Nowy Człowiek na Nowe Czasy (Odc. 22)

Dlaczego człowiek powinien porzucić „dom rodzinny”, porzucić znane terytorium i udać się w takie dzikie ostępy?

Na takie pytanie można dać więcej odpowiedzi, więcej domysłów, wychodząc poza ten fragment, ten odcinek – kolejny już – omawiania psychologicznego (i ezoterycznego) znaczenia przypowieści ewangelicznych.
Każda dojrzałość, wzięcie na siebie odpowiedzialności – conajmniej za siebie samego – to symboliczne opuszczenie domu.

Uwaga na marginesie: Koty w warunkach ziemskich opuszczają dom rodzinny wyjątkowo późno. Może to mieć dobre strony, gdy uda się opanować złe.


Można też powiedzieć:

“Życia duchowego nie można prowadzić na przedmieściu. Zawsze znajduje się na niezbadanych terenach, a my, którzy nim żyjemy, musimy zaakceptować, a nawet cieszyć się, że pozostaje ono nieoswojone.”
(Howard Macey)

Kolejna uwaga na marginesie głównego toku tego wywodu:
J. Eldredge, autor bardzo ciekawej, godnej częstszych przywołań,

książki “Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”

tylna strona okładki rzeczonej książki

(można spokojnie polecić ją szukającym czysto laickiej wnikliwej i nie tak oklepanej psychologii, choć wydana jest i po części osadzona w duchu religii chrześcijańskiej) zauważa:
“Ewa została stworzona w granicach bujnego piękna rajskiego ogrodu. Adam jednak, jak pamiętacie, został stworzony poza Rajem, w dzikiej przestrzeni. Zapis naszych początków w drugim rozdziale Księgi Rodzaju przedstawia to wyraźnie. Mężczyzna został powołany do życia na zewnątrz, w nieoswojonej części stworzenia. Dopiero potem zostaje zaprowadzony do Edenu. I odtąd chłopcy nigdy nie czują się dobrze w domu, a mężczyźni cierpiana nieuleczalną tęsknotę odkrywania. Tęsknimy za tym, a kiedy to zrealizujemy, zaczynamy żyć naprawdę. John Muir powiedział, że
kiedy mężczyzna wychodzi w góry, wraca do domu.”
[Patrząc na ten fragment Ktoś czy Któraś z Czytelników, Czytelniczek, może zastanowić się, czy aby pozycja ta nie jest przesiąknięta, niestety zakorzenionemu
w chrześcijaństwie (które jednak, jak już kilka razy dopowiedałem w różnych wpisach,
w istocie jest tylko i aż jedną wielką parodią swej genezy i początków), patriarchalnemu zboczeniu? Nie, nie jest, z tego co pamiętam (większe fragmenty tej książki). Jest rozsądna i potrafi pięknie i celnie mówić też o Kobiecie bez stawiania jej w jakiejś podrzędnej roli.]

Człowiek (Jezus) jest głodny chleba, ale nie w literalnym znaczeniu, lecz tego chleba, o który prosimy w Modlitwie Pańskiej, tak błędnie przetłumaczonego jako „nasz chleb powszedni” – chodzi o chleb transsubstancjalny, o wskazania na drogę, i literalnie raczej o chleb na dzień jutrzejszy, tak naprawdę, to znaczy na to, co wiąże się z rozwojem naszego życia, nie tego życia, jakim ono jest – w dniu powszednim, w codzienności, ale takiego, jakim jutro może się stać, chodzi o chleb, który da nam niezbędną energię do wewnętrznego rozwoju i wzrostu, o pożywienie, które przyniesie sukcesywnie kolejne fazy w pogłębieniu naszego zrozumienia.

Modlitwa Pańska, na marginesie, jest bowiem modlitwą o rozwój wewnętrzny i prośba o chleb jest prośbą o rodzaj zrozumienia niezbędny to tego.

