrego Boga z faktu,
że istnieje Zło”.

Jako jedno z pierwszych i podstawowych wyjaśnień przyjmował, niezbyt oryginalnie, że Bóg g dał człowiekowi (i innym świadomym istotom stworzonym – czego świadomość już jest oryginalniejsza i przyszła później) wolność. Skutkiem czego korzystają oni (i one) z tej wolności także powodując zło. Najprościej ujmując.
Sama jednak tematyka wolności wikła się w różne mniej lub bardziej zauważalne problemy.

Ograniczę się tutaj do 2 dopowiedzi:

1) a propos istot świadomych – wydaje się, że o wolności , w potocznym rozumieniu, można mówić tylko w przypadku istot nie tylko świadomych ale i rozumnych (a więc nie w przypadku zwierząt, którymi kierują instynkty); w szczególności o wolności można mówić w przypadku istot trójmózgowych (terminologia wprowadzona przez G. Gurdżijewa), tj. dysponujących trzema elementami składowymi swej “istoty”:
– intelektualną (umysłową)
– uczuciową
– fizyczno-cielesną (motoryczną, instynktową) [uproszczenie wielkiego rzędu]

2) a propos samej “wolności” różnych bytów- jak się wydaje, przynajmniej w przypadku gatunku i populacji ludzkiej, wolność ta jest w dużej mierze iluzoryczna i przynależy tylko niektórym osobnikom, w realnym tego słowa znaczeniu; i tutaj zauważyć można następujący schemat, że im bardziej ktoś dopuszcza się czynów służących sobie (patrz wyżej), “złych”, tym bardziej traci wolność, popada w swego rodzaju uzależnienie. Nie powiemy tak raczej o osobnikach “przyzwyczajonych” do działania “w służbie innym” (a jednocześnie sobie, wg prawa, że “kto daje innym, daje sobie”): “uzależniony od kłamstwa” nie zgrzyta nam w uszach, jest obiegowe, powiedzenie jednak “uzależniony od prawdomówności” wydaje się niezdrowe, nawet na wyczucie językowe, prawda?
Wydaje się więc, że jeden sposób postępowania sprzyja zdobyciu realnej wolności (powiększaniu jej zakresu), a drugi nie sprzyja, wolność zabiera.
Są to oczywiście wielkie uproszczenia.

Stosunkowo wcześnie dostrzegłem także , że zło przyczynia się do dobra, w tym sensie że istnienie zła daje sposobność do czynienia dobra.

Trudno jednak powiedzieć by wszelkie “zło” można było uzasadnić albo wolnością bytów stworzonych albo potrzebą “kontrastu” dla dobra. Choćby kwestia sił wyższych sprowadzanych przez przyrodę czy też kwestia zapadalności na choroby – to proste obserwacje nie mędrca a jeszcze dziecka.

Zamiast wikłać się w szczegóły tego tematu mogę polecić pozycję książkową (z setek podobnych, ale tę “testowałem osobiście” i podejście autora zaliczyć można do bardziej rzetelnych i uczciwych, o co w tematyce dotyczącej i “Boga” i “zła”, paradoksalnie, niełatwo): John L. Mackie “Cud Teizmu. Argumenty za istnieniem Boga i przeciw istnieniu Boga.”

Pozycja dostępna dość szeroko, używane egz. w cenach ok. 5 – 15 zł.

Stosunkowo nie tak dawno zaakceptowałem fakt, że wolność nadana przez Boga (bytom świadomym, rozumnym) jest tak nieograniczona, że wcześniej wydawałoby mi się to niemożliwe/nieakceptowalne. Przykładowo: byty “służące samym sobie” (“złe”) mogą wywoływać zdarzenia, które normalnie przypisujemy siłom wyższym (siłom Natury), mogą też wpływać na występowania chorób, a także na takie fakty, jak przyjście na świat z deformacją/brakami intelektualnymi lub fizycznymi. Widzimy, jak na trudnym intelektualnie i empatycznie gruncie stawia nas wiedza, że coś takiego jest możliwe i że coś takiego się dzieje, na Ziemi, ludziom, tu i teraz oraz od dawien dawna.
Z tego, co dowiedziałem się w 2016 roku, w pewnym zakresie byty “złe” mogą też manipulować duszami innych bytów (co wydawało mi się wcześniej zbyt hardcorowe i zarezerwowane wyłącznie dla Źródła istnienia – to jest źródła danej duszy/dusz).