[Modlitwa ta, popularne w jęz. polskim “Ojcze Nasz” (łać. Pater Noster) doczekała się też wielu bardziej lub mniej ekwilibrystycznych interpretacji i alegorii, w tym numerologicznych, kabalistycznych i .. eklektycznych (przyciągających bogactwem wyprowadzanych znaczeń, jak przykładowo, z pamięci, wydaje mi się, intepretacja Martynistów. Ezoteryczną interpretacją tej modlitwy zajmiemy się w swoim czasie]

W takim stanie „dzikości” pokusą jest samemu uczynienie chleba dla siebie, to jest, pójście za swoimi własnymi ideami, za swoją własną partykularną wolą. Tak dokładnie postąpili budowniczowie Wieży Babel, którzy użyli własnych materiałów, cegieł i mułu, w miejsce kamienia (skały) i solidnej zaprawy. Sądzili, że mogą zbudować nowy świat ze swoich własnych idei. Dlaczego jednak ktoś nie powinien zdać się raczej na siebie samego i na to, co płynie z powszedniego dnia, niż czekać czegoś, co wydaje się wątpliwe?

U Mateusza odpowiedź Chrystusa na to kuszenie brzmi:

Lecz On mu odparł : « Napisane jest : Nie samym chlebem żyje człowiek , lecz każdym słowem , które pochodzi z ust Bożych »
(Mateusz, IV, 4)

Zobaczmy jasno, że diabeł podpowiadał Chrystusowi by przemienił, dla siebie i swego głodu, kamień w chleb – to jest, aby nie czekał na jakieś Słowo Boże.
Szatan mówi: „Jeśli ty jesteś Synem Bożym, rozkaż tym skałom by stały się chlebem”, co oznacza: pożyw się swoją własną siłą i rozumiem, ideami.
[Może to też oznaczać, jeśli pamiętamy, co w odwiecznym języku przypowieści oznacza: “skała” – kuszenie do tego, by zatrzymać się na najbardziej podstawowej, nieelastycznej, wyrytej w “kamieniu” Prawdzie, którą, jak już wiemy, choćby z Odc. 14 (dość popularnego, z tego co widzę) – można się poranić. Nicoll takiego odniesienia tu nie czyni, ja idę za swoją ideą (pomysłem), by takie dodatkowe powiązanie tu wskazać. Nie zawsze, mam tutaj nadzieję, pójście za swoją ideą – jest złe. To zależy – diabeł tkwi w szczegółach i w kontekście – prawie zawsze.]

Ale misja Chrystusa, która rozpoczęła się niezwłocznie po tych kuszeniach w odludnym miejscu, nie polegała na produkowaniu prawdy i znaczenia przez niego samego, ale na zrozumieniu i nauczaniu Prawdy i znaczenia Słowa Bożego – to jest tego, co należy
i pochodzi z wyższego poziomu wpływów. Test dotyczył woli samego człowieka (samowoli) i woli wyższego rodzaju i człowiek powinien wybrać wolę Boga – a nie swoją własną.

Człowiek, jak wtedy Chrystus, powinien niższy, ludzki poziom siebie samego wznieść
i oddać pod kontrolę woli wyższego poziomu, boskiego rodzaju. To właśnie ten niższy ludzki poziom jest tutaj tym, co podlega kuszeniu – jest on oczywiście w Jezusie, jako urodzonym z ziemskiej matki.

Pomylić niższe z wyższym oznacza zniszczenie człowieka, gdyż wtedy przypisuje on sobie coś, co do niego nie należy.

A do kogo, tak naprawdę, należy COKOLWIEK – i co to jest to tzw. “święte prawo własności” czy dziedziczenia, tak chronione od wieków przez tzw. “kościół chrześcijański”? Czy aby nie jest to kolejna “przedwieczna” (ale tylko w ludzkiej rachubie wieczności, która jak wiadomo – jest ledwo machnięciem skrzydeł komara) kradzież – bezczelne przyznanie sobie tego, co należy tylko do Całości (i Odwieczności), czyli jest boskie? [pytania wtrącam mocno poza nurtem parafrazy Nicolla – ja, Marat]

W ten sposób człowiek jest kuszony, by uznał „Jestem Bogiem” a nie „Bóg jest mną”.

Jeśli powie: „Jestem Bogiem” identyfikuje siebie z Bogiem, ale czyni to z niższego poziomu, co niszczy w nim pierwiastek boski, człowieczeństwo.