Pisząc “dowiedziałem się” nie mam na myśli tego, że “o czymś sobie przeczytałem”, a nawet, że coś wywnioskowałem z doświadczeń życiowych, lecz mam na myśli wiedzę, która została przekazana mi bezpośrednio (a stała się żywa w oparciu o doświadczenie różnego rodzaju) i wiedząc, że brzmi to zagadkowo i podejrzanie, zastrzegam, że wyjaśnienia już się pojawiały, choć często pomiędzy wierszami, i będą pojawiać się jeszcze, stopniowo, po trosze i w różnych aspektach, a podstawowa część wyjaśnień ujrzy światło publiczne w 2020.

Powyższe manipulacje należy w zasadzie odróżnić od sytuacji, gdy “negatywne uwarunkowania” typu chorobowego, zdarzeniowego itp. – mają miejsce w życiu (są przewidziane w doświadczeniu, na określonym etapie) danej osoby z przyczyn karmicznych. Są to wtedy konsekwencje własnych działań takiej istoty (a także działań, zaniechań lub konsensusów, ściągających pewne konsekwencje na większe grupy – także to zagadnienie jest niesłychanie kontrowersyjne i trudne do przyjęcia, jeśli nie otrzymało się na ten temat bardziej bezpośredniej wiedzy). Przykładem takich, bardziej generalnych i grupowych konsekwencji jest Upadek Człowieka (jako rodzaju, tutaj), który zdarzył się w czasach Pradawnych i do dziś powoduje – można powiedzieć – coraz gorszy stan ogólny (np wg schematu degradacji: Złoty – Srebrny – Brązowy – Żelazny wiek), upadek z którego w obecnym okresie Ludzie mają szansę się wydostać.
Będę o tym pisał oczywiście jeszcze nie raz, stopniowo coraz dokładniej.

Trudno jednoznacznie mówić o “źle”, jeśli rozumie się prawo karmy i zasadę jego działania (choć wydaje się prosta, może być jednak różnie rozumiana i często nie jest rozumiana właściwie). W tym kontekście, jeśli z prawa karmy wynika to, że spotyka nas “zło” ale wywołane działaniem innej jednostki, to można tutaj mówić, że jednostka ta, co do siebie, popada w negatywność, my sami jednak, doświadczeni takim złem, jeśli rozpoznamy, iż jest to skutek karmiczny (nawet bez świadomości czy akceptacji prawa karmy – w oparciu o intuicje i wyczucie tego, co egoistyczne z naszej strony), powinniśmy uwolnić się od “negatywnej” reakcji na to doświadczenie. W istocie otwiera się tutaj możliwość – poprzez zauważenie, że dana osoba, czyniąc nam “zło” przyczynia się jednak do naszej ewolucji (choćby wypełniając naszą karmę, czyli ją w jakimś zakresie niwelując) – do czegoś, co nazywa się “miłością naszych nieprzyjaciół”.

Jak mi osobiście się wydaje, potraktowanie takiego “wroga/nieprzyjaciela” raczej jako “nieświadomego nauczyciela”, zaakceptowanie faktu bez zatrzymywania w sobie negatywnych emocji, umiejętności “wybaczenia” (bezwarunkowo, bez żadnych starań ze strony winowajcy ani zastrzeżeń z własnej strony), przy czym: skoncentrowanie się na nauce, jaką dana sytuacja, zdarzenie itp. mogą mieć na przyszłość dla nas, jest trudnym, ale najkorzystniejszym dla nas rodzajem reakcji.
Oczywiście nie znaczy to, że należy uprawiać jakiś “masochizm” i celowo wystawiać się czy prowokować negatywne doznania. Jest tutaj niebezpieczeństwo dostrzegane tak przez psychologię jak ezoterykę, i konieczna jest rozwaga (przezorność), i umiejętność odróżnienia. W szczególności, z osobnikami takimi, “nieświadomymi nauczycielami’ należy szukać asertywnego ograniczenia lub zerwania (jeśli to możliwe) kontaktu.
NIe da się obronić twierdzenia, powtarzanego czasem w różnych religiach, że cierpienie i “doznawanie zła” jest dobre, bo nas rozwija, czyni szlachetniejszym i już – i dlatego, należy cierpieć, dobrze jest cierpieć, czy rytualizować cierpienie na różne sposoby (co przecież było tak częste w historii).
Taki stosunek do rzeczy stanowi już wynaturzenie i tego rodzaju “cierpiętnictwo” ściąga samą cierpiącą osobę w negatywność, pozbawia ją energii, zamiast wzmacniać i trudno dopatrzeć się w tym jakichkolwiek pozytywów.
I słowa te nie odnoszą się do jakichś dawniejszych religii ofiarnych, przynajmniej nie tylko – odnoszą się jak najbardziej choćby (a może przede wszystkim!) do chrześcijaństwa, które zostało od źródeł i niemal od czasu powstania – zatrute. Choćby symbolicznie.

(…)

Następna dygresja i refleksja – kwestia SZKOŁY

Dlaczego Źródło (Bóg) nie czyni istot powołanych do wolności od razu doskonałymi czy bardziej doskonałymi, tj. “wybierającymi zawsze lub przeważnie “pozytywny” schemat “postępowania”, bardziej świadomymi, itd. itp.?

Poza oczywistą – nieoczywistą odpowiedzią, że przeczyłoby to de facto przydanej wolności, wydaje mi się, że fakt, iż – choćby ludzie – są z zasady, od chwili narodzin, projektem “niekompletnym”, “niedokończonym” i dopiero mają możliwość ewolucji (czy też stania się “człowiekiem” w węższym, bardziej ezoterycznym rozumieniu) w pozytywnym kierunku (lub regresji w negatywnym) – wynika z tego, że świat (a przede wszystkim, jak widzimy, świat materialny, gdzie dusza jest związana z materią i doświadcza materii) jest wielką szkołą,

W szczególności można powiedzieć, że takie “niedokończenie” bytów nie jest jakąś Bożą złośliwością (lub przeoczeniem czy fuszerką, na temat której układa się dowcipy – nie czyni też tego świata najgorszym ze swiatów – jak chciał i miał do tego swoje powody, choćby Schopenhauer i wielu innych wybitnych i dużo odczuwających myślicieli). Kwestia hierarchii doskonalenia się bytów, metafor i teorii zbliżonych do neoplatonizmu, gradacji promienia istnienia, “wygasania” wibracji, kabalistycznego “rozbicia naczyń” jest tutaj bardziej złożona i pewne podstawy kosmologiczne wydaje się posiadać.

Z powodów “psychologiczno-dydaktycznych” nauka określonych “umiejętności” kluczowych dla wysoko świadomej istoty, musi odbywać się od stanu pewnej “surowości” – po prostu inna nauka nie byłaby tak naprawdę nauką, a całość zamieniałaby się w projekt, który – w pośredni sposób, zmusza stworzone istnienia do “miłości” Boga – czego Źródło oczywiście nie chciało .

Kto z nas chciałby zmuszać do miłości?



Źródło dało w prawach Świata – Stworzeniom wolność w absolutnym rozmiarze (stąd przydanie tak absolutnego wymiaru wolności i możliwości jeśli chodzi o działania bytów na drodze “zła”).