Jeśli zaś powie: „Bóg jest mną”, poddaje wtedy siebie, swoją wolę i czyni wolę Boga swoim „Ja”, tak więc to co w nim niższe musi ustąpić przed tym, co wyższe.

Zauważmy, że Szatan zwrócił się do Jezusa podkreślając: „jeśli ty jesteś Synem Bożym”, co sugeruje, ze Jezus może czynić co mu się podoba, tak jakby był po prostu na poziomie Boga.

To wszystko, ten potencjał, był w Jezusie – miał w nim miejsce.

Jakkolwiek to kuszenie może być odebrane całkiem prosto, jako odnoszące się do próby powstrzymania pewnych apetytów, w tym przypadku dosłownie głodu, jest raczej jasne że inne i głębsze znaczenia znajdują się ponad literalną interpretacją i wiążą się z całością problematyki miłości własnej i pokusy siły, władzy – w którym to ludzka natura jest zanurzona. Jak wiemy, Jezus miał w sobie jak najbardziej ludzką naturę.
Zadaniem była jej transformacja.

pustynne lotnisko w Egipcie;
Szatan – w kolejnym kuszeniu – ukazał Człowiekowi (Jezusowi) cały świat (wszystkie królestwa) z góry – lecz raczej nie z samolotu
na pustynnych drogach oprócz Szatana i Jezusa można spotkać też rzeczy bardziej puszyste, i czasem niestety ginące pod kołami (ten kot miał szczęście, przykleił się do szyby – jak widać – od strony ogona i tyłu..

Następny wpis, jutro, będzie w całości wypełniony fotografiami.

Te zaś – z dzisiejszego (4 listopada 2019) wczesnego już (zegarowo) końca widnego dnia.

Gdy zaś te scenerie wydają nam się zbyt niepokojące tak kształtami (pewnymi..) jak barwą, dajmy oku odpoczynek na:

In Cloud’s smile We Trust – W Uśmiechu Chmury Pokładamy Nadzieję.
Czy taka będzie dewiza na przyszłym środku płatniczym? Czy będą przyszłe środki płatnicze? I nie o czasy chipowania tu chodzi i znamienia VISA, a o Czasy Po tych Czasach.

Nowy Człowiek na Nowe Czasy (Odc. 21)

(fotografia nieba – chmur; wyjaśniam dla rozwiania wątpliwości czy domysłów)


Zobaczymy lepiej, czym jest i jak rozumiany może być diabeł – szatan, gdy zrozumiemy lepiej co tak naprawdę oznacza kuszenie.

W opisie kuszeń u Łukasza wspomniane jest, że Jezus „przebywał w dzikich ostępach przez 40 dni”, będąc kuszonym przez diabła. Liczba 40 pojawia się także, przykładowo, w historii dotyczącej Potopu, gdy deszcz padał nieprzerwanie przed czterdzieści dni
i nocy, w alegorycznej opowieści o tułaczce dzieci Izraela, tułających się czterdzieści lat na pustyni (tak samo, w „dzikich ostępach”), jest także powiedziane, że Mojżesz pościł przez czterdzieści dni i nocy zanim otrzymał Przykazania na kamiennych tablicach.

Tutaj, u Łukasza, 40 dni w „dzikości” bezpośrednio odnosi się do idei pokuszeń:

Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu, a wiedziony był przez Ducha na pustyni czterdzieści dni, i był kuszony przez diabła. Nic przez owe dni nie jadł, a po ich upływie poczuł głód.

(Łukasz IV, 1 -2)

Wtedy następuje opis pierwszego kuszenia związanego z powyższym okresem, które jest przedstawione w ten sposób:

Rzekł Mu wtedy diabeł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem».

(Łukasz IV, 3)

Spójrzmy wpierw na powierzchowny, literalny, pierwszy poziom znaczeniowy. Chrystus poczuł głód i diabeł zasugerował, by przemienił, dla siebie, kamień w chleb.
Jezus odpowiedział:

Odpowiedział mu Jezus: «Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek».

(Łukasz IV, 4).