Inaczej mówiąc “kochać trzeba się nauczyć” (dobrowolnie, oczywiście) – niemożliwe jest stworzenie “od razu” istoty, która “umie kochać”, gdyż tego rodzaju umiejętności rodzą się tylko poprzez zdobywanie doświadczenia istnieniowego, w szczególności poprzez kontakt z innymi istotami.

Gdyby były wszczepione – byłyby automatyzmami. Niewolą (choćby instynktu). A jednak kiedyś właśnie automatyzmy (“automatyzm namiętności”) wydawały mi się warte poszukiwania i ocalenia jako typowe dla “stanów zakochania”, którym magii odmówić nie sposób (i które współczesna nauka analizuje od strony biochemicznej). Napisałem na ten temat, 10 lat temu, niedokończoną książkę (“Dialektyka związków miłosnych”), która, jak wiele niedokończonych rzeczy z przeszłości, po latach okazuje się materiałem, który miałem wykorzystać w całości już innej, przerobione (a wcześniej przeżytej) gdy nadejdzie właściwy Czas.


Są to oczywiście wielkie uproszczenia.
Wiele osób może zauważyć, że pomijam tak zasadnicze, filozoficzne (i nie tylko) ujęcia czy też aspekty tematu, jak kwestia dualizmu w ogóle. Tak, pomijam, pisząc prosto od siebie, wybiórczo, z przyczyn poruszonych na wstępie – w tej chwili przynajmniej, może także dlatego, że teraz jeszcze nie mam pomysłu na omówienie tego rodzaju aspektów w sposób wystarczająco syntetyczny, skrótowy.

Także stosunkowo niedawno, trafiły do mnie bardziej generalne potwierdzenia, dotyczące tego, że “zło” istnieje także w sposób konieczny dla “ruchu” i “ewolucji” jednostek już na drodze pozytywnej. Okazało się, że potoczna oberwacja, iż życie, które jest całkowicie spokojne, zadawalające, w którym brakuje przeciwności wszelkiego rodzaju, popada w gnuśność i zastój, jest bardziej uniwersalnie prawdziwa.

Bardziej ogólnie, w teoriach kosmogonicznych (dotyczących powstania, genezy Wszechświata), w tym porusząjących aspekty czysto fizyczne, zauważa się, że gdyby Świat stworzony byłby światem absolutnie doskonałym, byłby niejako światem martwym (pozbawionym ruchu, zmienności, typowej dla Życia).
Obrazowo i trochę pseudonaukowo można tutaj przywołać: różnicę potencjałów (plus, minus), która powoduje przepływ prądu elektrycznego.
Tak więc konieczność istnienia “negatywności” (cienia, ciemności, “zła”, rezultatów zachowań bytów świadomych) itd.) może być postrzegana jako bardziej podstawowa dla możliwości zaistnienia ŻYCIA i EWOLUCJI DUSZ w ogóle, jako celowego zakłócenia idealnej harmonii Stworzenia), przewidzianego przez Źródło, i koniecznego dla pozytywnej ewolucji elementów i bytów. A także, z pewnych względów dotyczących samego “Źródła” i podstawowych praw związanych z jego istotą.