Na tym literalnym, powierzchownym poziomie jest to tym czym się zdaje – kuszeniem
o typowo fizycznym, cielesnym charakterze. Pamiętajmy jednak, że zostało powiedziane, że Jezus pozostawał w dzikich ostępach przed 40 dni, będąc kuszonym.
Jeśli dosłownie potraktujemy te ostępy, jako fizyczne miejsce – choćby dziki, odludne tereny, pustynię, jak to jest, że nic nie jest powiedziane na temat tych kuszeń, które przez ten cały czas miały miejsce? Można po prostu powiedzieć, że głodował na odludziu.

A tutaj bynajmniej nie odludzie, a plac przed Tesco


Jednak w połączeniu z zagadnieniem wewnętrznej rozwoju i ewolucji powinniśmy przez to pojęcie „dzikich terenów”, odludzia czy pustyni rozumieć pewien stan umysłu, ducha, stan wewnętrzny, porównywalny w czymś zewnętrznie mogącym być opisanym, to jest stan, gdy nie ma niczego, czym może kierować się człowiek, gdzie nie jest już pośród znanych sobie rzeczy i w przyjaznym otoczeniu.

Jest to dzikość strapienia, dezorientacji i zamętu, wewnętrznego zakłopotania i konsternacji, gdy człowiek jest w całości pozostawiony samemu sobie, co jest testem;
i nie wie w którym kierunku się udać a nie może udać się po prostu w swoim własnym kierunku, nie powinien.

To samo w sobie wystawia na pokuszenie, przez cały ten czas gdy jest pozbawiony znaczeń i drogowskazów, głoduje z braku zwyczajowych znaczeń.

Przepraszam za dłuższy okres niepisania na blogu.
Jutro następny wpis.

Nowy Człowiek na Nowe Czasy odc. 20 + jetzer ha-tov

W poprzednich częściach zajmowaliśmy się już kuszeniami, a zakończyliśmy na takich dwóch akapitach:

(…) Przypomnijmy sobie wprzód, że ta koncepcja ludzkości, jaka jest przedstawiona
w ewangeliach, ludzkości w pierwotnym, zastanym stanie, jakby we śnie, nieprzebudzonej, jest taka, że ludzkość znajduje się pod panowaniem Szatana, obraz przedstawia człowieka, który jest nawiedzany przez złe duchy. Oznacza to, że człowiek znajduje się pod panowaniem złych impulsów, wpływów i nastrojów, które personifikują nieczyste duchy, których celem jest zniszczenie człowieka i rasy ludzkiej. Koncepcja ewangeliczna przedstawia człowieka nieustannie ściąganego w dół przez siły zła, które są w nim samym, nie gdzieś niezależnie na zewnątrz, i którym człowiek się podporządkowuje, daje posłuch.

Poprzez ten posłuch i brak lub niedostateczny odporu tym złym siłom, postęp w ludzkim życiu jest wstrzymany. Te złe siły są w samym człowieku, w jego naturze,
w naturze jego miłości własnej, jego egotyzmu, jego ignorancji, głupocie, małości, próżności, a także w jego myśleniu i postrzeganiu tylko pod wpływem i za pomocą zmysłów tylko tego, co widzialne, zewnętrznych pozorów życia i świata, jako jedynej rzeczywistości. Te skażenia są łącznie nazywane diabłem, szatanem, który jest złowrogą potęgą niezrozumienia, nieporozumienia i błądzenia co do wszystkiego, co do taki nierozwinięty człowiek posiada, co go dotyczy, siłą błędnego łączenia rzeczy i interpretacji rzeczywistości. Diabeł jest agregacją tych wszystkich niedostatków i błędów, tej całej siły niezrozumienia i wszystkich rezultatów z tego płynących.
Tak więc diabeł nazywany jest Kłamcą, oszczercą i czyniącym skandal, z jednego punktu widzenia, natomiast Oskarżycielem z drugiego punktu widzenia. (..)

W tym miejscu zapowiedziałem, że przywołam fragment powieści Philipa K. Dicka “Boża Inwazja”. Oto on, in extenso, a właściwie kilka fragmentów, z ostatnich części tej krótkiej powieści:

“— Jest ich więcej — powiedziała Linda do Herba Ashera, który stał jak wkopany, patrząc na trup koźlęcia.
— Wejdź. Rozpoznałam go po zapachu. Belial niesamowicie śmierdzi. Wejdź, proszę. — Wzięła go za ramię i doprowadziła do drzwi.
— Cały się trzęsiesz. Wiedziałeś, co to jest, prawda?
— Tak — powiedział — ale kim ty jesteś?
— Czasami nazywają mnie Obrońcą. Kiedy bronię, jestem Obrońcą. Kiedy pocieszam, jestem Pocieszycielem. Jestem też Przydrożnym Pomocnikiem. Belial jest Oskarżycielem. W Sądzie jesteśmy przeciwnikami. Proszę, wejdź do środka i odpocznij. To było dla ciebie ciężkie przejście, ja wiem.
— Dobrze. — Pozwolił się jej zaprowadzić do windy.
— Czy cię nie pocieszałam? — spytała Linda Fox. — W przeszłości? Kiedy leżałeś samotnie w swojej kopule na obcym świecie, nie mając do kogo ust otworzyć? To jest moje zadanie. Jedno z moich zadań.
— Przyłożyła dłoń do jego piersi. — Serce ci wali. Musiałeś się nieźle przestraszyć.
To ci powiedziało, co ma zamiar zrobić ze mną. Ale, jak widzisz, nie wiedziało, dokąd je zabierasz. Dokąd, albo do kogo.
— Zniszczyłaś je — powiedział i umilkł.
— Ale zdążyło rozprzestrzenić się po całym wszechświecie. To, co widziałeś na dachu, to tylko jeden przypadek. Każdy człowiek ma swojego Obrońcę i Oskarżyciela. Po hebrajsku Obrońca nazywał się jetzer ha-tov, a Oskarżyciel jetzer ha-ra.

— Byłem sam, kiedy to do mnie przyszło. Udawało zbłąkane zwierzątko.
— Każda osoba na Ziemi będzie musiała wybrać między swoim jetzer ha-tov a swoim jetzer ha-ra. Ty wybrałeś mnie i dlatego cię obroniłam… Gdybyś wybrał tamtego stwora, nie mogłabym nic zrobić. W twoim przypadku wybrana zostałam ja. Bitwa toczy się o każdą duszę z osobna. Tak uczą rabini. Oni nie uznają doktryny upadku człowieka jako całości. Zbawienie to sprawa indywidualna.

Pochyliwszy się, pocałował Linde w policzek. Westchnęła przez sen. Słaby i we władzy tej kozopodobnej istoty, pomyślał. Taki byłem, kiedy tu przyleciałem. Obroniła mnie, bo byłem słaby. Ona nie kocha mnie tak, jak ja ją, bo musi kochać wszystkich ludzi. A ja kocham tylko ją. Całym sobą. Ja, słaby, kocham ją, która jest silna. Ona ma moją lojalność, a ja jej obronę. To jest Przymierze, które Bóg zawarł z Izraelitami: silny ochroni słabych, a słabi dają w zamian silnemu swoją cześć i lojalność, na tym polega wzajemność. (..)

[U ludzi, tłumaczących sobie pewne zdarzenia tak, jak zostali zmanipulowani – by je widzieć i oceniać – istnieje i przewija się przez wieki i w każdej religii zdolność niektórych jednostek posiadających serce i rozum, tłumaczenia i wynajdywania w tych zdarzeniach takich interpretacji, które nie mają nic wspólnego z celami Manipulatora, mają za to dużo wspólnego z Boskim Planem]

(..)
— To paradoks.
— Ale to prawda. Możesz wiele dla niej zrobić. Miałeś rację, kiedy pomyślałeś o słowie „wzajemność”. Wczoraj wieczorem ona uratowała ci życie.
— Emmanuel uniósł rękę. — To ja ci ją dałem.
— Rozumiem. — Domyślał się, że tak było.
— Czasami w tym równaniu, że silny broni słabego, trudno ustalić, kto jest silny, a kto słaby. W zasadzie, ona jest silniejsza od ciebie, ale ty też możesz jej bronić w pewien szczególny sposób, możesz osłaniać ją od tyłu. To jest prawdziwe prawo życia: wzajemna obrona. W ostatecznym rachunku wszystko jest i silne, i słabe.
Nawet jetzer ha-tov, twój jetzer ha-tov. Ona jest siłą i jednocześnie jest osobą, w tym kryje się tajemnica. Będziesz miał czas w życiu, które cię czeka, żeby tę tajemnicę zgłębić. Nieco. Będziesz ją coraz lepiej poznawać. Ale ona zna cię już teraz doskonale, (..)