Z różnych omówien tematu, wśród ezoterycznych, najbardziej reprezentatywne wydaje mi się omówienie tego tematu w dość nowej pozycji (2012, ebook późniejszy) – która mi samemu umożliwiła lepsze zrozumienie wielu teorii i pojęć wprowadzanych przez G. Gurdżijewa oraz ukazała nowe konsekwencje takiego rozumienia. Książka może wydawać się trudna, ale zaręczam, że moja znajomość języka angielskiego jest bardzo elementarna, a oczytanie wśród zarówno pozycji z zakresu hermeneutyki jak ezoteryki spektulatywnej (choć może bardziej jednak empirycznej – wszak wiedza Gurdżijewa brała się głównie z doświadczeń na ludziach) – mizerne. A jednak ksiażka wciąga i inspiruje, zasadnicze treści zrozumiałem lepiej, niż były one prezentowane bardziej z pierwszej ręki, czyli przede wszystkim w samych pismach G. Gurdżijewa.
Kosmologia i kosmogonia Gurdżijewa może wydawać się prymitywna, ale teogonia, nieodłącznie z nią związana już taka nie jest – z wszystkich znanych mi podejść i wyobrażeń na pewno warta jest uwagi.
Sam Gurdżijew pewne rzeczy celowo (a częśc może i niecelowo) plątał i komplikował
a nawet w ogóle nie przedstawił – dlatego wskazuje pozycję, która udanie te supełki stara się rozwiązywać i najistotniejsze braki uzupełnia w sposób nadzwyczaj iluminujący.

Książka ta jest autorstwa Mohammada Tamdgidi , pod tutułem:
Gurdjieff and Hypnosis: A Hermeneutic Study“, czyli po polsku: “Gurdżijew i Hipnoza. Studium hermeneutyczne”, (dostępna tylko w jęz. angielskim)

Choć pozycja ta jest zaawansowanym omówieniem, to jednak pewne kwestie, nie dość jasne u samego Gurdżijewa a także u jego wcześniejszych popularyzatorów (jak choćby P. D. Uspieńskiego) zostały tutaj ukazone i wyjaśnione przejrzyściej i lepiej,
i dotyczy to także zagadnień, które wprost łączą się z tematem, który tutaj rozważamy.
Fragmenty tych rozważań będę zapewne omawiał – być może na blogu, a być może jeszcze gdzie indziej, w następnym, 2020 roku.

(..)

Na koniec kilka luźniejszych dygresji w temacie.

Już Arystoteles stwierdzał, że “dobro jest celem wszelkiego działania” (o ile pamiętam w dziele napisanym dla syna Nikomacha). Można rozumieć to tak, że zasadniczo każdy działający będzie postrzegał swoje działanie jako zmierzające do czegoś, co nazywa dobrem, czy dobrym.
Wydaje mi się i chyba można to obserwować, że stosunkowo mały odsetek ludzi “chce czynić zło świadomie” (i złem, to co czyni i jakie skutki – świadomie – wywołuje, nazywa to przed samym sobą).
Są to głównie psychopaci, ludzie całkowicie pozbawieni empatii, sumienia etc.
Ale nawet psychopatom – to, jakie konsekwencje – dla innych – wywołują – bywa częściej po prostu raczej obojętne. Dążą do zaspokojenia swoich instynktów bez względu na to, jakim kosztem się to odbywa i dla nich samych jest to “dobre”, przyjemne, podniecające.
O wiele częściej można “stać się złym” w taki sposób, że stopniowo dochodzi do coraz większego zakłamania samego siebie, do coraz większego “rozszerzenia”/uelastycznienia czyjegoś sumienia.

Kwestia jest dość znana i omawiana na różnym tle (choćby w doktrynie chrześcijańskiej i kościele – tym polskim, katolickim, teoretycznie – co o tyle tragikomiczne, że de facto jakby w zupełnej opozycji do tego, co przedstawiciele tego kościoła sami czynią, choćby w wymiarze publicznie reprezentowanym, i co przecież wszyscy ludzie, którzy mają choćby jedno oko – widzą).

Kwestia brnięcia w błąd, w określoną drogę życiową, na której, poszczególne czyny i zaniedbania kumulują się i sprawiają, że coraz trudniej zmienić kierunek (i siebie zmienić), wycofać się jest znaną wiedzą i nader typową sytuacją życiową. Psycholodzy wiedzą, że człowiek robi często wszystko, by tylko nie musieć przemyśleć czegoś podstawowego od nowa, zweryfikować swojej postawy, a im dalej poszliśmy w kierunku samookłamań i zaniedbań tym trudniej nie tylko zawrócić, co nawet skorygować kierunek, więc najczęściej jest coraz gorzej.

Ze wszystkich kłamstw zatem – najszkodliwsze jest okłamywanie samego siebie.

[Tutaj poprawiłem – przykładowo – literówkę – “najszodliwsze”, która przypomniała mi, że kiedyś projekt filmowy nazwałem “szod”, od hebrajskiego słowa, oznaczającego “spustoszenie”, “nieszczącą moc potęgi” (a słowo to zmienia się, i odwrotnie, w słowo “Pan – Wszechmogący” (Szaddaj) po dodaniu malutkiej hebrajskiej literki “jod”.]. Zatem: albo wszechmoc albo wolność?

Nie tylko dla innych, ale także dla tego, kto sam się okłamuje, kto jest wewnętrznie zakłamany.

Poza wszystkim tym, co już zostało powiedziane – sprawia to, że taka osoba nie wie, kim tak naprawdę jest, nie widzi samej siebie.
Nie wiedząc zaś, kim jest – nie może się zmienić.
Tymczasem wszelka ewolucja człowieka jest związana z jego głęboką zmianą, inaczej czeka nas tylko regresja. Jest to widoczne nader wyraźnie w obecnej dobie.

Dlatego Izaak Syryjczyk pisał: ” Kto ma możliwość zobaczenia samego siebie, jakim naprawdę jest, szczęśliwszy jest niźliby widział anioły”.

15 lipca 2016

.

3 i 4 (ale też 22) – Te, Deum

William Blake, grafika z początku “Jerusalem”

Dziś jest Czwartek, 10.10. i wypada weń wigilia.

— No.. Spóźniony ten bloger trochę (pomyśli uważny Czytelnik* i uśmiechnie się pod wąsem; lub meszkiem..).

*choćby taki, który był już (albo będzie, na jedno wychodzi, gdyż Było, Jest i Będzie, jednym jest .. albo będzie?) na innej wigilii (tu/tam**).

** “Parsifal:
– Zrobiłem niewiele kroków, a zdaje się, że przebyłem szmat drogi.

Gurnemanz:
– Widzisz, mój synu, tutaj przestrzenią stał sie czas.

(Philip K. Dick “Valis”)***

[Trochę z innej beczki: Podoba mi się idea, że po śmierci nasza Czaso-Przestrzeń zamienia się, na pewien “okres” w Przestrzenio-Czas” i jest to tzw. Przegląd Życiowy, służący rozwojowi naszej świadomości (tudzież odczuwania i rozumienia emocjonalnego, co zawiera się w świadomości ale warto podkreślić) – chodzimy wtedy po różnych sytuacjach z naszego przeżytego już życia jak po pokojach, oglądamy esencjonalne sytuacje, “odczuwamy” co czuła “druga osoba” podczas danej interakcji emocjonalnej,..etc.etc.. innymi słowy: poprzez aktywny uczestniczący przegląd “odbytego szkolenia w danej klasie” – utrwalamy wiadomości ..choć nie zawsze tak to zgrabnie i fajnie wygląda, bo – jak wiemy – w szkołach bywają i prymusi ale także i leserzy, drugoroczni i…
[tak mniej więcej pamiętam została ta kwestia obrazowo przedstawiona w przekazie zwanym “Ra*”, z którym zetknąłem się kiedyś przypadkowo i mogłem go porównać z innymi przekazami na temat pierwszego okresu życia po-śmierci. Oczywiście, logicznym jest też, że okres/stan/przestrzeń “Bardo
” jest zróżnicowany i zależy/bazuje na bagażu kulturowo-wierzeniowo-wizualno-poznawczym danej osobowości (wykształconej w danym życiu aspektu duszy] (takie moje uproszczone ujęcie)

PS
Lwy i Tygrysy mogą skakać w Bardo…(wzwyż, co jest naturą skoku..) – czy to nie interesujące?
Kto jest zainteresowany?