— Ta kozopodobna istota wcale jej nie zaskoczyła.
— Nic nie zaskakuje jetzer ha-tov — powiedział Emmanuel. (..)

Nie powiedziała ci jeszcze o późniejszym darze, który ma dla ciebie: o darze całkowitego odpuszczenia win całego twojego życia. Ona będzie przy tobie, kiedy będziesz sądzony, i to ona będzie sądzona, nie ty. Ona jest bez skazy i przekaże ci tę swoją doskonałość, kiedy dojdzie do ostatecznej oceny. Nie bój się więc, twoje zbawienie jest zapewnione. Ona odda życie za ciebie, swojego przyjaciela. Jak powiedział Jezus: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Kiedy dotknęła tej kozopodobnej istoty, ona… może lepiej nie powiem.

— Ona sama na chwilę umarła — powiedział Herb Asher.
— Na chwilę tak krótką, że prawie nie istniejącą.
— A jednak to się zdarzyło. Ona umarła i wróciła. Mimo że ja nic nie zauważyłem.
(..)
— Kyrios — wyszeptała. —

[Por. “Kyrios” (pan) – zob. Kairos (zob. także grecki bóg – jeden z 3 sposobów rozumienia czasu)]

(..)

— A to coś na dachu? — zaczął Herb Asher.
Ale Emmanuel zniknął. Pozostali tylko on i Linda Fox.
— Zadzwonię do władz miejskich, żeby to wywieźli — powiedziała Linda Fox.
— Mają do tego specjalną maszynę. Do wywożenia jadowitego węża. Z życia ludzi
i z dachów domów. (..)

Później wyszli z Linda Fox na dach, żeby spojrzeć na trupa Beliala. Ku swemu zdziwieniu Herb Asher zobaczył nie wysuszone zwłoki kozopodobnego stworzenia, lecz coś, co wyglądało na szczątki wielkiego świetlistego latawca, który rozbił się i zdruzgotany przykrył prawie cały dach. W zadumie patrzyli z Linda na coś ogromnego, pięknego i zniszczonego, rozsypanego w okruchach, jak rozbite światło. — Taki był kiedyś — powiedziała Linda. Na początku. Przed upadkiem. To był jego pierwotny kształt. Nazywaliśmy go Motylem. Motylem, który spada powoli, przez tysiące lat, przecinając Ziemię, jak geometryczny kształt zniżający się stopniowo, aż nic z tego kształtu nie pozostanie.
— Był bardzo piękny — powiedział Herb Asher.
— Był gwiazdą poranną. Najjaśniejszą gwiazdą na niebie. A teraz pozostało z niego tylko to.
— Jakże upadł.
— I wszystko inne z nim — powiedziała Linda. (..)
— Czy będzie jeszcze kiedyś taki, jak na początku? — spytał Herb Asher.
— Może — odpowiedziała Linda.
— Może wszyscy tacy będziemy.

— Dziękuję ci — powiedział Herb Asher. Nad nimi pracowała maszyna uprzątająca szczątki Beliala. Zbierająca rozbite fragmenty czegoś, co kiedyś było światłem.”

Wpis ten miał wyglądać inaczej i pojawić się wcześniej, ale:
– byłem w podróży
– ostatnie dni są tak fatalne, że trudno mi teraz napisać coś od siebie. Może zresztą nie są “fatalne”, raczej wstrząsające, a wynika to z tego, że zwrócone mi zostały chyba w całości (proces zwracania rozpoczął się już dawniej) uczucia i zdałem sobie sprawę z rozmiaru własnej nieodpowiedzialności.

Do niniejszego wpisu wizualiów już nie dodam ale za to będzie ich sporo w następnym.