Może kiedyś poskaczemy wspólnie..
nawet i przed bardo. Ba!



***[tą niezamierzoną synchronicznością – przyznaję, że pamiętam o tym, że następny odcinek “Nowego Człowieka” ma się zacząć fragmentem powieści Philipa K. Dicka; te słowa zaś pochodzą z “Valis”, innej jego książki, która jest ciut zbyt potencjalno-sur(sic!)realistycznie rozstrzepana, by ją tutaj przywoływać z pożytkiem dla Czytelnika (dla rozrywki jego to i nawet, ale dla Sprawy – wprowadzić mogłaby za dużo zamętu, jakby go i w okół (eh) realnym świecie nie było nazbyt dużo****

*** *Sprawa Ta, sercu droga, Pleoroma, to – poza szerszymi opisami (które do końca 3-2-um [zob. niżej] ]się opublikują już) – innymi, krótszymi słowami, sprawa uporządkowania Na Nowo czyli Odmienienia tej części chaosu, której tak nazbyt dużo.


(c) prof. dr hab. Arkadiusz Jadczyk (można poczytać i pooglądać np. tutaj..)

A jednak, będę się upierał, że dziś jest wigilia.
Wiigila to tzw. dzień poprzedzający.
Co jednak poprzedza?
Na pewno – przychodzi po – wyjątkowo długim okresie nieopublikowania tutaj żadnego wpisu. Tak, to prawda. Ale z tym i ta cała heca związana.

Wigilia etymologicznie oznacza  vigilia znaczy ‘czuwanie, stróżowanie, warta’ (od: vigil ‘straż’, vigiliare ‘czuwać’).  Dzień poprzedzający Boże Narodzenie zaczęto tak nazywać w dawnych wiekach dlatego, że w tę wyjątkową noc pierwsi chrześcijanie spędzali czas na vigiliach, czyli na dwunastogodzinnym czuwaniu i modlitwie (od szóstej po południu do szóstej rano; vigilia była ‘częścią nocy równą trzem godzinom’). Owe vigilie dzielono umownie na cztery wieczorno-nocne okresy: zmierzch, północ, kuropianie i ranek. Wraz z nastaniem zmierzchu kończył się okres adwentu (Adwentu). Vigilia była częścią nocy równą 3 godzinom.
[przypomina Maciej Malinowski w poradach językowych]


Będą zatem trzy ważne dni (niekoniecznie świąteczne, poza tym – jak zwykle – mówiąc o sprawach ducha a nawet sacrum – niekoniecznie muszę mówić w duchu jakiejś religii czy “wiary” (czy o niej). Nie raz już tutaj zaznaczałem, że nie jest to konieczne.
Ale.. to możliwa jest wigilia.. nie tylko bez “Bożego Narodzenia” ale i bez – świąt – w sensie – religijnym właśnie?
Nie wiem czy jest możliwa w szerokiej świadomości zbiorowej, ale ja właśnie piszę o niej indywidualnie, przedstawiam niejako propozycję dla Waszej – zapewne niezbyt szerokiej ale elitarnej, świadomości zbiorowej. Ci, którzy czytacie i się zastanawiacie.

Piątek (11.10), sobota (12.10) i niedziela (13.10) będą tymi dniami – i dziś, poprzedza je właśnie wigilia. Ale jakie to święto, co to za Triduum?
Kogo to znowu powiesili.. czy usmaż.. ukrzyżowali?
Na pamiątkę kogo, komu wyrwano serce, czekamy z drżącymi sercami odświętnego dnia?

A więc nastąpią Trzy dni po dniu dzisiejszym, czyli Wigilii (tego 3-2-um).

Co to za święto, co to za święte dni, co to za okazja?

Żadna. Jutro (Piątek) będę pracował, w Sobotę będę pracował i w Niedzielę będę pracował.
I co, tylko tyle?
I jak to – jakoś tak, że nawet odwrotnie: zamiast “dzień święty święcić” – to harować? Tyrać? Groszorobić? (to akurat nie), Pracować w takie – nieświęta, ale święta?

Trzeba. Bo jest potrzeba a Czas płynie.
Choć tak naprawdę to wszystko Stoi w miejscu,
i wszyscy stoimi w bezruchu – w bezczasie, w miejscu,
i tylko – w przestrzeni – w kierunku naszego serca – przesuwa się grot..Nie,
przesuwa się Taran, który (je przebije), nas wszystkich wgniecie w Podziemię i zmiecie z tej Planety.

Tak więc konieczne jest 3-2-um, jak słychać (to nie zbliża się bynajmniej na łapkach kota, ale łapki kota trochę łagodzą sprawę, bo niosą pomoc, wiedzę i wsparcie – w granicach wolnej woli – tym, którzy ją jeszcze mają).

Trochę hermetyczny się ten wpis robi. I przez tę chwilę, póki jest sam, niech i taki będzie, hermetyczne zamknięcia sprzyjają aseptycznym warunkom gdy planuje się operację na żywym sercu.

Pamiętam, że Ostatnio – czyli stosunkowo Dawno (ach ten Niemiłosierny Heropass – Czas) pisałem, że następny (wypadałoby więc, że ten) wpis rozpoczniemy od dobrej prozy i mogłem już niejednego zwolennikowi intelektualnej profetyczności i spekulatywnego wizjonerstwa (bo przecież nie fantastyki… fantastyka to jest to, co piszą w gazetach i pogadują w telewizjach) narobić smaka na grubego Konia.

Ale co się odwlecze to nie.. (bo przecież Czas nie istnieje, a tylko szerokość naszego rozumienia, świadomości i głębokość naszego odczuwania i współpromieniowania (tym, co powołuje istniania, i jest obrzydliwie nadużywanym pojęciem na literę zgodną z moim inicjałem imienia).
Dobiega końca zatem (dosłownie, zostało jej 5x60xdrgań atomu Cezu) ta wigilia trzech dni pracy, w trakcie których, mogę powiedzieć, że zdarzyło się już to, co miało,
czyli:
– m.in. spacerowałem z Pelikanem,

Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Kraków, 10.10.2019 AD (foto z telefonu kom.)
Mój dom – widać akurat moje piętro (7).

– dokończyłem podstawowe robótki pajęcze na Trzecią Noc i Trzeci Dzień, Niedzielę Wolnego Wyboru (przynajmniej podstawowe zajawki na trzech najważniejszych jeszcze łysych czyli P1, P2 oraz SITS- wg schematu webringu Pleoromy – brakujące z https://dakunin.com) ,

pojawiłem się w wielu miejscach naraz ciałem i licem (chyba jednak nie skorzysta(łem) ze starego lecz założę(łem) nowy kanał YT w tym celu, oraz na Vimeo);

[tutaj będzie link w Niedzielę 13.10]

po to, by każdy:

Kto szuka,
mógł znaleźć.

Albowiem, jeśli nie zrobione i nie Istnieje tam – gdzie ma być znalezione – ten, który szuka – nie znajdzie! A jak tak może być? Ja się pytam?
Tak być nie może.
Bóg musi brać odpowiedzialność za słowa i obietnice.

Dlatego trzeba temu Bogu pomagać.

New Demiurg Industries – Marat Dakunin A.D. ca 1998

[W tej Zapowiedzi Triduum czyli Przemyśleniach Wigilijnych – napisanych magicznie – by zwielokrotnić Siłę (8) – wystąpiły(ją) także cyferki: 10, 1, 2, 3 i 4 (oraz jak zawsze 5 i 8) i robocze (22) [jak zauważyłem postfactum.. tean stpe non spein wielachwicz chtran

Powerful and Beautiful Artwork (c) Jacqueline Payne https://www.facebook.com/jacqueline.payne.758

And 7, 5 and 8 are not by chance here..